Historia mówiona – bateria artylerii przeciwlotniczej pod Strzelcami 20 stycznia 1945

źródło: Żywe Muzeum Online, wywiady ze świadkami historii

Ten wpis pochodzi od Horsta Ahrensa (*1928) z Hamburga, kwiecień 2011, sporządzony na podstawie informacji jego towarzyszy Huberta Poganiucha, Heinza Tomulki, Engelberta Milde, Gerharda Schmacka, Heinza Kandziory, Egona Feina, Herberta Laqui † i Hanno Efferta †.

6 stycznia 1945 roku nastąpiło przeniesienie naszej byłej baterii FLAK 223/VIII do Föhrengrund [Łącza, powiat gliwicki].

Kamerad Hubert Poganiuch napisał mi w odniesieniu do „jego” baterii w Mittelhof/Poppitz [koło Zalesia] m.in.: „… wkrótce po rozpoczęciu ofensywy Baranowa słychać było huk armat zbliżającego się frontu; najpierw jako głuche dudnienie, z biegiem czasu także pojedyncze strzały. Pewien porucznik, który otwarcie stwierdził, że przy obserwowanym natarciu wojsk sowieckich czołówki w ciągu tygodnia dotrą do baterii przeciwlotniczej, został podczas apelu, na który musiała stawić się cała bateria, zganiony przez dowódcę baterii i poproszony o zaprzestanie takich ‚nieprzemyślanych’ wypowiedzi. Porucznik szybko miał się przekonać, że miał rację…

Niedługo potem u nas w Föhrengrund ogłoszono alarm czołgowy. Słyszeliśmy ryk silników czołgów i brzęk oraz pisk gąsienic. Te dźwięki przechodziły nas do szpiku kości. Czy to byli Sowieci i czy wiedzieli, gdzie jesteśmy? Jeszcze do nas nie dotarli. Na szacownej wysokości przelatywały nad nami sowieckie odrzutowce szturmowe ‚IL 2’, ale nas nie zaatakowały.

Kamerad Engelbert Milde napisał mi: „…6 stycznia 1945 roku zostaliśmy Lotniczymi Pomocnikami byłej 213/VIII i przeniesieni do Mittelhof [folwark pod Zalesiem]. Po raz pierwszy poznaliśmy niemieckie działa przeciwlotnicze 8,8 cm i szybko nauczyliśmy się je obsługiwać. W styczniu 1945 roku doszło do pierwszych starć z nacierającymi wojskami sowieckimi. Strzelaliśmy z naszych dział w pozycji ziemnej do atakującej nieprzyjacielskiej kawalerii i czołgów. Sowieccy żołnierze odpowiadali ogniem z karabinów maszynowych, granatników i armat czołgowych.

21 stycznia 1945 dwa niemieckie samoloty szturmowe zaatakowały w niskim locie pole bitwy. Ich ataki spowodowały krótki czas ulgi. Wykorzystaliśmy okazję, zniszczyliśmy nasze działa i pod osłoną zimowego zmroku opuściliśmy nasze pozycje, aby uniknąć niewoli wojennej.

Głęboki śnieg, ciemność i lodowaty wiatr w nocy utrudniały odwrót. Po kilku wyczerpujących i trudnych marszach dziennych, po przekroczeniu Odry 26 stycznia 1945 roku, dotarliśmy w końcu do Neustadt O/S [Prudnik].

Gerhard Schmack opowiedział mi dosłownie: „… Dzień przed tym, jak my, pomocnicy lotniczy, ostatecznie opuściliśmy baterię przed nadciągającymi Rosjanami, kilka kilometrów przed naszą baterią w kierunku wschodnim działał ‚Ju 87’ z jego dwoma 3,7 cm armatami czołgowymi pod dowództwem pułkownika Rudla. Było południe i pogoda była słoneczna. Z pozycji naszej baterii ‚Stuka’ leciał z lewej strony Annabergu. To było najprawdopodobniej w kierunku ‚Groß-Strehlitz’, gdzie w tamtych dniach znajdowały się sowieckie oddziały pancerne.

Dla zabezpieczenia przed wrogimi myśliwcami kilka ‚Me 109’ zapewniało osłonę powietrzną dla pułkownika Rudla. Nagle jeden z ‚Me 109’ zaczął się dymić i tracić wysokość, by chwilę później wylądować awaryjnie przed nami na stosie drewna przy gospodarstwie. To, że samolot nie rozpadł się na tysiące kawałków, było prawie cudem. Kilku z nas od razu pobiegło do awaryjnie lądującego samolotu, aby sprawdzić, co z pilotem. Powrócili po około godzinie z pilotem kuśtykającym u ich boku. Miał na sobie tylko jeden filcowy but, drugi nie dało się wyciągnąć z zaklinowanej kabiny pilota, relacjonowali koledzy. Pilot przeklinał niemiłosiernie, bo najprawdopodobniej ostatnie tygodnie wojny spędzi jako ‚piechur’ (żołnierz piechoty), gdyż w tamtym momencie nie było mowy o zastępczym samolocie dla niego.”

Prawdziwy dowcip w tej historii był następujący: ‚Me 109’ została zestrzelona przez niemieckiego Volkssturmmanna za pomocą karabinu maszynowego w jasny dzień przy najlepszej widoczności. Przez własnego człowieka, który najwyraźniej nie potrafił odróżnić ‚Me 109’ od sowieckiej ‚IL 2’.

Kamerad Hubert Poganiuch opowiedział mi: „20 stycznia 1945, sobota: sowieckie czołówki uderzeniowe dotarły do rejonu Katowic. Na północ od Bytomia Sowieci wtargnęli na Górny Śląsk i dotarli do Groß-Strehlitz (10 km od Mittelhof). Panował ostry mróz. Ziemia była pokryta warstwą śniegu. Otrzymaliśmy białe spodnie maskujące, stalowe hełmy pomalowaliśmy na biało. Na długi płaszcz Luftwaffe założyłem prześcieradło, które rozciąłem pośrodku, by móc włożyć przez nie głowę. Na głowę założyłem nakrycie głowy. Po raz pierwszy ostrzeliwaliśmy sowiecki samolot. Obok naszej baterii przeciwlotniczej zajęła pozycję jednostka artylerii Wehrmachtu i otworzyła ogień do wroga. Pomocniczki Luftwaffe (‘Blitzmädel’) z centrali telefonicznej musiały opuścić baterię. Przejąłem centralę telefoniczną.

W nocy z 20 na 21 stycznia 1945: zajęcie Groß-Strehlitz przez około 20 wrogich czołgów.”

21 stycznia 1945, niedziela: Wojska 1. Frontu Ukraińskiego przekroczyły granicę Górnego Śląska na szerokim froncie i dotarły do zbiornika Turawa (ok. 15 km od Opola). Mittelhof ostrzeliwuje skupiska wrogich czołgów w Groß-Strehlitz; ogień nękający z dział kierowany na wyloty miejscowości Groß-Strehlitz. Jeszcze tej nocy wycofała się sąsiednia jednostka artylerii Wehrmachtu.

O 09:00: Alarm ziemny. Rosyjski karabin maszynowy w Poppitz otworzył gwałtowny ogień na baterię. W obszarze baterii widoczna była wroga kawaleria. Ostrzał z moździerza, atak czołgów.

Sytuacja była beznadziejna. Nie mieliśmy ani broni, ani granatów przeciwpancernych, miałem tylko sześć ręcznych granatów. Działa przerwały ogień, ponieważ lufy osiadły na ziemnych wałach stanowisk ogniowych. Otrzymałem rozkaz nawiązania łączności telefonicznej z sąsiednią baterią przeciwlotniczą w Alt-Bischofstal [Stary Ujazd] i zażądania ognia zaporowego na przedpole naszej baterii. Ogień zaporowy musiał być szybko wstrzymany, ponieważ część pocisków trafiła w obszar baterii.

Na szczęście wiele pocisków z rosyjskiego ostrzału moździerzowego okazało się niewybuchami. Jeden z towarzyszy pokazał mi taki niewybuch dosłownie pod nosem. O godzinie 15:30 musieliśmy opuścić baterię. W małych grupach wycofywaliśmy się biegiem przez osłonięte pole głęboko pokryte śniegiem, za każdym razem, gdy sześć niemieckich samolotów przeprowadzało nowy atak, aż do około 200 metrów odległego wąwozu, który zapewniał wystarczającą osłonę.

Kolegę, który został ranny podczas ostrzału moździerzowego w punkcie dowodzenia, zawinęliśmy w koc i przymocowaliśmy do sanek. We dwóch na zmianę ciągnęliśmy sanki z kolegą. (Komentarz ode mnie – Horst Ahrens: Towarzysze z wspomnianej wcześniej baterii przechodzili koło nas w Föhrengrund z rannym kolegą leżącym na saniach).

Wycofywaliśmy się przez dużą baterię w Alt-Bischofstal [Stary Ujazd] i miasteczko Bischofstal [Ujazd]. W Bischofstal znałem się dobrze, ponieważ spędzałem tam często wakacje. Tam zostawiliśmy rannego kolegę w głównym punkcie medycznym i ruszyliśmy dalej w kierunku Rudgershagen [Rudziniec]. Późno w nocy dotarliśmy do dużej baterii w Rudgershagen. Sowieckie wojska zajęły już Bischofstal. Bateria w Rudgershagen ostrzeliwała nacierającego wroga; dzięki temu mogliśmy leżeć w wolnych łóżkach naszych towarzyszy. Od razu zasnąłem”

Po zajęciu Groß-Strehlitz Rosjanie (czyżby czołgowa czołówka Konjewa?) ruszyli na Opole. Wspominam swoje ostatnie krytyczne dni w Opolu i okolicach z perspektywy 52 lat (=1997): Dwa dni wcześniej w dużej baterii w Eschendorf [Jasiona] działa zostały zamontowane ze stanowisk cementowych na samobieżne lawety. Brakowało jednak łączników między lawetą a maszyną ciągnącą.

Kiedy rano z Bolko strzelano w kierunku Gruden, aby przepędzić oddział Rosjan, który się wedarł, zauważyliśmy, że linia obrony była zbudowana na nasypie kolejowym między Bolko a Gruden, a my poprzednią noc błędnie staliśmy się przynętą dla Rosjan. Zatem powoli, krok po kroku, wycofywaliśmy się do Bolko za pomocą ciągnika! Kolegę i mnie zabrano na końcu z ostatnim stosikiem pocisków.

Zostawiony sam w linii obrony, rozproszony i bez informacji o sytuacji, długo szukałem naszego działa, nie zdając sobie sprawy, że okopy stawały się coraz bardziej puste. Kiedy znalazłem działo w Bolko, przy drodze, w przydomowym ogródku, nieznany mi starszy szeregowy podał mi zapalnik i lont, mówiąc coś w rodzaju ‚Jesteś K 3, wysadź to działo’ i zniknął. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego zapalnika i nie miałem zapałek. Dodatkowo, ciągle przemykali obok nas piechurzy, którzy opuścili okopy i nie chcieli być wysadzeni w powietrze. Świadom swojej powinności, jak mnie wychowano, rozmontowałem zamek z działa i wrzuciłem go do okopu, bo stał się zbyt ciężki.

Potem ruszyłem biegiem niemal samotnie ulicą strzelecką aż do stacji kolejowej. Z tunelu dworcowego – na torach już toczyły się walki – i z Odry nadchodziły już rozproszone jednostki. Rosjanie zajęli wszystkie mosty, (inna kolumna pancerna z kierunku Turawy już je zablokowała). Usłyszeliśmy, że idziemy do niewoli.”

Butelki z alkoholem były przekazywane w celu znieczulenia. Byłem tak wyczerpany, niewyspany, półgłodny i półzamarznięty, że było mi wszystko jedno i też kilka razy sięgnąłem po butelkę. Nagle usłyszeliśmy: „Wyciągnijcie książeczki żołdu, Rosjanie zaraz tu będą”. „Tak, twój dowód (dowód pomocnika Luftwaffe) jest nieważny, Iwan chce tylko książeczki żołdu, nie możesz się stąd wynieść?” To było niebezpieczne i natychmiast wytrzeźwiałem. Chciałem wyjaśnić oficerowi z planem miasta, że jest jeszcze most Bolko, do którego można dotrzeć przez drewnianą kładkę przy filarze mostu pod mostem na młynówce. Zapytałem go, co z tym mostem. Był zbyt zdenerwowany, żeby mnie słuchać.

Pobiegłem o zmierzchu i dotarłem do mostu. Tylko dlatego, że inni nie znali terenu i odwrót nie był zorganizowany, wszyscy prawdopodobnie trafili do niewoli. Znajomość terenu uchroniła mnie przed niewolą – a może nawet przed śmiercią.

Dodaj komentarz