Jest to opowiadanie o radykalizacji nauczycieli i uczniów strzeleckiego liceum. O ty, że nawet ksiądz nauczył się salutu niemieckiego. O ty, że strzeleccy żydzi byli trzydniowi i nie chcieli wyjechać, bo czuli się Niemcami.
Autorem jest Ezra Feinberg, urodzony 22.4.1922 w Würzburgu, ocalały z zagłady, zmarły w Izraelu.

Jego ojciec to Dr. phil. Gerson Feinberg, który zostaje rabinem okręgowym w Gross Strehlitz w roku 1929. W 1936 zostaje zwolniony. Rozstrzelany w Rydze w 1942 roku.

Źródło:
David: Aufzeichnungen eines Überlebenden, BenGershôm, Ezra
W Groß-Strehlitz moja rodzina miała doświadczyć końca demokracji weimarskiej i początku Trzeciej Rzeszy. Jakże mało wtedy przeczuwałyśmy, przez co przyjdzie nam przejść w nadchodzących latach!
Miasto, liczące około dwanaście tysięcy mieszkańców, prowadziło wówczas raczej spokojne życie. Przebiegająca przez nie droga krajowa pozostała jego główną arterią. W centrum miejscowości droga ta rozszerzała się w plac otoczony czterema rzędami domów, zwany „Ringiem”. Na Ringu znajdował się ratusz oraz pomnik poległych w wojnie 1914-18.
W dni targowe po jego brukowanej nawierzchni turkotały wozy chłopskie z okolicznych wiosek, a ze wszystkich stron słychać było okrzyki „Hotta-hü” oraz pomruki, gdakanie i kwakanie oferowanych do sprzedaży zwierząt.
W niedzielę miasteczko roiło się od uczestników nabożeństw. Czasami maszerowało stowarzyszenie weteranów wojennych i otaczało pomnik poległych kultowymi hołdami. W pozostałe dni nad miastem panowała nudna, spokojna cisza. Na progach swoich sklepów stali właściciele, wpatrywali się w ulicę i śledzili przechodzących pieszych.
W Groß-Strehlitz niewiele się działo — narzekali sami mieszkańcy. A jednak było to prawdziwe miasto powiatowe ze wszystkim, co do tego należy. Miało burmistrza i radę miejską. Lekarze, adwokaci, sędzia miejski, proboszcz, pastor i rabin pełnili swoje obowiązki. Istniała szkoła podstawowa, liceum humanistyczne, synagoga z około pięciuset miejscami siedzącymi, protestancki kościół o podobnej wielkości oraz znacznie większy kościół katolicki.
Przy drogach wylotowych z miasta leżały wszędzie wsie o polsko brzmiących nazwach. W mieście dominowała niemiecka cywilizacja, na wsiach — polska, mimo wszelkich wysiłków germanizacyjnych. Chłopi mówili bardzo słabą niemczyzną. Ich właściwym językiem był polski dialekt, tak zwany „Wasserpolnisch”. Mieszkańcy miasta posługiwali się stosunkowo poprawnym niemieckim, przesiąkniętym jedynie kilkoma polskimi wyrażeniami.
Nasz południowoniemiecki dialekt i obce obyczaje, które przywieźliśmy z Heilbronn, były przez mieszkańców Groß-Strelitz wyśmiewane, czasem nawet szyderczo komentowane. To jednak wcale nie osłabiło naszej szkolnej dumy. Moim kolegom szkolnym przypominałem często, że życzę sobie szacunku wobec mnie, urodzonego w szlachetnym kraju Szwabii.
Także moje starsze rodzeństwo patrzyło z pogardą na Górnoślązaków. Mój ojciec zdawał się odczuwać to inaczej. Nasze powtarzające się zarzuty, dlaczego spośród wszystkich regionów Niemiec wybrał właśnie tę odległą miejscowość targową z jej zadziornym typem ludzi, skłoniły go do bardziej szczegółowego wyjaśnienia.
Powinniśmy — mówił — nie pogardzać Górnoślązakami ani ich nietolerancyjnie odrzucać tylko dlatego, że nie są tak uprzejmi jak mieszkańcy Wirtembergii. Zawsze wiedli ciężkie życie. Od wielu pokoleń musieli zmieniać barwy i kolejno okazywać polski, austriacki i pruski patriotyzm. Nie można oczekiwać od dzieci z tak nieszczęsnego regionu, że będą tak prostolinijne i ufne jak dzieci z południowych Niemiec. Powinniśmy po prostu uzbroić się w cierpliwość — z czasem przestaną wydawać się nam obcy.
Ojciec chętnie posłuchał wezwania do Gross Strehlitz. Chciał pozyskać żydów z tego górnośląskiego miasteczka dla nauk żydowskich i uczynić ich pobożnymi.
„Trzydniowi żydzi”
Zaczynałem stopniowo rozumieć, co mój ojciec miał na myśli, mówiąc „uczynić pobożnymi”, gdy codziennie przychodziłem na nabożeństwa do synagogi i przebywałem w żydowskich domach.

Jako budynek synagoga w Groß-Strehlitz była znacznie większa i bardziej okazała niż ortodoksyjna synagoga w Heilbronn. Jednak przez większość dni w roku sprawiała wrażenie opuszczonej. Nieliczni wierni, którzy przychodzili na nabożeństwo w szabat, gubili się w rzędach ławek i znikali w półmroku. Kto chciał zastać członków gminy żydowskiej w szabat, powinien był ich szukać w ich geszeftach, gdyś większość z nich była sklepikarzami i święty dzień spędzali w pracy. Natomiast w żydowski Nowy Rok synagoga była niemal całkowicie zapełniona. Według Biblii i żydowskiej tradycji to szabat posiada wyższy stopień świętości niż Nowy Rok. Ale żydzi strzeleccy zrobili z szabatu dzień roboczy i wszystkie obrzędy skumulowali na trzy dni w roku. Z tego powodu ortodoksyjni żydzi nazywali ich prześmiewczo „żydami trzydniowymi”.
W gminie było niewielkie grono pobożnych żydów. Większość stanowili „trzydniowi żydzi”. Była też pewna liczba żydów, którzy poprzez małżeństwo z chrześcijańską kobietą całkowicie odcięli się od wspólnoty wyznaniowej judaizmu.
Zachowanie trzydniowych żydów stanowiło dla mojego dziecięcego umysłu irytującą zagadkę. Z kręgu życia tradycyjnej wspólnoty w Heilbronn wyniosłem wyraźne wyobrażenie o tym, co odróżnia żydów od chrześcijan. Teraz po raz pierwszy zobaczyłem, że są też ludzie, którzy przyznają się do judaizmu tylko werbalnie. Ich nabożeństwo nie było zabawą, ale też nie było poważne, było czymś, co nie potrafiłem ubrać w słowa. Byli w stanie w środku modlitwy rozmawiać spokojnie ze sobą między ławkami. Gdy kantor zaintonował pieśń za zbawienie zmarłych, płakali ze wzruszenia. Naruszało i dezorientowało to moją dziecięcą naiwność, tym bardziej, że strzeleccy żydzi sami wzruszali ramiona wobec swoich praktyk religijnych i równocześnie domagali się szacunku.
Byli zadowoleni, że kantor załatwiał ceremonię za nich, jako że czuli się sami nieporadni w odprawianiu rytuałów, które mogły sprzyjać zapewnieniu zbawienia duszy. Kantor, urzędnik synagogi o stałym uposażeniu, posiadał umiejętności, jakich oczekuje się od zawodowego specjalisty: potrafił nie tylko odmawiać wieczorne modlitwy, ale także — zależnie od potrzeby — wygłaszać je uczuciowo i melodyjnie albo czytać je z kartki z zadziwiającą szybkością języka. Ponadto udzielał najmłodszym dzieciom ze wspólnoty podstawowych lekcji hebrajskiego i dokonywał uboju kur i gęsi zgodnie z rytuałem. Jego ulubionym miejscem był pulpit kantora. W czasie wielkich świąt był nieodzowny. Czasami dawał się nawet namówić, by w swoim mieszkaniu zaprezentować próbkę swojej sztuki śpiewu i modlitwy.
Próby ratunku
Ojciec postawił sobie za cel nawrócenie małomiasteczkowych żydów górnośląskich. Pociągiem odwiedzał po kolei swoje 12 gmin. Z radością przyjął propozycję nauczania religii w strzeleckim liceum. Uczniowie słuchali w bezruchu i dziwili się, że z takim entuzjazmem można mówić o starych zwyczajach zakładania skórzanych pasków do modlitwy i koszernym jedzeniu.
Nawracanie opornych strzeleckich żydów przyniosło w końcu niewielki sukces. Ojcu udało się przekonać coraz większą liczbę żydowskich rodzin do przestrzegania zasad koszerności. Jednakże nie udało mu się doprowadzić do zamknięcia sklepów w szabat. Trzydniowi żydzi przestali jedynie stawać w szabat ostentacyjne przed wejściem do sklepiku, a gdy ojciec przechodził, chowali się w głębi pomieszczeń.
Częste zmiany rządów w Berlinie, burzliwe walki partyjne, które poprzedzały początek Trzeciej Rzeszy, odbijały się echem aż w Groß Strelitz. To, co mogłem pojąć moim dziecięcym rozumem, mogę oddać jedynie w ogólnym zarysie. Natłok wydarzeń był tak dezorientujący, że nawet dorosły miałby trudności…
Wystawy sklepowe, mury i fasady domów pokrywały się coraz to nowymi plakatami propagandowymi. Czego właściwie chciały partie, które nawzajem tak ordynarnie się obrzucały wyzwiskami, my – dziesięciolatki – oczywiście nie rozumieliśmy. Jedno było pewne: musiało im bardzo zależeć na swojej sprawie. Widzieliśmy na własne oczy, jak bili się o nią do krwi.
W czasie kryzysu i częstych zmian rządów ojciec głosował na katolicką Partię Centrum, „ponieważ trzyma się z dala od wszelkiego ekstremizmu i skupia wielu bogobojnych ludzi w swoich szeregach.” Nawet krótko po mianowaniu Hitlera kanclerzem Rzeszy, gdy żydzi wciąż mieli prawa wyborcze, ojciec pozostał wierny Centrum. A ta partia 24 marca 1933 roku zagłosowała za przyznaniem Hitlerowi pełnomocnictw, przyczyniając się tym samym do zakończenia własnej działalności i do upadku konstytucji weimarskiej!
Pewnego dnia w szkole ogłoszono, że wieczorem odbędzie się uroczystość. Każdy, kto miał ochotę, był zaproszony do udziału. Gdy o wyznaczonej godzinie przyszedłem do szkoły, uczniowie byli już ustawieni klasami w kolumny i szykowali się, by pod przewodnictwem nauczycieli maszerować przez miasto. Szybko dołączyłem do nich i – jak wszyscy – dostałem do ręki pochodnię.
Gdy dotarliśmy do lepiej oświetlonych ulic w centrum miasta, zauważyłem, że w pochodzie maszerowały nie tylko uczniowie naszego gimnazjum, lecz także innych szkół – a nie tylko szkół, również członkowie Hitlerjugend i SA. „Orkiestra” okazała się być orkiestrą marszową SA. Co to miało znaczyć? Czy to nie była impreza organizowana przez hitlerowców? Co ja miałem z nimi wspólnego? Nie, to nie mogło być zgromadzenie Hitlera! Przecież nie zaproszono by nas wtedy do szkoły!
Dopiero długo po tamtym pamiętnym wieczorze zrozumiałem, że naszym pochodem z pochodniami świętowaliśmy mianowanie Hitlera na kanclerza Rzeszy. Dlaczego dr Paulus i inni znani z lojalności nauczyciele w tym uczestniczyli? Czy byli tak samo nieświadomi jak my, uczniowie pierwszej klasy gimnazjum?
Już kilka tygodni po tamtym wieczorze z pochodniami zaczęto szeptem przekazywać nowiny: „Zabrali go w środku nocy…” Co to wszystko miało oznaczać, tego nam – dzieciom – nikt nie wyjaśnił. Wiedzieliśmy tylko tyle, ile sami potrafiliśmy sobie dopowiedzieć: działy się jakieś złowrogie rzeczy i miały one coś wspólnego z brunatnymi mundurami hitlerowców, którzy nosili białe opaski z napisem „Hilfspolizei” i patrolowali ulice uzbrojeni w gumowe pałki. Dlaczego nagle zwykła policja przestała wystarczać i w czym ci brunatni mieli jej pomagać – tego się nie dowiedzieliśmy.
Według szeptanych pogłosek kilku komunistów i socjaldemokratów z Groß-Strehlitz nagle zniknęło. Niektórzy pojawili się ponownie po dwóch, trzech dniach z obandażowanymi kończynami; inni nadal przebywali w „areszcie ochronnym”. Takie wyrażenia jak „policja pomocnicza” i „areszt ochronny” nigdy wcześniej nie dotarły do naszych uszu.
Na pierwszy rzut oka w Groß-Strehlitz było spokojniej niż wcześniej. Tumulty i bójki już się nie zdarzały. Zamiast tego przez ulice szły pochody z fanfarami i bębnami, z domów zwisały flagi ze swastyką. Ludność wychodziła na ulice, żeby śledzić ten spektakl. Piekarz Przywacs zostawił swoich klientów bez słowa i wyszedł w swoim białym fartuchu na chodnik.
Z naszego mieszkania mogliśmy dobrze obserwować pochody. Mój ojciec również szedł do okna, żeby je obserwować. Nasz sąsiad z domu naprzeciwko, adwokat dr Kurz, także wychylał głowę. Z jego mieszkania nie zwisała flaga ze swastyką. Kurz wcześniej nigdy nie miał kontaktu z moim ojcem. Od czasu przejęcia władzy zaczął go pozdrawiać, a gdy spotykał go na ulicy, nie pozostawiał wątpliwości, co myślał o nowych rządach. Gdy brunatne kolumny maszerowały z bębnami i fanfarami, Kurz wymachiwał ręką, jakby chciał uderzyć w bęben z okna, po czym zakończył gestem pogardliwego odrzucenia w stronę pochodu. Ojciec i my, dzieci, patrzyliśmy na niego z rozbawieniem. „Nie, nie jesteśmy sami!” powiedział wtedy ojciec, „są jeszcze Niemcy, którzy nie chcą mieć z nazistami nic wspólnego”
Podczas ferii wielkanocnych w 1933 roku nie spotkałem żadnego z moich kolegów z klasy – z wyjątkiem Antona Krutzschecka, którego wolałbym nie widzieć; uchodził za leniwego, fałszywego i kłamliwego. Na ulicy ledwo bym się za nim obejrzał, gdyby nie to, że kilkakrotnie pojawił się w nietypowym stroju. Naprawdę – ten cherlak maszerował na czele oddziału Jungvolk i uderzał w bęben landsknechta, aż dudniło po całej ulicy. W Hitlerjugend najwyraźniej odgrywał bardziej błyskotliwą rolę niż w szkolnej ławce.
Wiosną 1933 roku w synagodze w Groß-Strehlitz zaobserwowano znaczącą zmianę. Przez wiele lat dom modlitwy stał jak samotna skała – cichy, smutny, dostojny, porośnięty mchem, utrzymywany przez kilku urzędników, rzadko odwiedzany. Teraz znów stał się centrum życia. Kto chciał zobaczyć zgromadzoną wspólnotę, nie musiał już czekać do święta Nowego Roku. Rzadko mijał tydzień, by sala na górnym piętrze nie wypełniła się ludźmi. Jednakże zgromadzeni nie przychodzili na modlitwy, ale żeby dyskutować o sytuacji żydów. „Jesteśmy narodem albo wspólnotą religijną? Niemcami czy Żydami?
Po kilku wieczorach dyskusyjnych zaczęto mówić o podziale wspólnoty na dwa obozy. Po jednej stronie rosło poparcie dla lokalnej grupy syjonistycznej. Po drugiej stronie ludzie gromadzili się pod sztandarami „Centralnego Związku Niemieckich Obywateli Państwa Wyznania Mojżeszowego” oraz „Reichsbundu Żydowskich Żołnierzy Frontowych”. Pod ich wpływem powstała także lokalna grupa „Związku Niemiecko-Żydowskiej Młodzieży”. Syjoniści również założyli własną grupę młodzieżową.
Spór między syjonistami a niemieckimi Żydami rozgrywał się w wielu mieszkaniach prywatnych. Rodzeństwo poróżniło się, przyjaciele się rozeszli, synowie o syjonistycznych skłonnościach buntowali się przeciwko ojcom. Zdarzały się nawrócenia osób o niemiecko-patriotycznym nastawieniu na syjonizm – mimo fali drwin i plotek, jakimi mieszkańcy małych miasteczek karali każdą zmianę flagi.

Pewnego dnia wszyscy nauczyciele i uczniowie zgromadzili się w auli. Dyrektor wszedł na mównicę i wygłosił przemówienie. Nagle z szeregów uczniów rozległy się okrzyki. Wszyscy spojrzeli oburzeni: kto śmiał przerwać przemowę dyrektora? Wtedy dostrzeżono winowajcę: unterbannführera Hitlerjugend. Wstał z miejsca w pierwszym rzędzie i zażądał, by dyrektor natychmiast zszedł z podium – na oczach wszystkich nauczycieli i uczniów. Stało się coś niewiarygodnego: dyrektor Bergmann był zmuszony podporządkować się żądaniu niedoinformowanego młodzieńca. Następnie przywódca Hitlerjugend wszedł na podium i ogłosił, że dyrektor zostaje odwołany z powodu braku wiarygodności.
Wakat dyrektor pozostawał kilka tygodni pusty. Aż pojawił się nowy dyrektor. Mężczyzna, około czterdziestki, przedstawił się w auli jako „pełniący obowiązki dyrektora”. Był niskiego wzrostu, szczupły, ubrany w ciemnobrązowy garnitur, z wąsem przypominającym wąs Hitlera. Jego wyraźne zęby, pełne wargi i rysy twarzy przywodziły na myśl osobę o cechach afrykańskich. Spoza okularów spoglądały oczy, których nie dało się przeniknąć, a jego wyraz twarzy był poważny. Szybki chód nie pasował do jego wątłej sylwetki. Nazywał się Pierke i pochodził z Gliwic. Uczył matematyki i biologii w tej placówce. Krążyła pogłoska, że Pierke, jako asesor, był członkiem partii – jednym ze „starych bojowników”.
Nowy dyrektor rozpoczął wprowadzanie zmian. Na ścianach zwisły od razu portrety Hitlera. Do programu nauczania dodano nowe przedmioty; spośród dotychczasowych niewiele pozostało bez zmian. Do lekcji rysunku jako przedmiot dodatkowy dołączono zajęcia praktyczne. Poświęcano je głównie budowie modeli samolotów. Zajęcia gimnastyczne przekształcono w trening wojskowy. Boks, ćwiczenia terenowe, rzucanie granatami i tym podobne zajęcia zajęły obok musztry ważne miejsce.
Całkowicie nowy przedmiot nosił nazwę „Nauczanie narodowo-polityczne”.
Wprowadzenie porannych apeli szkolnych było jedną z ważniejszych nowości. Pamiętam zakończenie roku szkolnego, kiedy po rozdaniu świadectw wszyscy uczniowie i nauczyciele zgromadzili się razem. Uczniowie wykonywali swoje zadania w sposób uporządkowany – byli „podoficerowie” i „naczelny dowódca”. Podczas uroczystego podniesienia flagi dyrektor Pierke wygłosił przemówienie. Mówił o tym, że każdy powinien wykorzystywać swoje siły i zdolności dla dobra szkoły, i wychwalał przywódcę za jego dzieło odbudowy.
W latach 1934–35 w gimnazjum w Groß-Strehlitz doszło do istotnych zmian kadrowych. Dyrektora wspierała teraz część nowego grona pedagogicznego – wielu z nich było członkami SA i nosiło brunatne koszule z symbolami narodowosocjalistycznymi. Jedyny starszy nauczyciel Schmiedhammer, krytycznie nastawiony do narodowych socjalistów, został wkrótce karnie przeniesiony w inne miejsce.
Pamiętam jeszcze, jak zbladłem, gdy odczytano nowy dekret ministra nauki, wychowania i edukacji narodowej. Dekret brzmiał: „Nauczyciele i uczniowie okazują sobie nawzajem niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski) – zarówno w szkole, jak i poza nią. Nauczyciel rozpoczyna każdą lekcję salutem.
Tam, gdzie dotąd lekcje religii katolickiej rozpoczynały się i kończyły zwrotem: „Pochwalony Jezus Chrystus – Na wieki wieków. Amen”, odtąd należało na początku lekcji wykonać niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski), a tradycyjny zwrot wypowiadać dopiero na zakończenie lekcji.”
„Aryjczycy”, niezależnie czy nauczyciele, czy uczniowie, musieli oddawać hołd Hitlerowi dziesięć do dwunastu razy dziennie. Kto nie uczestniczył, nie mógł pozostać w gimnazjum. Warto od razu zaznaczyć: w gimnazjum w Groß-Strehlitz nie odnotowano ani jednego przypadku odmowy.
Nawet tak wierzący katolik jak dr. Paulus nauczył się wymawiać te pozdrowienie. Twarz wykrzywia mu wtedy grymas. Akcentował słowo Heil [zbawienie], jak przystało chrześcijaninowi – podkreślał.
Schmiedhammer nie wahał się tak długo jak Paulus; wypowiedział pozdrowienie Hitlera z takim zapałem, jakby gryzł soczyste jabłko – tylko że zaraz potem skrzywił twarz, jakby trafił na robaka. Zawsze obserwowałem jego figlarną mimikę z mieszaniną niepokoju i rozbawienia.
Gdy katolicki duszpasterz szkolny, ksiądz Zylka, szeptał „Heil Hitler”, jego łysina pokrywała się lekkim rumieńcem, a wodnobłękitne oczy stawały się małe i okrągłe jak oczy kury.
W pierwszym roku po przejęciu władzy około połowa naszych nauczycieli uczestniczyła w brunatnym kulcie tylko niechętnie. To było w pewnym sensie pocieszające. Ich głębokie zakłopotanie, widoczny konflikt sumienia świadczyły o tym, że poczucie godności i człowieczeństwa zostało naruszone, ale nie całkowicie zniszczone. W ciągu jednego roku szkolnego nasi nauczyciele musieli publicznie oddać hołd Hitlerowi około dwa tysiące pięćset razy. Czy można się dziwić, że ksiądz Zylka w końcu wypowiadał „Heil Hitler” bez rumieńca? Nawet dr Paulus zdawał się już nie toczyć tak ciężkiej walki z samym sobą. Ja również stopniowo obojętniałem na potworność kultu Führera.
Asesor Billig powiedział pewnego dnia, że nie ma bardziej pouczającego zajęcia niż zapoznanie się z tymi ludźmi, którym zawdzięcza się istnienie, wiarę i zdolności. Jednostka uświadamia sobie swoje znaczenie dla narodu dopiero wtedy, gdy postrzega siebie w kontekście łańcucha swoich przodków. Nikt nie jest do tego zobowiązany, ale on, Billig, chętnie widziałby, gdyby każdy uczeń sporządził drzewo przodków. Należałoby uwzględnić daty urodzenia, zawód, służbę wojskową i inne główne wydarzenia z życiorysu przodków. Szczególną uwagę należałoby zwrócić także na ich cechy osobiste: czy mieli gwałtowny temperament czy spokojną krew, czy skłaniali się ku przygodom, czy raczej prowadzili uporządkowane życie.
Te słowa, wypowiedziane przez Billiga w jego pogodnym, gawędziarskim tonie, oczarowały mnie. Nagle ogarnęła mnie niepohamowana ciekawość: jak wyglądali moi przodkowie, jak żyli, jak im się powodziło. Mój ojciec mógł zaspokoić moją żądzę wiedzy tylko w ograniczonym stopniu. Jego relacje sięgały zaledwie czterech pokoleń wstecz. Ujawniło się następujące: moi przodkowie byli, z jednym wyjątkiem, wszyscy rabinami. Tylko mój prapradziadek był kupcem. Moi przodkowie mieszkali od dwóch pokoleń w Bawarii. Przybyli tam z Prus Wschodnich. Istniały również przesłanki, że mój praprapradziadek pochodził pierwotnie z Litwy. Dalsze informacje o przodkach nie zachowały się. Jedyną rzeczą, jaką mój ojciec znalazł jeszcze w jednej szufladzie, była fotografia dziadka. Była jednak tak zamazana, że nie dało się na niej rozpoznać niczego poza mężczyzną z pełną brodą.
Musiały się wydarzyć jeszcze gorsze rzeczy, zanim mój ojciec mimo swojego wieku, zdecydował się opuścić Niemcy. Wykluczenie żydów z życia publicznego, oczernianie w prasie i radiu, deklasacja przez prawo zmusiło wielu żydów strzeleckich do emigracji. Jeden z moich kolegów wyjechał do Palestyny, inni wyjechali do Ameryki lub Australii. Pozostali patrioci z kręgu Związku Rzeszy Żydowskich Żołnierzy Frontowych, ludzie bez zawodu odpowiedniego do emigracji, biedni, którzy nie byli w stanie zapłacić wyjazdu. Ze znajomych w strzeleckiej gminie żydowskiej został też głuchoniemy robotnik Markus i niepełnosprawny Guli.
Ostatecznie ojciec został zwolniony z funkcji rabina z braku środków i wyjechaliśmy do Schönlake.
Tłumaczenie Joanna Mrohs
