Das Ende

Zbliża się 21 styczeń, data zniszczenia miasta Groß Strehlitz.

Publikuję tekst opisujący tamte dni z perspektywy niedalekiego Izbicka, gdzie mieszka rodzina Strachwitz. Maria Luise zebrała po wojnie informacje o powiecie strzeleckim w publikacji „Geschichte des Annaberglandes”. Oto przedostatni rozdział: Koniec: Nadchodzą Rosjanie.

Tekst opisuje krytycznie tamte dni i zachowanie włodarzy. Autorka ujmuje w nim wiele ciekawych spostrzeżeń.

Nie można jednak zapomnieć, że rodzina Strachwitz zasadniczo była elementem i beneficjentem tamtego systemu. Podobnie jak ci, którzy te miasto w pośpiechu opuszczali 20 stycznia 1945 roku.

Dr. Maria Luise hrabina von Strachwitz

Koniec: Nadchodzą Rosjanie

Górny Śląsk przez długi czas był oszczędzony od trudów wojny. Dopiero latem 1944 roku rozpoczęły się naloty lotnicze w powiecie Groß Strehlitz (Strzelce Opolskie). Ich głównym celem była duża fabryka uwodornienia w Deschowitz (Zdzieszowice). Od czerwca 1944 do końca roku zakład doznał poważnych uszkodzeń w wyniku dziesięciu ciężkich ataków, które jednak za każdym razem udawało się naprawić. Były też ofiary wśród ludności. Miasto Groß Strehlitz zostało zaatakowane, choć nie poniosło większych szkód. Bomby wielokrotnie spadały w pobliżu stacji kolejowej Groß Stein (Kamień Śląski), być może celując w linię kolejową Groß Strehlitz–Oppeln (Strzelce Opolskie–Opole), a może w duże lotnisko położone między Ottmütz (Otmice) a Stubendorf (Izbicko); zawsze jednak lądowały w pobliskim lesie.

Naloty odbywały się zawsze w dzień, najczęściej w porze obiadowej. Samoloty nadlatywały z południa. Przy dobrej pogodzie alarmy ogłaszano co kilka dni. Ludność nie przejmowała się nimi zbytnio. Uważano, że nie ma poważnego zagrożenia. Środki ochrony przeciwlotniczej na wsi były skrajnie prymitywne. Mimo częstych nalotów życie w dużej części powiatu toczyło się nadal stosunkowo spokojnie.

Latem 1944 roku pojawiły się poważniejsze obawy. Radziecka ofensywa na południu posuwała się tak szybko, że inwazja wydawała się całkiem możliwa. Gdy jesienią wrogie armie zatrzymały się, bezpośrednie zagrożenie minęło, ale niepokój o przyszłość pozostał. Późną jesienią 1944 roku w starostwie powiatowym w Groß Strehlitz odbyło się ściśle tajne spotkanie dotyczące ewakuacji maszyn z zakładów przemysłowych w przypadku zbliżenia się wroga. Większość zakładów miała zostać ewakuowana. Jako miejsce docelowe wskazano okolice Hirschberg (Jelenia Góra). Co miało się stać, jeśli zagrożenie dotarłoby także tam, pozostawało niewiadome.

Na pytania w tej sprawie odpowiadano milczącą dezaprobatą.

To spotkanie ukazało powagę sytuacji. Po raz pierwszy władze przyznały możliwość inwazji. Aż do Bożego Narodzenia 1944 panował jednak jeszcze spokój. Potem, 13 stycznia 1945 roku, Sowieci rozpoczęli swoją wielką ofensywę. Początkowo ludność Górnego Śląska nie zdawała sobie sprawy z jej znaczenia. Co prawda pojawiały się oznaki nadciągającego zagrożenia: szeptano, że nocami na stacji kolejowej Groß Stein (Kamień Śląski) odbywają się intensywne załadunki z lotniska. Nagle stało się niemożliwe uzyskanie wagonów kolejowych do transportu towarów niezbędnych do życia. O sytuacji militarnej nie można było się niczego dowiedzieć. Radio milczało na temat walk na wschodzie. Nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie znajdujemy się my, a gdzie znajdują się jednostki wroga.

W całkowitej niepewności rozpoczął się tydzień poprzedzający ewakuację. Na zewnątrz instytucje państwowe do samego końca podtrzymywały wiarę w zwycięstwo. Uzgodnione spotkania odbywały się jeszcze do 18 stycznia (czwartek) włącznie. Przedstawiciele Luftgau VIII, którzy przybyli z Wrocławia na rozmowy dotyczące lotniska, zapewniali 15 stycznia, jak obiecująca jest sytuacja; przedstawiciel rządu z Opola pojawił się jeszcze 17 stycznia punktualnie na szacowanie szkód, jakby nie było żadnych innych zmartwień. Jednak oznaki zagrożenia narastały. W nocy z 15 na 16 stycznia powołano oddziały Volkssturmu. W wsiach i miastach pozostało niewielu mężczyzn. To wywołało silny niepokój wśród ludności – bardziej niż pogłoski, że powołanych nie da się uzbroić, gdyż brakowało broni i amunicji.

Potem wydarzenia potoczyły się lawinowo. W środę, 17 stycznia, zaczęto — oczywiście tylko nieoficjalnie — mówić, że u naczelnika gminy znajduje się rozkaz ewakuacji kobiet i dzieci. Zakłady przemysłowe otrzymały swoje tajne instrukcje przewidziane na wypadek zagrożenia, dotyczące planowej ewakuacji urządzeń. Jednak z rozpoczęciem przenosin jeszcze zwlekano. (Gdy w sobotę, 20 stycznia, hasło do ewakuacji zostało oficjalnie wydane, było już za późno, by cokolwiek zorganizować. Każdy myślał już tylko o własnym ratunku.) Krążyły pogłoski, że sowieckie oddziały przebiły się pod Baranowem i stoją już pod Częstochową. Jednocześnie lokalni przywódcy NSDAP i urzędnicy twierdzili, że sytuacja się ustabilizowała, a bezpośrednie zagrożenie zostało zażegnane. Dlaczego ta farsa była jeszcze podtrzymywana, pozostaje niezrozumiałe. Tylko pogłębiała chaos. Ludność nie dawała wiary tym uspokajającym słowom. Ludzie byli zdezorientowani, niespokojni, nie wiedzieli, na czym stoją. A mimo to wciąż byli nieliczni, którzy ufali i nie chcieli dostrzec beznadziejności sytuacji.

Sytuacja wcale się nie ustabilizowała. Wrogie oddziały rzeczywiście znajdowały się pod Częstochową i mogły w każdej chwili wkroczyć na Górny Śląsk. Podjęcie niezbędnych działań było jednak niemożliwe, ponieważ lokalni narodowosocjalistyczni decydenci jeszcze bardziej niż wcześniej kontrolowali, co i jak się mówi, grożąc doniesieniami i aresztowaniami. Swoje własne rodziny jednak już w połowie tygodnia zdążyli ewakuować.

Najważniejsze wydawało się już tylko wywiezienie kobiet i dzieci z zagrożonego obszaru. Pociągi kursowały jeszcze do piątku, 19 stycznia, choć nieregularnie i tak przepełnione, że za każdym razem pozostawali na dworcu ludzie, których nie udało się zabrać.

Znów musieli zostać ludzie. W sobotę, 20 stycznia, ruch pociągów został wstrzymany. Po południu, wbrew oczekiwaniom, na trasie Groß Strehlitz–Oppeln (Strzelce Opolskie–Opole) przejechał pociąg z Tarnau (Tarnów Opolski) do Oppeln; był niemal pusty, nikt już nie liczył na taką możliwość. Na szosie Groß Strehlitz–Oppeln panował w tych dniach wyjątkowo intensywny ruch cofających się oddziałów. 20 stycznia, o świcie, wydano rozkaz wymarszu dla jeńców wojennych przydzielonych do zakładów pracy. Strach wśród ludności narastał. Pozostanie na miejscu wydawało się najbezpieczniejsze. Dokąd mieli uciekać? Ludzie obawiali się niepewności, bezcelowego opuszczenia ojczyzny, utraty dobytku. Wiele kobiet i dzieci, które chciały wyjechać i miały już spakowany skromny majątek, w ostatniej chwili zdecydowało się zostać. Byli jak sparaliżowani. Wciąż na nowo powtarzano 20 stycznia: „To już za późno, to nie ma sensu.” Większość tych ludzi nie potrafiła sobie wyobrazić, co ich czeka. Nigdy nie byli narodowymi socjalistami, prowadzili skromne życie i nie wierzyli, że wróg będzie chciał mścić się na nich za zbrodnie Hitlera.

Dodatkowo ich dwujęzyczność dawała im przekonanie, że będą w stanie porozumieć się z nadciągającymi oddziałami. Zostali.

Inaczej było z ludnością niemieckojęzyczną. Oczywiście wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób pracowali dla NSDAP, uciekli. Ale także większość pozostałych, którzy nie mieli nic wspólnego z partią lub byli jej przeciwni, również opuściła domy — potrafili dobrze ocenić sytuację. Wielu opuściło ojczyznę w czwartek i piątek, 18 i 19 stycznia, częściowo pociągami, a kto mógł — samochodem lub wozami konnymi, ale także pieszo, z wypchanymi wózkami dziecięcymi lub na sankach. Mosty na Odrze były ściśle strzeżone. Aby przedostać się przez nie z pojazdem, potrzebny była przepustka wystawiona przez naczelnika gminy lub burmistrza. Wielu wybierało drogę przez most w Krappitz (Krapkowice), by uniknąć zatłoczonego szlaku uchodźców w rejonie Oppeln (Opole). W Stubendorf (Izbicko) rozkaz ewakuacji ogłoszono w sobotę, 20 stycznia, wieczorem. Obowiązywał od następnego dnia, niedzieli 21 stycznia, godziny 7:00 rano. Nie podano żadnego celu podróży. Lokalny przywódca partyjny, który miał wskazać miejsce docelowe, był już nieosiągalny. Ponieważ nikt nie zajął się organizacją ewakuacji wsi, ludność pozostała zdezorientowana na miejscu.

W nocy z soboty na niedzielę, podobnie jak poprzedniej nocy, ogłoszono alarm lotniczy: radzieckie samoloty zrzucały bomby na domy przy szosie, powodując szkody materialne. Wieczorem 20 stycznia wycofał się oddział, który przebywał jeszcze na lotnisku w Stubendorf. Około godziny 22:00 w nocy pojawił się u jednego z naszych robotników folwarcznych trzyosobowy oddział, który przeprowadził ostatnie wysadzenia w Malapane (Ozimek). Oddział zniknął po krótkim czasie — była to przenikliwie zimna noc — i ruszył dalej w pośpiechu.

Według ich relacji, w powiecie Groß Strehlitz nie było już niemieckich oddziałów. O godzinie 23:00 w nocy słychać było strzały w kierunku Groß Strehlitz, a w powietrzu unosił się wyraźny zapach pożarów, niesiony wschodnim wiatrem. Rosjanie byli już w Groß Strehlitz, zaledwie 12 kilometrów dalej… O godzinie 3:00 nad ranem — nie jak „nakazano” dopiero o 7:00 — wyruszył konwój z majątku Stubendorf: trzynaście wozów, dwadzieścia osiem koni, ponad sześćdziesiąt osób — członkowie majątku ze swoimi rodzinami oraz kilku innych, którzy chcieli dołączyć. Była to piękna, cicha, jasna i lodowato zimna noc zimowa, rano silny szron. Ulice były opustoszałe, most nad prawie zamarzniętą Odrą w Krapkowicach również pusty. Nikt już nie kontrolował przejazdu. Mówiono, że Rosjanie są już w Gogolinie… Dopiero po drugiej stronie Odry napotkano tłumy uchodźców. Powiat Groß Strehlitz dostał się w ręce wojsk sowieckich bez walki.

Uwaga: Opis dni poprzedzających wkroczenie Rosjan — od 13 do 21 stycznia 1945 roku — oparty jest na notatkach autorki relacji, która opuściła Stubendorf, powiat Groß Strehlitz, we wczesnych godzinach porannych 21 stycznia. Te ostatnie dni, pełne niewyobrażalnej niepewności i chaosu, prawdopodobnie przebiegały podobnie w całym powiecie.

Tłumaczenie Joanna Mrohs

Dodaj komentarz