Wspomnienia zdemobilizowanego żołnierza w Spóroku 1945

Dziki Zachód – tak był nazywany Śląsk zaraz po wojnie po przejęciu byłych terenów niemieckich przez polską administrację. Wpadły mi w rękę jakiś czas temu wspomnienia polskiego żołnierza Wieńczysława Hejnemana, który po demobilizacji, z rodzinnego Żytomierza przeniósł się na Górny Śląsk.

***

[…] W Szczecinie zdemobilizowałem się (do końca), zda­łem broń. Po tym wszystkim przy­pad­kowo spotka­łem znajomego oficera, który za­pro­ponował mi pracę w Straży Przemysło­wej. Nie miałem pojęcia, o co cho­dzi. Wy­tłuma­czył mi, że jest to coś podobnego do woj­ska, mają­cego ochra­niać zakłady pracy. Myślę sobie, to wojsko i to woj­sko. Zgodziłem się. Tak znala­złem się w Kolo­nowskiej, w Fabryce Tektury. Pensja tam była bar­dzo mała, trzeba było dora­biać. Zrezy­gnowa­łem i zatrudniłem się w Za­wadzkiem, w przyfa­brycz­nej szkole zawodowej. Byłem wykładowcą do spraw woj­skowych. Po­tem doło­żono mi funk­cję Komen­danta PRW (Gminnego). Skrót ten oznaczał Przy­sposobie­nie Rolniczo—Wojskowe.

– W Gliwicach Komendant WKR – u, po­wia­domił mnie, że jest to rozkaz Mi­nistra obrony Na­rodo­wej. Trzeba być czujnym. Ofi­ce­rowie po­winni być w ten sposób wykorzystani. W efekcie dzień pracy wy­glądał tak, że wyjeż­dża­łem z Kolo­now­skiego na rowerze z rana do Za­wadzkiego. Tam wy­kłady w dwóch szko­łach, na dodatek to szko­lenie rolni­czo -wojskowe. By­łem z powro­tem w domu o go­dzinie dwudziestej dru­giej. Jeździłem jeszcze do Sta­niszcz Ma­łych i Wielkich. Potem teren mi się po­większył, aż po Spo­rok. Wszyst­kie sale na tym te­re­nie podle­gały mnie. Jeżeli ktoś chciał urządzić zabawę, mu­siał to ze mną uzgod­nić. My brali­śmy pienią­dze za wstęp, a orga­niza­tor za bu­fet. Po­tem kupowałem tzw. sprzęt sportowy. Prowadzi­łem całą kar­totekę przycho­dów i wydatków, żeby nikt mi nie zarzucił, że przy­własz­czy­łem sobie jakieś pienią­dze.

W Sporoku, jak się zbliżały jakieś święta, za­czy­nała się “bi­twa” między Richterem, a Wol­nym kto do­stanie pozwolenie na za­bawę. Mia­łem tam jesz­cze jedno zdarzenie. Prowadzi­liśmy na tych te­renach “re­polonizację”, czyli po­wrót do języka pol­skiego. W Spo­roku prowa­dził zaję­cia profesor, starszy pan. Do­wiedziałem się od ludzi, że jeden z mieszkańców Spóroka chodzi i opowiada, jak to może być w tej Polsce do­brze, gdy starszy czło­wiek musi wstać i meldo­wać, jak wcho­dzi na salę taki polski porucznik. Posze­dłem do domu tego Pana i potrząsnąłem nieco ga­dułą, ale nic mu specjal­nie nie zdążyłem zro­bić, bo uciekł przez okno. Z tego była sprawa w są­dzie w Strzelcach Opolskich. Sę­dzina z miejsca ostro się za nas wzięła.  Ja przedsta­wiłem swoją wersję. Jak jestem wpusz­czany przez go­spodarza do domu, a po chwili rusza on na mnie z siekierą, to co mia­łem robić. Za­bra­łem mu tę siekierę, a że przy oka­zji nadwyrę­żyłem rękę, no cóż, zdarza się. Po moim tłuma­czeniu sędzina wzięła się za mieszkańca Spóroka. My­ślę, że moim du­żym plusem było, że je­stem Polakiem – ona też była Polką. Miej­sco­wych uwa­żano za Niemców. Na koniec zapropo­no­wała nam ugodę. Podali­śmy sobie z mieszkańcem Spóroka ręce i na tym sprawa się skoń­czyła. Spo­tka­liśmy się gdzieś po 15 latach. Prze­pro­sił mnie.

***

Joanna Ania Mrohs

Podoba Ci się, co robię? Szperanie i zamawianie materiałów z archiwów kosztuje. Chcesz mnie wesprzeć? Kup mi kawę. buycoffee.to/joannaaniamrohs

Dodaj komentarz