Dziki Zachód – tak był nazywany Śląsk zaraz po wojnie po przejęciu byłych terenów niemieckich przez polską administrację. Wpadły mi w rękę jakiś czas temu wspomnienia polskiego żołnierza Wieńczysława Hejnemana, który po demobilizacji, z rodzinnego Żytomierza przeniósł się na Górny Śląsk.
***
[…] W Szczecinie zdemobilizowałem się (do końca), zdałem broń. Po tym wszystkim przypadkowo spotkałem znajomego oficera, który zaproponował mi pracę w Straży Przemysłowej. Nie miałem pojęcia, o co chodzi. Wytłumaczył mi, że jest to coś podobnego do wojska, mającego ochraniać zakłady pracy. Myślę sobie, to wojsko i to wojsko. Zgodziłem się. Tak znalazłem się w Kolonowskiej, w Fabryce Tektury. Pensja tam była bardzo mała, trzeba było dorabiać. Zrezygnowałem i zatrudniłem się w Zawadzkiem, w przyfabrycznej szkole zawodowej. Byłem wykładowcą do spraw wojskowych. Potem dołożono mi funkcję Komendanta PRW (Gminnego). Skrót ten oznaczał Przysposobienie Rolniczo—Wojskowe.
– W Gliwicach Komendant WKR – u, powiadomił mnie, że jest to rozkaz Ministra obrony Narodowej. Trzeba być czujnym. Oficerowie powinni być w ten sposób wykorzystani. W efekcie dzień pracy wyglądał tak, że wyjeżdżałem z Kolonowskiego na rowerze z rana do Zawadzkiego. Tam wykłady w dwóch szkołach, na dodatek to szkolenie rolniczo -wojskowe. Byłem z powrotem w domu o godzinie dwudziestej drugiej. Jeździłem jeszcze do Staniszcz Małych i Wielkich. Potem teren mi się powiększył, aż po Sporok. Wszystkie sale na tym terenie podlegały mnie. Jeżeli ktoś chciał urządzić zabawę, musiał to ze mną uzgodnić. My braliśmy pieniądze za wstęp, a organizator za bufet. Potem kupowałem tzw. sprzęt sportowy. Prowadziłem całą kartotekę przychodów i wydatków, żeby nikt mi nie zarzucił, że przywłaszczyłem sobie jakieś pieniądze.
W Sporoku, jak się zbliżały jakieś święta, zaczynała się “bitwa” między Richterem, a Wolnym kto dostanie pozwolenie na zabawę. Miałem tam jeszcze jedno zdarzenie. Prowadziliśmy na tych terenach “repolonizację”, czyli powrót do języka polskiego. W Sporoku prowadził zajęcia profesor, starszy pan. Dowiedziałem się od ludzi, że jeden z mieszkańców Spóroka chodzi i opowiada, jak to może być w tej Polsce dobrze, gdy starszy człowiek musi wstać i meldować, jak wchodzi na salę taki polski porucznik. Poszedłem do domu tego Pana i potrząsnąłem nieco gadułą, ale nic mu specjalnie nie zdążyłem zrobić, bo uciekł przez okno. Z tego była sprawa w sądzie w Strzelcach Opolskich. Sędzina z miejsca ostro się za nas wzięła. Ja przedstawiłem swoją wersję. Jak jestem wpuszczany przez gospodarza do domu, a po chwili rusza on na mnie z siekierą, to co miałem robić. Zabrałem mu tę siekierę, a że przy okazji nadwyrężyłem rękę, no cóż, zdarza się. Po moim tłumaczeniu sędzina wzięła się za mieszkańca Spóroka. Myślę, że moim dużym plusem było, że jestem Polakiem – ona też była Polką. Miejscowych uważano za Niemców. Na koniec zaproponowała nam ugodę. Podaliśmy sobie z mieszkańcem Spóroka ręce i na tym sprawa się skończyła. Spotkaliśmy się gdzieś po 15 latach. Przeprosił mnie.
***
Joanna Ania Mrohs
Podoba Ci się, co robię? Szperanie i zamawianie materiałów z archiwów kosztuje. Chcesz mnie wesprzeć? Kup mi kawę. buycoffee.to/joannaaniamrohs
