Kolonie Fryderyka na Śląsku

Johannes Reischel

Kolonie Fryderyka na Śląsku

Poniżej już kolejny artykuł architekta Johannesa Reischela. Jego materiały są niezwykle wartościowym źródłem historycznym, ponieważ posiadał on dostęp do kompletnych przedwojennych archiwów wrocławskich. Niestety wojna i powodzie te archiwa bezpowrotnie uszkodziły. Dziś prezentuję tłumaczenie pierwszego artykułu z serii o koloniach zakładanych przez Fryderyka Wielkiego na Śląsku.

Ziemie, które zdobył w 1742 roku król Prus, miały za sobą ciężkie czasy. Wojna trzydziestoletnia spustoszyła region, a kontrreformacja wypędziła wielu mieszkańców. Około 3000 gospodarstw chłopskich w Śląsku pozostawało opuszczonych. Do tego dochodziły straty spowodowane nowymi wojnami.

Jeszcze w trakcie walk z Austriakami Fryderyk skierował uwagę na zasiedlenie tych terenów nowymi mieszkańcami. Głód, nietolerancja religijna w krajach sąsiednich oraz ucisk ze strony książąt w mniejszych państwach dały królowi Prus okazję do pozyskania kolonistów poprzez zręczną rekrutację.

Na początku starał się zasiedlić pojedyncze, opuszczone miejsca, które leżały odłogiem już od czasów wojny trzydziestoletniej. Dopiero państwowe domeny (tereny należące do państwa) i lasy, zwłaszcza na Górnym Śląsku, umożliwiły Fryderykowi tworzenie większych, zwartej struktury osadniczej.

Rozwój osadnictwa i przemysłu żelaznego na Górnym Śląsku

Fryderyk II wielokrotnie zalecał w swoich rozkazach zakładanie nowych osad w lasach Górnego Śląska.

Duża osada między majątkiem książęcym Carlsruhe (Pokój) a miastem Opole zawdzięcza swoje powstanie przede wszystkim przemysłowi żelaznemu, który król Prus rozwinął w tym regionie.

Występowanie rudy darniowej w pobliżu kompleksów leśnych skłoniło króla do założenia huty Malapane (Ozimek) w 1752 roku oraz Huty Kluczborksiej (Zagwiździe) w 1755 roku. Zakłady te miały produkować materiały wojenne na potrzeby kampanii militarnych. Choć żelazo i drewno były dostępne, brakowało ludzi do wycinki drzew i transportu surowca do hut.

W lasach, gdzie powstały te zakłady przemysłowe, istniało niewiele osad.

Nowe osady wokół huty kluczborskiej (Zagwiździe)

W bezpośrednim sąsiedztwie huty w Zagwiździu znajdowało się niewiele wsi — jedynie Budkowicem. Siołkowice, Brynica i Dąbrówka leżały w odległości od 1 do 20 km, a nieliczna siła robocza z tych miejscowości była dostępna tylko częściowo.

Dlatego król Prus założył w 1764 roku Kuźnię Domaradzką, a w 1765 roku Nowe Budkowice zaraz obok istniejącej osady. Ponieważ jednak pozyskiwanie drewna nadal pozostawało wiele do życzenia, Fryderyk był zmuszony do zakrojonego na większą skalę osadnictwa.

W latach 1773 i 1774 polecił założyć szereg nowych osad wokół huty w Zagwiździu. Kolonie powstawały wzdłuż Budkowiczanki, Bogacicy, a także w samym środku lasu. Większość kolonii zakładano z 20 gospodarstwami. Wyjątkiem było Sacken (Lubienia), założone w 1780 roku, które od razu otrzymało 40 gospodarstw; Plümkenau (Radomierowice) i Süßenrode (Młodnik) miały odpowiednio tylko 15 i 16.

Tauenzinow (Okoły), Plümkenau (Radomierowice), Süßenrode (Młodnik), Georgenwerk (Bukowo), Neuwedel (Święciny) i Zedlitz (Grabice) — otrzymały po 17 mórg ziemi: 12 mórg pola uprawnego, 4 mórg łąki i 1 mórg na zagrodę i ogród. Osady Blumethal (Krzywa Góra), Massow (Masów) i Finkstein (Brzezie), podlegające urzędowi w Kup, otrzymały po 16 mórg, natomiast Hirschfelde (Kaniów) — 18 mórg pola i 6 mórg łąki, czyli łącznie 24 morgi.

Pokazany tu projekt kolonii Neuwedel (Święciny) pochodzi z archiwum we Wrocławiu.

Warunki osadnictwa i przywileje kolonistów

Koloniści mieli poza tym prawo wypasać kilka sztuk bydła w państwowych lasach. Ze strony państwa dla osadnika karczowano jedną morgę ziemi, na którym wznoszono dom z izbą, dwoma komorami oraz zabudowaniami gospodarczymi. Stodołę osadnik musiał zbudować samodzielnie, ale drewno otrzymywał od państwa. Pozostałą część ziemi musiał wykarczować we własnym zakresie.

Król nie zdołałby przyciągnąć tak wielu kolonistów, gdyby nie przyznał im istotnych przywilejów: zwolnienia z podatków na kilka lat, zwolnienia z poboru wojskowego i innych obowiązków pańszczyźnianych. Przede wszystkim jednak osadnicy byli wolnymi ludźmi i właścicielami swoich gospodarstw.

Zrozumiałe jest, że miejscowa ludność nie była szczególnie przychylnie nastawiona do obcych. Również urzędy nie były zachwycone dodatkowymi obowiązkami, jakie nakładała na nie kolonizacja. Jednak rozkazy króla były jednoznaczne i trzeba było się im podporządkować — choćby niechętnie.

Fryderyk Wielki przywiązywał dużą wagę do osadzania jak największej liczby cudzoziemców w nowo utworzonych koloniach, aby powiększyć populację swojego kraju.

Struktura kolonii i pochodzenie osadników

W północnych koloniach takich jak Georgenwerk (Bukowo), Plümkenau (Radomierowice), Süßenrode (Młodnik) i Tauenzinow (Okoły) osiedlono niemal wyłącznie Hesów. W Salzbrunn (Ładza) i Hirschfelde (Kaniów) zamieszkali Polacy, a w Massow (Masów) i Seidlitz (Grabice) — Czesi. Pozostałe kolonie miały głównie niemieckich mieszkańców pochodzących z różnych regionów.

Król założył w lasach opolskich łącznie 33 kolonie wiejskie. Liczbę osadników sprowadzonych przez niego na Śląsk szacuje się na 61 000, z czego 43 000 osiedliło się na terenach równinnych.

W 1744 roku Fryderyk Wielki przeznaczył 80 000 talarów na 30 wsie na Górnym Śląsku. W 1775 roku wydał 70 000 talarów na 466 gospodarstw obejmujących 3728 mórg ziemi. W latach 1776 i 1777 ponownie przeznaczył po 70 000 talarów na osadnictwo w Górnym Śląsku. W kolejnych latach dotacje uległy zmniejszeniu.

Król próbował również osiedlać inwalidów wojennych, lecz napotkał opór ze strony urzędów i wielkich właścicieli ziemskich, którzy nie postrzegali ich jako pełnowartościowych pracowników.

Układ zabudowy i warunki glebowe w koloniach

W strukturze poszczególnych kolonii wiejskich wyróżnia się dwa podstawowe typy. Większość osad miała po obu stronach drogi — zazwyczaj obsadzonej dwoma rzędami lip — po 10 gospodarstw o szerokości około 40 metrów. Parterowe domy mieszkalne z zabudowaniami gospodarczymi były ustawiane równolegle do drogi, przy granicy działki, a za nimi znajdowała się stodoła. Obok zabudowań powstawał około 25-metrowy ogród trawiasty, w którym umieszczano studnię z żurawiem, sadzono nieco krzewów jagodowych i kilka rachitycznych drzew owocowych.

Zrozumiałe jest, że gleba w osadach wykarczowanych z lasów sosnowych była bardzo uboga, a koloniści zmuszeni byli do pracy w lesie, ponieważ wielkość gospodarstwa nie wystarczała na utrzymanie.

Drugi typ zabudowy zakładał, że po jednej stronie drogi znajdował się tylko dom mieszkalny (przy szerokości działki 38–40 metrów), a po drugiej stronie — stajnia i stodoła pod wspólnym dachem. Tak zaplanowano Neuwedel (Święciny). W Plümkenau (Radomierowice) dom mieszkalny był połączony ze stajnią. W Hirschfelde (Kaniów) na działkach o szerokości 25 metrów dom i stajnia ustawione były prostopadle do drogi, a stodoła — podobnie jak w Plümkenau (Radomierowice) — po przeciwnej stronie drogi.

Ten typ zabudowy prawdopodobnie wybrano ze względu na zagrożenie pożarowe.

Plümkenau (Radomierowice), założone w 1773 roku, otrzymało po 12 latach budynek szkolny i kościół. Zadziwia, z jaką prostotą i naturalnością nowe budynki zostały wkomponowane w istniejącą strukturę osady.

Regularność zabudowy i styl kolonii

Kolonie wiejskie z czasów Fryderyka Wielkiego wyróżniają się absolutną regularnością — aż po najdrobniejsze szczegóły. Choć każda wieś miała swój własny typ, to w jej obrębie wszystkie gospodarstwa były jednakowe pod względem wielkości i układu przestrzennego.

Pierwotny obraz, jaki stworzył król Prus, zachował się dziś jedynie w bardziej odległych koloniach. Liczba gospodarstw często się podwoiła, wiele z nich zostało podzielonych; na miejscu ogrodu lub po przeciwnej stronie drogi, tam gdzie wcześniej była stodoła, powstały nowe domy mieszkalne. Tak jest na przykład w Plümkenau (Radomierowice) i Hirschfelde (Kaniów), gdzie dawny układ wsi trudno już rozpoznać.

Choć Fryderyk w innych regionach wymagał budowy domów murowanych z dachami z dachówki, w tych odległych leśnych terenach nie dało się tego zrealizować. Kolonistom pozwolono więc budować domy z glinianych plecionek, ale nakazano wznosić murowane kominy. Nie dało się też uniknąć typowych dachów ze słomy.

Obecnie niemal wszystkie budynki mieszkalne są już murowane.

Polityka osadnicza i przeszkody migracyjne

Choć Fryderyk dążył do osiedlania niemieckich kolonistów wśród ludności mówiącej po polsku, napotykał przy tym na znaczne trudności. Władcy niemieckich państw często nakładali wysokie kary za emigrację, co zmusiło króla do osiedlania również Polaków i Czechów.

Trzeba przy tym pamiętać, że państwa tamtej epoki nie były narodowymi państwami w dzisiejszym rozumieniu. Ich mieszkańcy byli poddanymi króla pruskiego.

Choć Fryderyk nie zwracał uwagi na to, czy osadnicy mówili po niemiecku czy po polsku, to jednak preferował Niemców — głównie dlatego, że pragnął podnieść poziom kulturowy miejscowej ludności. Szczególnie zależało mu na osiedlaniu ogrodników i sadowników.

Z powodzeniem próbował również nakłonić śląską szlachtę do zakładania kolonii. W rezultacie powstało kilka trwałych osad, zwłaszcza przy północnej granicy Śląska — m.in. . Friedrichswille (Kolonia Biskupska) koło Olesna, Königswille (Królewska Wola) koło Sycowa oraz kolonie nad Baryczą. Państwo wspierało te przedsięwzięcia dotacjami w wysokości około 10 talarów na każde gospodarstwo.

CDN.

Tłumaczenie Joanna Mrohs

19.1.2026

Strzelecki kat Ganser

Każdy ma swoje narzędzia pracy. Z prawej narzędzia strzeleckiego kata o nazwisku Gausert (zmarłego 1877). Tak pisze The Illustrated London News w roku 1907.

Znajdujemy jednak inny ślad kata z roku 1850. Intelligenz- und Wochenblatt für Frankenberg mit Sachsenburg und Umgegend pisze, że strzelecki kat Anton Ganser dokonał egzekucji toporem dwóch przestępców: krawca Johanna Gottlieba Hüttiga i Heinricha Wilhelma Hanspacha, którzy zostali skazani w Zgorzelcu na karę śmierci za zabójstwo chałupnika Johanna Georga Manna.

Początkowa kara brzmiała: łamanie kołem, ale została złagodzona na „topór”.

Widocznie miał dobrą opinię, skoro dostawał zlecenia na całym Śląsku.

A teraz robi się ciekawiej: Wöchentlicher Anzeiger für die Königl. Preuss. Kreisstadt Lauban und ihre Umgegend z dnia 01.10.1862 opisuję pracę „naszego” kata ze szczegółami.

Skazany za morderstwo syna Ernst Rille z Baumgarten zjadł rano o 5 ostatni posiłek. O godzinie 6:30 został doprowadzony na plac więzienny w Brzegu ze związanymi rękami. Blady wysłuchał jeszcze raz z ust sędziego sentencję wyroku i został przekazany katu Ganserowi z Gross Strelitz. Kat rozwiązał ręce skazańcowi i rozebrał go do pasa (Francuzi w czasach rewolucji zwali ten proceder „Toilette”).

Zamocowanie skazańca do bloku przez pomocników kata i sama jego czynność egzekucyjna nie zajęła nawet dwóch minut. Topór spadł na szyję skazańca spokojnie i szybko. Kolejne dwie minuty zajęło umieszczenie ciała w trumnie i jej zamknięcie. Widzowie nawet nie zdążyli uporządkować tłoczących się myśli i uczuć w związku z egzekucją.

Z prasy ówczesnej możemy się też dowiedzieć, że po wykonaniu roboty Ganser wysyłał do zleceniodawcy rachunek. 6 lipca 1855 Królewski Sąd Okręgowy w Raciborzu dostał notę obciążeniową za ścięcie głowy parobka Paula Wylezola z Pławniowic. Pozycje na rachunku brzmiały:

1. za ścięcie głowy 30 talarów

2. dieta za 3 dni po 10 groszy – 1 talar

3. koszty podróży za 14 mil plus powrót 7 talarów

4. za czyszczenie szafotu 1 talar

w sumie 33 talary. (dziś 759 EUR)

Joanna Mrohs

Das Ende

Zbliża się 21 styczeń, data zniszczenia miasta Groß Strehlitz.

Publikuję tekst opisujący tamte dni z perspektywy niedalekiego Izbicka, gdzie mieszka rodzina Strachwitz. Maria Luise zebrała po wojnie informacje o powiecie strzeleckim w publikacji „Geschichte des Annaberglandes”. Oto przedostatni rozdział: Koniec: Nadchodzą Rosjanie.

Tekst opisuje krytycznie tamte dni i zachowanie włodarzy. Autorka ujmuje w nim wiele ciekawych spostrzeżeń.

Nie można jednak zapomnieć, że rodzina Strachwitz zasadniczo była elementem i beneficjentem tamtego systemu. Podobnie jak ci, którzy te miasto w pośpiechu opuszczali 20 stycznia 1945 roku.

Dr. Maria Luise hrabina von Strachwitz

Koniec: Nadchodzą Rosjanie

Górny Śląsk przez długi czas był oszczędzony od trudów wojny. Dopiero latem 1944 roku rozpoczęły się naloty lotnicze w powiecie Groß Strehlitz (Strzelce Opolskie). Ich głównym celem była duża fabryka uwodornienia w Deschowitz (Zdzieszowice). Od czerwca 1944 do końca roku zakład doznał poważnych uszkodzeń w wyniku dziesięciu ciężkich ataków, które jednak za każdym razem udawało się naprawić. Były też ofiary wśród ludności. Miasto Groß Strehlitz zostało zaatakowane, choć nie poniosło większych szkód. Bomby wielokrotnie spadały w pobliżu stacji kolejowej Groß Stein (Kamień Śląski), być może celując w linię kolejową Groß Strehlitz–Oppeln (Strzelce Opolskie–Opole), a może w duże lotnisko położone między Ottmütz (Otmice) a Stubendorf (Izbicko); zawsze jednak lądowały w pobliskim lesie.

Naloty odbywały się zawsze w dzień, najczęściej w porze obiadowej. Samoloty nadlatywały z południa. Przy dobrej pogodzie alarmy ogłaszano co kilka dni. Ludność nie przejmowała się nimi zbytnio. Uważano, że nie ma poważnego zagrożenia. Środki ochrony przeciwlotniczej na wsi były skrajnie prymitywne. Mimo częstych nalotów życie w dużej części powiatu toczyło się nadal stosunkowo spokojnie.

Latem 1944 roku pojawiły się poważniejsze obawy. Radziecka ofensywa na południu posuwała się tak szybko, że inwazja wydawała się całkiem możliwa. Gdy jesienią wrogie armie zatrzymały się, bezpośrednie zagrożenie minęło, ale niepokój o przyszłość pozostał. Późną jesienią 1944 roku w starostwie powiatowym w Groß Strehlitz odbyło się ściśle tajne spotkanie dotyczące ewakuacji maszyn z zakładów przemysłowych w przypadku zbliżenia się wroga. Większość zakładów miała zostać ewakuowana. Jako miejsce docelowe wskazano okolice Hirschberg (Jelenia Góra). Co miało się stać, jeśli zagrożenie dotarłoby także tam, pozostawało niewiadome.

Na pytania w tej sprawie odpowiadano milczącą dezaprobatą.

To spotkanie ukazało powagę sytuacji. Po raz pierwszy władze przyznały możliwość inwazji. Aż do Bożego Narodzenia 1944 panował jednak jeszcze spokój. Potem, 13 stycznia 1945 roku, Sowieci rozpoczęli swoją wielką ofensywę. Początkowo ludność Górnego Śląska nie zdawała sobie sprawy z jej znaczenia. Co prawda pojawiały się oznaki nadciągającego zagrożenia: szeptano, że nocami na stacji kolejowej Groß Stein (Kamień Śląski) odbywają się intensywne załadunki z lotniska. Nagle stało się niemożliwe uzyskanie wagonów kolejowych do transportu towarów niezbędnych do życia. O sytuacji militarnej nie można było się niczego dowiedzieć. Radio milczało na temat walk na wschodzie. Nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie znajdujemy się my, a gdzie znajdują się jednostki wroga.

W całkowitej niepewności rozpoczął się tydzień poprzedzający ewakuację. Na zewnątrz instytucje państwowe do samego końca podtrzymywały wiarę w zwycięstwo. Uzgodnione spotkania odbywały się jeszcze do 18 stycznia (czwartek) włącznie. Przedstawiciele Luftgau VIII, którzy przybyli z Wrocławia na rozmowy dotyczące lotniska, zapewniali 15 stycznia, jak obiecująca jest sytuacja; przedstawiciel rządu z Opola pojawił się jeszcze 17 stycznia punktualnie na szacowanie szkód, jakby nie było żadnych innych zmartwień. Jednak oznaki zagrożenia narastały. W nocy z 15 na 16 stycznia powołano oddziały Volkssturmu. W wsiach i miastach pozostało niewielu mężczyzn. To wywołało silny niepokój wśród ludności – bardziej niż pogłoski, że powołanych nie da się uzbroić, gdyż brakowało broni i amunicji.

Potem wydarzenia potoczyły się lawinowo. W środę, 17 stycznia, zaczęto — oczywiście tylko nieoficjalnie — mówić, że u naczelnika gminy znajduje się rozkaz ewakuacji kobiet i dzieci. Zakłady przemysłowe otrzymały swoje tajne instrukcje przewidziane na wypadek zagrożenia, dotyczące planowej ewakuacji urządzeń. Jednak z rozpoczęciem przenosin jeszcze zwlekano. (Gdy w sobotę, 20 stycznia, hasło do ewakuacji zostało oficjalnie wydane, było już za późno, by cokolwiek zorganizować. Każdy myślał już tylko o własnym ratunku.) Krążyły pogłoski, że sowieckie oddziały przebiły się pod Baranowem i stoją już pod Częstochową. Jednocześnie lokalni przywódcy NSDAP i urzędnicy twierdzili, że sytuacja się ustabilizowała, a bezpośrednie zagrożenie zostało zażegnane. Dlaczego ta farsa była jeszcze podtrzymywana, pozostaje niezrozumiałe. Tylko pogłębiała chaos. Ludność nie dawała wiary tym uspokajającym słowom. Ludzie byli zdezorientowani, niespokojni, nie wiedzieli, na czym stoją. A mimo to wciąż byli nieliczni, którzy ufali i nie chcieli dostrzec beznadziejności sytuacji.

Sytuacja wcale się nie ustabilizowała. Wrogie oddziały rzeczywiście znajdowały się pod Częstochową i mogły w każdej chwili wkroczyć na Górny Śląsk. Podjęcie niezbędnych działań było jednak niemożliwe, ponieważ lokalni narodowosocjalistyczni decydenci jeszcze bardziej niż wcześniej kontrolowali, co i jak się mówi, grożąc doniesieniami i aresztowaniami. Swoje własne rodziny jednak już w połowie tygodnia zdążyli ewakuować.

Najważniejsze wydawało się już tylko wywiezienie kobiet i dzieci z zagrożonego obszaru. Pociągi kursowały jeszcze do piątku, 19 stycznia, choć nieregularnie i tak przepełnione, że za każdym razem pozostawali na dworcu ludzie, których nie udało się zabrać.

Znów musieli zostać ludzie. W sobotę, 20 stycznia, ruch pociągów został wstrzymany. Po południu, wbrew oczekiwaniom, na trasie Groß Strehlitz–Oppeln (Strzelce Opolskie–Opole) przejechał pociąg z Tarnau (Tarnów Opolski) do Oppeln; był niemal pusty, nikt już nie liczył na taką możliwość. Na szosie Groß Strehlitz–Oppeln panował w tych dniach wyjątkowo intensywny ruch cofających się oddziałów. 20 stycznia, o świcie, wydano rozkaz wymarszu dla jeńców wojennych przydzielonych do zakładów pracy. Strach wśród ludności narastał. Pozostanie na miejscu wydawało się najbezpieczniejsze. Dokąd mieli uciekać? Ludzie obawiali się niepewności, bezcelowego opuszczenia ojczyzny, utraty dobytku. Wiele kobiet i dzieci, które chciały wyjechać i miały już spakowany skromny majątek, w ostatniej chwili zdecydowało się zostać. Byli jak sparaliżowani. Wciąż na nowo powtarzano 20 stycznia: „To już za późno, to nie ma sensu.” Większość tych ludzi nie potrafiła sobie wyobrazić, co ich czeka. Nigdy nie byli narodowymi socjalistami, prowadzili skromne życie i nie wierzyli, że wróg będzie chciał mścić się na nich za zbrodnie Hitlera.

Dodatkowo ich dwujęzyczność dawała im przekonanie, że będą w stanie porozumieć się z nadciągającymi oddziałami. Zostali.

Inaczej było z ludnością niemieckojęzyczną. Oczywiście wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób pracowali dla NSDAP, uciekli. Ale także większość pozostałych, którzy nie mieli nic wspólnego z partią lub byli jej przeciwni, również opuściła domy — potrafili dobrze ocenić sytuację. Wielu opuściło ojczyznę w czwartek i piątek, 18 i 19 stycznia, częściowo pociągami, a kto mógł — samochodem lub wozami konnymi, ale także pieszo, z wypchanymi wózkami dziecięcymi lub na sankach. Mosty na Odrze były ściśle strzeżone. Aby przedostać się przez nie z pojazdem, potrzebny była przepustka wystawiona przez naczelnika gminy lub burmistrza. Wielu wybierało drogę przez most w Krappitz (Krapkowice), by uniknąć zatłoczonego szlaku uchodźców w rejonie Oppeln (Opole). W Stubendorf (Izbicko) rozkaz ewakuacji ogłoszono w sobotę, 20 stycznia, wieczorem. Obowiązywał od następnego dnia, niedzieli 21 stycznia, godziny 7:00 rano. Nie podano żadnego celu podróży. Lokalny przywódca partyjny, który miał wskazać miejsce docelowe, był już nieosiągalny. Ponieważ nikt nie zajął się organizacją ewakuacji wsi, ludność pozostała zdezorientowana na miejscu.

W nocy z soboty na niedzielę, podobnie jak poprzedniej nocy, ogłoszono alarm lotniczy: radzieckie samoloty zrzucały bomby na domy przy szosie, powodując szkody materialne. Wieczorem 20 stycznia wycofał się oddział, który przebywał jeszcze na lotnisku w Stubendorf. Około godziny 22:00 w nocy pojawił się u jednego z naszych robotników folwarcznych trzyosobowy oddział, który przeprowadził ostatnie wysadzenia w Malapane (Ozimek). Oddział zniknął po krótkim czasie — była to przenikliwie zimna noc — i ruszył dalej w pośpiechu.

Według ich relacji, w powiecie Groß Strehlitz nie było już niemieckich oddziałów. O godzinie 23:00 w nocy słychać było strzały w kierunku Groß Strehlitz, a w powietrzu unosił się wyraźny zapach pożarów, niesiony wschodnim wiatrem. Rosjanie byli już w Groß Strehlitz, zaledwie 12 kilometrów dalej… O godzinie 3:00 nad ranem — nie jak „nakazano” dopiero o 7:00 — wyruszył konwój z majątku Stubendorf: trzynaście wozów, dwadzieścia osiem koni, ponad sześćdziesiąt osób — członkowie majątku ze swoimi rodzinami oraz kilku innych, którzy chcieli dołączyć. Była to piękna, cicha, jasna i lodowato zimna noc zimowa, rano silny szron. Ulice były opustoszałe, most nad prawie zamarzniętą Odrą w Krapkowicach również pusty. Nikt już nie kontrolował przejazdu. Mówiono, że Rosjanie są już w Gogolinie… Dopiero po drugiej stronie Odry napotkano tłumy uchodźców. Powiat Groß Strehlitz dostał się w ręce wojsk sowieckich bez walki.

Uwaga: Opis dni poprzedzających wkroczenie Rosjan — od 13 do 21 stycznia 1945 roku — oparty jest na notatkach autorki relacji, która opuściła Stubendorf, powiat Groß Strehlitz, we wczesnych godzinach porannych 21 stycznia. Te ostatnie dni, pełne niewyobrażalnej niepewności i chaosu, prawdopodobnie przebiegały podobnie w całym powiecie.

Tłumaczenie Joanna Mrohs

Woda

Głęboko pod ziemią mamy skarb. Wodę. Zbiornik podziemny zwany fachowo GWZP 333. Jednakże pomiary wykazują, że zaczyna wysychać. Prasa sugeruje, że winne są kopalnie kamienia, a dokładnie ich odwadnianie.

A może jest inny czynnik. Widać to wyraźnie na starych mapach: dolina rzeki Jemielnica – jako jedyna przepływająca nad zbiornikiem, była od wieków rezerwuarem wody.

Mapa z roku 1736 pokazuje stawy jak koraliki nawinięte na sznurek. W każdym z nich gromadzono zasób wody potrzebnej do napędzania młynów, fryszerek, młotowni i wysokich pieców w zakładach hutniczych nad Jemielniczanką (Centawa, Osiek, Kadłub, Dębska Kuźnia).

Na mapie widać staw przed hutą w Osieku, potem dwa stawy przed młynem Barwinek, jeden przed hutą na Piecu, i olbrzymi staw w okolicach dzisiejszej drogi do Krasiejowa.

Kolejna mapa z roku 1750 jest jeszcze ciekawsza. Pokazuje ona, jak szeroki pas zajmowały rozlewiska Jemielnicy (obszar zakreskowany na szaro-niebiesko).

Natomiast mapa z 1827 pokazuje, jak nasi przodkowie radzili sobie z wylewającą wodą: widać tu cały system wałów spiętrzających wodę na terenach leśnych i mokrych łąkach.

Ciekawy jest wał w lasach na wschód od Kadłuba. Tamuje on wodę z lasów w stronę Zawadzkiego i kieruję wodę do potoku Grabowiec, który dziś wpada do rzeki Jemielnicy tuż przed Kadłubem Wsią. Zlewnia Grabowca jest duża i obejmuje prawie całe lasy od Kadłuba aż po Zawadzkie. Kiedyś wał ten więc gromadził ogromny zasób wody.

Starsi z nas pamiętają jeszcze to zjawisko: na wiosnę Jemielnica występowała z brzegów i zalewała pola między Kadłubem a Piecem. Dlaczego?

Wtedy istniał jeszcze system wałów spiętrzających wodę. Wały gromadziły wodę w lasach i na mokrych łąkach przed wioską, i kierowały ją do koryta rzeki. Miało to podwójny efekt: retencji wody i ochrony przeciwpożarowej.

System ten jeszcze widać na mapach z roku 1886. Na żółto wały, na niebiesko tereny zalewowe.

Uważny czytelnik rozpozna, że tereny zalewowe na Banatkach pokrywają się z pierwotnym korytem rzeki.

Dziś z tamtego systemy nie pozostało wiele. Suche piwnice i suche łąki są pożądanym stanem dla mieszkańców i rolników, jednakże skutkować mogą pustym zbiornikiem wód głębinowych.

Dziś możemy sprawdzić, które z tych wałów jeszcze istnieją dzięki mapom LIDAR na Geoportalu.

Istnieją jeszcze oba wały w lasach w stronę Zawadzkiego spiętrzające Grabowca:

Istnieje jeszcze stary wał na Piecu spiętrzający staw hutniczy:

Jednakże wał przed samym Kadłubem już tylko istnieje szczątkowo. Z tego powodu przy powodziach woda wdziera się do wioski.

Joanna Mrohs

Reformacja na ziemi strzeleckiej

Trwa wojna trzydziestoletnia. Biją się w niej zasadniczo katolicy z protestantami. Peter Ernst II. von Mansfeld, najemnik na służbie króla duńskiego, pokonany przez katolickiego generała Wallensteina pod Dessau w roku 1626, przedziera się wraz ze swoimi żołdakami z północy na Węgry, gdzie zamierza wspólnie z Bethlenem Gaborem (władca Górnego Śląska 1620-22) zaatakować katolickich Habsburgów.

Moneta z podobizną Bethlena Gábora bita w Opolu za czasów jego panowania

Gdy jego wojska zbliżają się do Strzelec Wielkich, protestanccy mieszczanie przyjmują je z radością i zaprowadzają do klasztoru cystersów w Jemielnicy, który mansfeldczycy plądrują. Mansfelda popiera wtedy wielu Ślązaków. Wkrótce po przegonieniu wojsk protestanckich, w marcu 1628 roku, 251 osób szlacheckiego i mieszczańskiego pochodzenia obojga płci z Górnego Śląska zostało oskarżonych przez cesarskiego fiskusa przed komisją egzekucyjno-deklaracyjną utworzoną w Opolu — za jawne, tajne wspieranie pochodu mansfeldzkiego. Wyrok zapadł w maju tego samego roku: 96 oskarżonych zostało skazanych na grzywny o łącznej wysokości około 574 000 talarów. Część tej kwoty została przeznaczona na cele pobożne, np. dla kolegiaty i kościoła parafialnego oraz klasztoru w Jemielnicy.

Der Tod des Grafen von Mansfeld.
Nach dem im Besitze des Crefelder Museumsvereins befindlichen Oelgemälde von Robert Forell.

Cystersi w Jemielnicy mieli się nigdy w pełni nie podnieść po wojnach husyckich. Przetrwali wprawdzie reformację, lecz zostali splądrowani podczas najazdu wojsk Mansfelda, a później także przez Sasów. Cały Górny Śląsk ucierpiał niezmiernie wskutek wojny 30-letnej. Zginęło lub umarło w skutek wojny i głodu 200.000 z 800.000 populacji całego Śląska.  

Górny Śląsk w 16 wieku był konglomeratem różnorakich terytoriów. Najważniejsze stanowiły dobra należące do kamery królewskiej, potem dobra właścicieli ziemskich i ostatecznie dobra kościelne.

Archiprezbiteriat Strzelce Wielkie

W archiprezbiteriacie strzeleckim stosunki między ewangelikami a katolikami przedstawiały się niekorzystnie dla ewangelików. Wynika to z prawa patronatu (prawo do mianowania proboszcza na parafii), które w tym regionie znajdowało się w szczególnym stopniu w rękach katolickich. Mimo to życie ewangelickie, przynajmniej w zalążku, zdołało się rozwinąć — co można wywnioskować z informacji zawartych w katolickich raportach wizytacyjnych. Na przykład w miejscowości Centawa wizytator zauważył podejrzane zbiory biblioteki parafialnej, a w niej książki kalwińskie. W Obrowcu koło Żyrowej odbywano pochówki w lasach bez wiedzy i zgody proboszcza, powołując się na ewangelickiego właściciela ziemskiego Pücklera. Wskazówką na reformację w danym kościele był też brak obrazów świętych i ołtarza, który to protestanci usuwali.

W Kamieniu Śląskim było 16 luteranów, nie licząc szlachty tu i ówdzie w okolicznych wsiach; o Tarnowie mówi się, że ołtarze zostały zbezczeszczone i że trzeba odprawiać mszę nad przenośnym ołtarzem. W połowie XVI wieku mogło się sporadycznie pojawiać życie luterańskie nawet w parafiach, które później uchodziły za całkowicie katolickie. Jednak dzięki trosce rodziny Oppersdorffów, a później Gaschinów, Kościół katolicki zyskał bardzo aktywnych bojowników swojej sprawy — jako bastion przeciwko postępującej reformacji. Wymienić można kilka miejscowości: Wysoka, Jesiona i Żyrowa. Natomiast Kalinów stał się pod panem feudalnym Warlowskim gminą luterańską i dopiero w toku kontrreformacji został przyłączony do Wysokiej.

Klasztor w Jemielnicy

W miejscowościach Strzelce, Raszowa, Dębie, Rozmierz, Sucha, Grodzisko, Dolna i Tarnów prawo patronatu sprawowała komora w imieniu cesarza. Izbicko, Szymiszów i Poznowice miały luterańskich właścicieli ziemskich i były przed kontrreformacją luterańskie. W porównaniu ze średniowiecznym systemem kościelnym pięć parafii utraciło swoją samodzielność: Dębie, Sucha, Kalinów, Żyrowa i Poznowice. Dwie z tych parafii były z pewnością luterańskie, jedna prawdopodobnie, a o pozostałych nie wiadomo dokładnie. Poznowice określane są jako „adiuncta”, czyli posiadała status samodzielnej parafii i z jakiegoś powodu była obsługiwana przez sąsiedniego proboszcza. W przypadku tej parafii powodem musi być luterański kolator (patron uprawniony do mianowania proboszcza). Warto wspomnieć, że kościół na Górze Św. Anny był krótki czas luterański. Ostatecznie w dekanacie strzeleckim 10 kościołów pozostało katolickimi a 5 lub 4 stało się ewangelickimi (Szymiszów, Dębie, Centawa, Kamień Śląski, Tarnów).

W archiprezbiteriacie Opole sytuacja Kościoła katolickiego była korzystniejsza. Zarówno kapituła opolska, jak i śląska komora skutecznie prowadziły działania obronne przeciwko postępującej reformacji, wykorzystując prawa patronatu.

W rezultacie wyłania się następujący obraz: w miastach Opole i Prószków, obok parafii katolickich, powstały również wspólnoty protestanckie — z inicjatywy mieszczaństwa. Rogów, Laskowice, Kobylno, Kotórz Wielki i Ligota Turawska miały protestanckich właścicieli ziemskich, którzy wprowadzili reformację. Pozostałe parafie pozostały katolickie. Spośród 21 kościołów 13 pozostało katolickich, 7 stało się luterańskimi, a w przypadku jednego status wyznaniowy pozostaje niepewny.

Strzelce pozostawały cały czas katolickie. Dopiero gdy kupiła je rodzina Redern, powstała tam gmina ewangelicka.

Sarkofag Margarethe Rederin z domu Tschammer von Osten, żony Georga, znaleziony w strzeleckiej baszcie podczas remontu.

W roku 1552 rodzina von Redern otrzymała w formie zastawu m.in. dobra Strzelce Wielkie, Suche Łany, Mokre Łany, Rozmierz, Staniszcze, Półwieś i Zalesie, a później także Dolną, Żędowice, Dąbrówkę, Wierchlesie i Grodzisko. W 1572 zastaw został przedłużony na 18 lat. W 1553 Georg von Redern zakupił dobra Toszek i Pyskowice. Redernowie byli protestantami. Udało im się wprowadzenie reformacji tylko tam, gdzie posiadali prawo patronatu. Kościoły w Rozmierzy z Grodziskiem, Sucha i Dolna pozostały katolickie. W dobrach Toszek i Pyskowice prawie wszystkie parafie miały luterańskich pastorów. W 1583 Redern nabył Krapkowice, gdzie w tym czasie rodzina Buchta prowadziła działalność reformatorską.

Georg von Redern, był człowiekiem bardzo energicznym. Odbudował zamek, ożywił rolnictwo i rządził z dużą rozwagą. Był protestantem i aktywnie wspierał reformację. Usunął katolickiego proboszcza z Zalesia i powołał luterańskich kaznodziejów do Leśnicy oraz okolicznych wsi.

W dniu 3 czerwca 1615 cesarz Matthias sprzedał dobra Strzelce jako wolne alodium Georgowi von Redernowi młodszemu. Cesarz zastrzegł sobie prawo patronatu, co jednak nie miało znaczenia dla pozostania tam pastorów aż do roku 1629, a częściowo nawet dłużej.

Odnotowani w aktach strzeleccy protestanccy pastorzy to:

Thomas Kozyraczek (Capricornus), ustanowiony po 1565 roku, wspomniany jeszcze w roku 1613.

W chwili śmierci Georga Rederna w Strzelcach funkcjonowało 2 pastorów.

Valentin Gorisch, od 1575 proboszcz, przedtem mistrz szkolny

Nikolaus Dubiel, 1593.

Johann Rubus, około 1611 roku. W dniu 5 listopada 1611 napisał do Bytomia, że przyjmuje powołanie na pastora.

Andreas Alopinus, od około 1611 roku. W dniu 25 listopada 1611 napisał do Bytomia, że będzie za 2 tygodnie, żeby doradzić w sprawach kościelnych.

Johann Hennemann, urodzony w 1600 roku w Kłodzku

Mimo że 5 kwietnia 1629 roku w Wielkich Strzelcach głosił kazanie wiedeński jezuita Wolfgang Cygnaüs, akta potwierdzają pierwszego katolickiego proboszcza dopiero z dniem 1 stycznia 1638 roku.

W roku 1653 powstaje komisja do zamykania kościołów protestanckich i usuwania ich „heretyckich” duchownych. Składała się z duchownych i urzędników, którzy szli od parafii do parafii, żądali wydania kluczy do kościoła, wydalali ewangelickich pastorów i ponownie konsekrowali kościoły wedle potrzeby.

Podczas takiej wizytacji w 1654 roku w Strzelce były jeszcze w trzech czwartych protestanckie, co ściśle wiązało się z protestanckimi właścicielami dóbr. Byli nimi: Georg von Redern młodszy, który zmarł w 1632 roku; jego siostra, wdowa Kolowrat, przekazała majątek swojej córce Małgorzacie, zamężnej Promnitz, oraz Annie Sidonii, baronowej von Colonna. W 1659 roku majątek przypadł synowi młodszej córki, Gustawowi, baronowi Colonna von Fels. Ojciec Gustawa był protestantem i zarządzał majątkiem w imię syna. W czasie wojny trzydziestoletniej, aby uchronić swoje dobra i majątki syna przed konfiskatą, przeszedł na katolicyzm. Gustaw pozostał w sercu protestantem, na ile pozwalały ówczesne warunki i protegował ewangelickich poddanych. W połowie lat siedemdziesiątych XVII wieku katolicki proboszcz skarżył się z tego powodu u cesarza.

W roku 1657 strzelecki kościół zostaje odebrany protestantom. Wynika to z rachunku kosztów dziekana opolskiego Iwanickiego z roku 1657, członka komisji do zamykania kościołów protestanckich i usuwania ich „heretyckich” duchownych. Na liście odebranych kościołów znajdują się również Wielkie Strzelce.

Jednakże podczas wizytacji w latach 1687/88 jedna czwarta ludności była jeszcze luterańska; poza miastem Strzelce Wielkie heretycy mieli cmentarz, gdzie grzebali swoich zmarłych bez księdza, z dzwonami i śpiewem.

O sytuacji protestantów i katolików w innych miejscowościach mówi wizytacja z roku 1687/88/

Centawa
Znajdowała się pod wpływem klasztoru cystersów w Jemielnicy i pozostała zawsze katolicka.

Centawa – kościół.

W raporcie wizytacyjnym z 1687/88 stwierdzono, że wszyscy parafianie są katolikami, z wyjątkiem jednego chłopa i szlachcica o nazwisku Bloch von Blotnicza; kolatorem jest Larisch, katolik. Czterech heretyków nawróciło się. Podczas wojny trzydziestoletniej ołtarze zostały sprofanowane (wówczas oznaczało to usunięcie świętych obrazów i relikwii, a nawet demontaż ołtarza). Zarówno raport z 1679, jak i ten z 1687/88 zawierają wykaz ksiąg parafialnych; lista z 1687/88 obejmuje znacznie więcej pozycji i szereg książek z kręgu kalwińskiego. Choć parafia nigdy nie była dłużej ewangelicka, to jednak księgi wskazują na czasowy wpływ reformacji.

Dębie

Miejscowość była filią Raszowej. Wizytacja z 1687/88: czy kościół jest konsekrowany, jest wątpliwe. Nabożeństwo odprawia się przy ołtarzu przenośnym. Kościół nie ma dochodów. Dwóch luteran nawróciło się.

Ligota Turawska

Wszyscy parafianie są luterańscy — tak stwierdza wizytacja z 1679 roku.

Grodzisko.

Wszyscy parafianie są katolikami.

Kędzierzyn.

W raporcie wizytacyjnym z 1687/88: kaplicę zbudowali heretycy. Melchior Milian, kapitan zamku w Bierawie, odstąpił od wiary katolickiej, chociaż w młodości był katolikiem; podobnie przed dwoma laty jedna kobieta i czworo dzieci. Jeden szlachcic przeszedł na katolicyzm. Miejscowość pojawia się na trasie komisji religijnej, która w 1653 roku zamykała luterańskie kościoły.

Kielcza.

W raporcie wizytacyjnym z 1679 roku; właściciel Gustav Colonna, luteranin. Kościół św. Bartłomieja miał „białe tynkowane ściany bez ozdób” [oznaka reformacji]. Nabożeństwo odprawiano przy ołtarzu przenośnym – raport 1687/88.

Klucz.

W raporcie wizytacyjnym z 1679 roku; kościół z 2 niepoświęconymi ołtarzami, bez ozdób, zimne ściany.  Wizytator wątpi w konsekrację kościoła.

Krasiejów.

Wizytacja z 1679 r.: miejscowość jest majątkiem kamery królewskiej. Kościół św. Marcina i św. Małgorzaty, konsekrowany w 1518 r. Oprócz ołtarza głównego są jeszcze dwa ołtarze; te są konsekrowane, tamten (główny) sprofanowany.

Wizytacja z 1687/88: w kościele nie są pochowani luteranie; poza czterema luteranami wszyscy są katolikami.

Rokicze.

Wizytacja z 1687/88: kościół Wszystkich Świętych, niekonsekrowany. W nim pochowani są heretycy. Poza czterema osobami i kolatorem, panem von Larisch z Leśnicy, wszyscy parafianie są katolikami.

Rozmierz.

Wizytacja z 1687/88: kościół św. Michała, którego konsekracja jest niepewna. Nie ma dochodów. Wszyscy parafianie są katolikami. Kolatorem jest cesarz. Na mocy zarządzenia biskupa wrocławskiego z 12 maja 1565 roku proboszcz Jan von Losmietz (z Rozmierzy) został mianowany archiprezbiterem.

Szymiszów.

Wizytacja z 1687/88: tutaj w czasie reformacji luterański właściciel ziemski Skrzidlowski wzniósł kościół luterański. Jest on zanieczyszczony i zrujnowany. W krypcie pochowani są luteranie. Obecny właściciel Warlowski, luteranin, twierdzi, że jest zbyt biedny, by doprowadzić kościół do remontu.

Izbicko.

W 1598 roku urzędował tu luterański proboszcz Stanislaus Ducius, ojciec proboszcza w Dobrej Daniela Duciusa. Innym proboszczem był oławianin Simon Baumann, który 25 sierpnia 1607 roku w Legnicy został ordynowany na proboszcza Izbicka. Wizytacja z 1679 roku: w kościele nie ma obrazów; ołtarz główny został sprofanowany. Wizytacja z 1687/88: kościół św. Jana Chrzciciela; kolatorem jest Karl Ferdinand baron von Franckenberg, zatwardziały luteranin. Konsekracja kościoła jest niepewna; wcześniej odbywały się w nim nabożeństwa luterańskie.

Sucha.

Wizytacja z 1687/88: kościół św. Bartłomieja; parafianie są wszyscy katolikami. Kolatorem jest Franckenberg, luteranin.

Kamień Śląski.

Wizytacja z 1687/88: Do parafii należą pięć wsi, w których parafianie są wszyscy katolikami. W Kamieniu wciąż jest 16 luteran. Należący do parafii kościół w Poznowicach znajdował się w rękach luteran. Panem na tych ziemiach jest Georg von Kochczicki, urodzony i wychowany w luteranizmie; przez żonę był faktycznie katolikiem, aż na łożu śmierci ponownie popadł w luterański błąd.

Stary Ujazd.

Wizytacja z 1679 roku: kościół św. Michała jest konsekrowany; nie jest ozdobny, lecz przypomina jaskinię. Ołtarz Trójcy Świętej jest sprofanowany. Tabernakulum istnieje, ale bez Najświętszego Sakramentu. Wizytacja z 1687/88: kościół św. Michała nie jest (!) konsekrowany; ołtarz jest obecny, lecz niepoświęcony.

Ujazd

wraz z miejscowościami Stary Ujazd, Klucz, Zimna Wódka, Jaryszów, Poniszowice, Niewiesze, Niekarmia, Biskupce, Sośnica i Zabrze należał do roku 1524 bezpośrednio do biskupa wrocławskiego. W tym roku Ujazd przeszedł na własność Mikołaja z Bierawy.

12 maja 1563 biskup wrocławski napisał do kolejnego właściciela, Kaspara von Dluhomil, że proboszczowie okręgu ujazdowskiego skarżyli się na niektórych szlachciców, którzy odmawiali im posługi, częściowo odbierali dochody i żądali od nich udzielania sakramentów według własnego uznania. Również sam Dluhomil pozbawił proboszcza Simona niektórych dochodów. Później z powodu właścicieli ziemskich kościół przeszedł całkowicie w ręce luterańskie.

Wizytacja z 1687/88: kościół św. Andrzeja. Parafianie wszyscy katolicy. 150 konwertowało. Kolatorem jest Praschma.

Po oficjalnym zamknięciu kościołów, protestanci skrycie praktykowali swoją wiarę. Świadczy o tym ilość wniosków o zgodę na kościół w roku 1742 do króla, kierowanych przez śląskich protestantów zaraz po podbiciu Śląska przez Prusy. Fryderyk bowiem był zdania, że każdy ma prawo iść do świętości swoją własną ścieżką. Już w roku 1742/3 powstały wspólnoty w Graczach pod Prudnikiem, Niemodlinie, Tarnowskich Górach czy Pszczynie.

Joanna Mrohs

Źródła

Die Reformation in Oberschlesien: Ausbreitung und Verlauf, Karzel, Othmar

Acta publica. Verhandlungen und Correspondenzen der schlesischen Fürsten und Stände. Bd. 7, Jg. 1628

„Trzydniowi strzeleccy żydzi”

Jest to opowiadanie o radykalizacji nauczycieli i uczniów strzeleckiego liceum. O ty, że nawet ksiądz nauczył się salutu niemieckiego. O ty, że strzeleccy żydzi byli trzydniowi i nie chcieli  wyjechać, bo czuli się Niemcami.

Autorem jest Ezra Feinberg, urodzony 22.4.1922 w Würzburgu, ocalały z zagłady, zmarły w Izraelu.

Jego ojciec to Dr. phil. Gerson Feinberg, który zostaje rabinem okręgowym w Gross Strehlitz w roku 1929. W 1936 zostaje zwolniony. Rozstrzelany w Rydze w 1942 roku.

Źródło:

David: Aufzeichnungen eines Überlebenden, BenGershôm, Ezra

W Groß-Strehlitz moja rodzina miała doświadczyć końca demokracji weimarskiej i początku Trzeciej Rzeszy. Jakże mało wtedy przeczuwałyśmy, przez co przyjdzie nam przejść w nadchodzących latach!

Miasto, liczące około dwanaście tysięcy mieszkańców, prowadziło wówczas raczej spokojne życie. Przebiegająca przez nie droga krajowa pozostała jego główną arterią. W centrum miejscowości droga ta rozszerzała się w plac otoczony czterema rzędami domów, zwany „Ringiem”. Na Ringu znajdował się ratusz oraz pomnik poległych w wojnie 1914-18.

W dni targowe po jego brukowanej nawierzchni turkotały wozy chłopskie z okolicznych wiosek, a ze wszystkich stron słychać było okrzyki „Hotta-hü” oraz pomruki, gdakanie i kwakanie oferowanych do sprzedaży zwierząt.

W niedzielę miasteczko roiło się od uczestników nabożeństw. Czasami maszerowało stowarzyszenie weteranów wojennych i otaczało pomnik poległych kultowymi hołdami. W pozostałe dni nad miastem panowała nudna, spokojna cisza. Na progach swoich sklepów stali właściciele, wpatrywali się w ulicę i śledzili przechodzących pieszych.

W Groß-Strehlitz niewiele się działo — narzekali sami mieszkańcy. A jednak było to prawdziwe miasto powiatowe ze wszystkim, co do tego należy. Miało burmistrza i radę miejską. Lekarze, adwokaci, sędzia miejski, proboszcz, pastor i rabin pełnili swoje obowiązki. Istniała szkoła podstawowa, liceum humanistyczne, synagoga z około pięciuset miejscami siedzącymi, protestancki kościół o podobnej wielkości oraz znacznie większy kościół katolicki.

Przy drogach wylotowych z miasta leżały wszędzie wsie o polsko brzmiących nazwach. W mieście dominowała niemiecka cywilizacja, na wsiach — polska, mimo wszelkich wysiłków germanizacyjnych. Chłopi mówili bardzo słabą niemczyzną. Ich właściwym językiem był polski dialekt, tak zwany „Wasserpolnisch”. Mieszkańcy miasta posługiwali się stosunkowo poprawnym niemieckim, przesiąkniętym jedynie kilkoma polskimi wyrażeniami.

Nasz południowoniemiecki dialekt i obce obyczaje, które przywieźliśmy z Heilbronn, były przez mieszkańców Groß-Strelitz wyśmiewane, czasem nawet szyderczo komentowane. To jednak wcale nie osłabiło naszej szkolnej dumy. Moim kolegom szkolnym przypominałem często, że życzę sobie szacunku wobec mnie, urodzonego w szlachetnym kraju Szwabii.

Także moje starsze rodzeństwo patrzyło z pogardą na Górnoślązaków. Mój ojciec zdawał się odczuwać to inaczej. Nasze powtarzające się zarzuty, dlaczego spośród wszystkich regionów Niemiec wybrał właśnie tę odległą miejscowość targową z jej zadziornym typem ludzi, skłoniły go do bardziej szczegółowego wyjaśnienia.

Powinniśmy — mówił — nie pogardzać Górnoślązakami ani ich nietolerancyjnie odrzucać tylko dlatego, że nie są tak uprzejmi jak mieszkańcy Wirtembergii. Zawsze wiedli ciężkie życie. Od wielu pokoleń musieli zmieniać barwy i kolejno okazywać polski, austriacki i pruski patriotyzm. Nie można oczekiwać od dzieci z tak nieszczęsnego regionu, że będą tak prostolinijne i ufne jak dzieci z południowych Niemiec. Powinniśmy po prostu uzbroić się w cierpliwość — z czasem przestaną wydawać się nam obcy.

Ojciec chętnie posłuchał wezwania do Gross Strehlitz. Chciał pozyskać żydów z tego górnośląskiego miasteczka dla nauk żydowskich i uczynić ich pobożnymi.  

„Trzydniowi żydzi”

Zaczynałem stopniowo rozumieć, co mój ojciec miał na myśli, mówiąc „uczynić pobożnymi”, gdy codziennie przychodziłem na nabożeństwa do synagogi i przebywałem w żydowskich domach.

Jako budynek synagoga w Groß-Strehlitz była znacznie większa i bardziej okazała niż ortodoksyjna synagoga w Heilbronn. Jednak przez większość dni w roku sprawiała wrażenie opuszczonej. Nieliczni wierni, którzy przychodzili na nabożeństwo w szabat, gubili się w rzędach ławek i znikali w półmroku. Kto chciał zastać członków gminy żydowskiej w szabat, powinien był ich szukać w ich geszeftach, gdyś większość z nich była sklepikarzami i święty dzień spędzali w pracy. Natomiast w żydowski Nowy Rok synagoga była niemal całkowicie zapełniona. Według Biblii i żydowskiej tradycji to szabat posiada wyższy stopień świętości niż Nowy Rok. Ale żydzi strzeleccy zrobili z szabatu dzień roboczy i wszystkie obrzędy skumulowali na trzy dni w roku. Z tego powodu ortodoksyjni żydzi nazywali ich prześmiewczo „żydami trzydniowymi”.

W gminie było niewielkie grono pobożnych żydów. Większość stanowili „trzydniowi żydzi”. Była też pewna liczba żydów, którzy poprzez małżeństwo z chrześcijańską kobietą całkowicie odcięli się od wspólnoty wyznaniowej judaizmu.

Zachowanie trzydniowych żydów stanowiło dla mojego dziecięcego umysłu irytującą zagadkę. Z kręgu życia tradycyjnej wspólnoty w Heilbronn wyniosłem wyraźne wyobrażenie o tym, co odróżnia żydów od chrześcijan. Teraz po raz pierwszy zobaczyłem, że są też ludzie, którzy przyznają się do judaizmu tylko werbalnie. Ich nabożeństwo nie było zabawą, ale też nie było poważne, było czymś, co nie potrafiłem ubrać w słowa. Byli w stanie w środku modlitwy rozmawiać spokojnie ze sobą między ławkami. Gdy kantor zaintonował pieśń za zbawienie zmarłych, płakali ze wzruszenia. Naruszało i dezorientowało to moją dziecięcą naiwność, tym bardziej, że strzeleccy żydzi sami wzruszali ramiona wobec swoich praktyk religijnych i równocześnie domagali się szacunku.  

Byli zadowoleni, że kantor załatwiał ceremonię za nich, jako że czuli się sami nieporadni w odprawianiu rytuałów, które mogły sprzyjać zapewnieniu zbawienia duszy. Kantor, urzędnik synagogi o stałym uposażeniu, posiadał umiejętności, jakich oczekuje się od zawodowego specjalisty: potrafił nie tylko odmawiać wieczorne modlitwy, ale także — zależnie od potrzeby — wygłaszać je uczuciowo i melodyjnie albo czytać je z kartki z zadziwiającą szybkością języka. Ponadto udzielał najmłodszym dzieciom ze wspólnoty podstawowych lekcji hebrajskiego i dokonywał uboju kur i gęsi zgodnie z rytuałem. Jego ulubionym miejscem był pulpit kantora. W czasie wielkich świąt był nieodzowny. Czasami dawał się nawet namówić, by w swoim mieszkaniu zaprezentować próbkę swojej sztuki śpiewu i modlitwy.

Próby ratunku

Ojciec postawił sobie za cel nawrócenie małomiasteczkowych żydów górnośląskich. Pociągiem odwiedzał po kolei swoje 12 gmin. Z radością przyjął propozycję nauczania religii w strzeleckim liceum. Uczniowie słuchali w bezruchu i dziwili się, że z takim entuzjazmem można mówić o starych zwyczajach zakładania skórzanych pasków do modlitwy i koszernym jedzeniu.

Nawracanie opornych strzeleckich żydów przyniosło w końcu niewielki sukces. Ojcu udało się przekonać coraz większą liczbę żydowskich rodzin do przestrzegania zasad koszerności. Jednakże nie udało mu się doprowadzić do zamknięcia sklepów w szabat. Trzydniowi żydzi przestali jedynie stawać w szabat ostentacyjne przed wejściem do sklepiku, a gdy ojciec przechodził, chowali się w głębi pomieszczeń.

Częste zmiany rządów w Berlinie, burzliwe walki partyjne, które poprzedzały początek Trzeciej Rzeszy, odbijały się echem aż w Groß Strelitz. To, co mogłem pojąć moim dziecięcym rozumem, mogę oddać jedynie w ogólnym zarysie. Natłok wydarzeń był tak dezorientujący, że nawet dorosły miałby trudności…

Wystawy sklepowe, mury i fasady domów pokrywały się coraz to nowymi plakatami propagandowymi. Czego właściwie chciały partie, które nawzajem tak ordynarnie się obrzucały wyzwiskami, my – dziesięciolatki – oczywiście nie rozumieliśmy. Jedno było pewne: musiało im bardzo zależeć na swojej sprawie. Widzieliśmy na własne oczy, jak bili się o nią do krwi.

W czasie kryzysu i częstych zmian rządów ojciec głosował na katolicką Partię Centrum, „ponieważ trzyma się z dala od wszelkiego ekstremizmu i skupia wielu bogobojnych ludzi w swoich szeregach.” Nawet krótko po mianowaniu Hitlera kanclerzem Rzeszy, gdy żydzi wciąż mieli prawa wyborcze, ojciec pozostał wierny Centrum. A ta partia 24 marca 1933 roku zagłosowała za przyznaniem Hitlerowi pełnomocnictw, przyczyniając się tym samym do zakończenia własnej działalności i do upadku konstytucji weimarskiej!

Pewnego dnia w szkole ogłoszono, że wieczorem odbędzie się uroczystość. Każdy, kto miał ochotę, był zaproszony do udziału. Gdy o wyznaczonej godzinie przyszedłem do szkoły, uczniowie byli już ustawieni klasami w kolumny i szykowali się, by pod przewodnictwem nauczycieli maszerować przez miasto. Szybko dołączyłem do nich i – jak wszyscy – dostałem do ręki pochodnię.

Gdy dotarliśmy do lepiej oświetlonych ulic w centrum miasta, zauważyłem, że w pochodzie maszerowały nie tylko uczniowie naszego gimnazjum, lecz także innych szkół – a nie tylko szkół, również członkowie Hitlerjugend i SA. „Orkiestra” okazała się być orkiestrą marszową SA. Co to miało znaczyć? Czy to nie była impreza organizowana przez hitlerowców? Co ja miałem z nimi wspólnego? Nie, to nie mogło być zgromadzenie Hitlera! Przecież nie zaproszono by nas wtedy do szkoły!

Dopiero długo po tamtym pamiętnym wieczorze zrozumiałem, że naszym pochodem z pochodniami świętowaliśmy mianowanie Hitlera na kanclerza Rzeszy. Dlaczego dr Paulus i inni znani z lojalności nauczyciele w tym uczestniczyli? Czy byli tak samo nieświadomi jak my, uczniowie pierwszej klasy gimnazjum?

Już kilka tygodni po tamtym wieczorze z pochodniami zaczęto szeptem przekazywać nowiny: „Zabrali go w środku nocy…” Co to wszystko miało oznaczać, tego nam – dzieciom – nikt nie wyjaśnił. Wiedzieliśmy tylko tyle, ile sami potrafiliśmy sobie dopowiedzieć: działy się jakieś złowrogie rzeczy i miały one coś wspólnego z brunatnymi mundurami hitlerowców, którzy nosili białe opaski z napisem „Hilfspolizei” i patrolowali ulice uzbrojeni w gumowe pałki. Dlaczego nagle zwykła policja przestała wystarczać i w czym ci brunatni mieli jej pomagać – tego się nie dowiedzieliśmy.

Według szeptanych pogłosek kilku komunistów i socjaldemokratów z Groß-Strehlitz nagle zniknęło. Niektórzy pojawili się ponownie po dwóch, trzech dniach z obandażowanymi kończynami; inni nadal przebywali w „areszcie ochronnym”. Takie wyrażenia jak „policja pomocnicza” i „areszt ochronny” nigdy wcześniej nie dotarły do naszych uszu.

Na pierwszy rzut oka w Groß-Strehlitz było spokojniej niż wcześniej. Tumulty i bójki już się nie zdarzały. Zamiast tego przez ulice szły pochody z fanfarami i bębnami, z domów zwisały flagi ze swastyką. Ludność wychodziła na ulice, żeby śledzić ten spektakl. Piekarz Przywacs zostawił swoich klientów bez słowa i wyszedł w swoim białym fartuchu na chodnik.

Z naszego mieszkania mogliśmy dobrze obserwować pochody. Mój ojciec również szedł do okna, żeby je obserwować. Nasz sąsiad z domu naprzeciwko, adwokat dr Kurz, także wychylał głowę. Z jego mieszkania nie zwisała flaga ze swastyką. Kurz wcześniej nigdy nie miał kontaktu z moim ojcem. Od czasu przejęcia władzy zaczął go pozdrawiać, a gdy spotykał go na ulicy, nie pozostawiał wątpliwości, co myślał o nowych rządach. Gdy brunatne kolumny maszerowały z bębnami i fanfarami, Kurz wymachiwał ręką, jakby chciał uderzyć w bęben z okna, po czym zakończył gestem pogardliwego odrzucenia w stronę pochodu. Ojciec i my, dzieci, patrzyliśmy na niego z rozbawieniem. „Nie, nie jesteśmy sami!” powiedział wtedy ojciec, „są jeszcze Niemcy, którzy nie chcą mieć z nazistami nic wspólnego”

Podczas ferii wielkanocnych w 1933 roku nie spotkałem żadnego z moich kolegów z klasy – z wyjątkiem Antona Krutzschecka, którego wolałbym nie widzieć; uchodził za leniwego, fałszywego i kłamliwego. Na ulicy ledwo bym się za nim obejrzał, gdyby nie to, że kilkakrotnie pojawił się w nietypowym stroju. Naprawdę – ten cherlak maszerował na czele oddziału Jungvolk i uderzał w bęben landsknechta, aż dudniło po całej ulicy. W Hitlerjugend najwyraźniej odgrywał bardziej błyskotliwą rolę niż w szkolnej ławce.

Wiosną 1933 roku w synagodze w Groß-Strehlitz zaobserwowano znaczącą zmianę. Przez wiele lat dom modlitwy stał jak samotna skała – cichy, smutny, dostojny, porośnięty mchem, utrzymywany przez kilku urzędników, rzadko odwiedzany. Teraz znów stał się centrum życia. Kto chciał zobaczyć zgromadzoną wspólnotę, nie musiał już czekać do święta Nowego Roku. Rzadko mijał tydzień, by sala na górnym piętrze nie wypełniła się ludźmi. Jednakże zgromadzeni nie przychodzili na modlitwy, ale żeby dyskutować o sytuacji żydów. „Jesteśmy narodem albo wspólnotą religijną? Niemcami czy Żydami?

Po kilku wieczorach dyskusyjnych zaczęto mówić o podziale wspólnoty na dwa obozy. Po jednej stronie rosło poparcie dla lokalnej grupy syjonistycznej. Po drugiej stronie ludzie gromadzili się pod sztandarami „Centralnego Związku Niemieckich Obywateli Państwa Wyznania Mojżeszowego” oraz „Reichsbundu Żydowskich Żołnierzy Frontowych”. Pod ich wpływem powstała także lokalna grupa „Związku Niemiecko-Żydowskiej Młodzieży”. Syjoniści również założyli własną grupę młodzieżową.

Spór między syjonistami a niemieckimi Żydami rozgrywał się w wielu mieszkaniach prywatnych. Rodzeństwo poróżniło się, przyjaciele się rozeszli, synowie o syjonistycznych skłonnościach buntowali się przeciwko ojcom. Zdarzały się nawrócenia osób o niemiecko-patriotycznym nastawieniu na syjonizm – mimo fali drwin i plotek, jakimi mieszkańcy małych miasteczek karali każdą zmianę flagi.

Pewnego dnia wszyscy nauczyciele i uczniowie zgromadzili się w auli. Dyrektor wszedł na mównicę i wygłosił przemówienie. Nagle z szeregów uczniów rozległy się okrzyki. Wszyscy spojrzeli oburzeni: kto śmiał przerwać przemowę dyrektora? Wtedy dostrzeżono winowajcę: unterbannführera Hitlerjugend. Wstał z miejsca w pierwszym rzędzie i zażądał, by dyrektor natychmiast zszedł z podium – na oczach wszystkich nauczycieli i uczniów. Stało się coś niewiarygodnego: dyrektor Bergmann był zmuszony podporządkować się żądaniu niedoinformowanego młodzieńca. Następnie przywódca Hitlerjugend wszedł na podium i ogłosił, że dyrektor zostaje odwołany z powodu braku wiarygodności.

Wakat dyrektor pozostawał kilka tygodni pusty. Aż pojawił się nowy dyrektor. Mężczyzna, około czterdziestki, przedstawił się w auli jako „pełniący obowiązki dyrektora”. Był niskiego wzrostu, szczupły, ubrany w ciemnobrązowy garnitur, z wąsem przypominającym wąs Hitlera. Jego wyraźne zęby, pełne wargi i rysy twarzy przywodziły na myśl osobę o cechach afrykańskich. Spoza okularów spoglądały oczy, których nie dało się przeniknąć, a jego wyraz twarzy był poważny. Szybki chód nie pasował do jego wątłej sylwetki. Nazywał się Pierke i pochodził z Gliwic. Uczył matematyki i biologii w tej placówce. Krążyła pogłoska, że Pierke, jako asesor, był członkiem partii – jednym ze „starych bojowników”.

Nowy dyrektor rozpoczął wprowadzanie zmian. Na ścianach zwisły od razu portrety Hitlera. Do programu nauczania dodano nowe przedmioty; spośród dotychczasowych niewiele pozostało bez zmian. Do lekcji rysunku jako przedmiot dodatkowy dołączono zajęcia praktyczne. Poświęcano je głównie budowie modeli samolotów. Zajęcia gimnastyczne przekształcono w trening wojskowy. Boks, ćwiczenia terenowe, rzucanie granatami i tym podobne zajęcia zajęły obok musztry ważne miejsce.

Całkowicie nowy przedmiot nosił nazwę „Nauczanie narodowo-polityczne”.

Wprowadzenie porannych apeli szkolnych było jedną z ważniejszych nowości. Pamiętam zakończenie roku szkolnego, kiedy po rozdaniu świadectw wszyscy uczniowie i nauczyciele zgromadzili się razem. Uczniowie wykonywali swoje zadania w sposób uporządkowany – byli „podoficerowie” i „naczelny dowódca”. Podczas uroczystego podniesienia flagi dyrektor Pierke wygłosił przemówienie. Mówił o tym, że każdy powinien wykorzystywać swoje siły i zdolności dla dobra szkoły, i wychwalał przywódcę za jego dzieło odbudowy.

W latach 1934–35 w gimnazjum w Groß-Strehlitz doszło do istotnych zmian kadrowych. Dyrektora wspierała teraz część nowego grona pedagogicznego – wielu z nich było członkami SA i nosiło brunatne koszule z symbolami narodowosocjalistycznymi. Jedyny starszy nauczyciel Schmiedhammer, krytycznie nastawiony do narodowych socjalistów, został wkrótce karnie przeniesiony w inne miejsce.

Pamiętam jeszcze, jak zbladłem, gdy odczytano nowy dekret ministra nauki, wychowania i edukacji narodowej. Dekret brzmiał: „Nauczyciele i uczniowie okazują sobie nawzajem niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski) – zarówno w szkole, jak i poza nią. Nauczyciel rozpoczyna każdą lekcję salutem.

Tam, gdzie dotąd lekcje religii katolickiej rozpoczynały się i kończyły zwrotem: „Pochwalony Jezus Chrystus – Na wieki wieków. Amen”, odtąd należało na początku lekcji wykonać niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski), a tradycyjny zwrot wypowiadać dopiero na zakończenie lekcji.”

„Aryjczycy”, niezależnie czy nauczyciele, czy uczniowie, musieli oddawać hołd Hitlerowi dziesięć do dwunastu razy dziennie. Kto nie uczestniczył, nie mógł pozostać w gimnazjum. Warto od razu zaznaczyć: w gimnazjum w Groß-Strehlitz nie odnotowano ani jednego przypadku odmowy.

Nawet tak wierzący katolik jak dr. Paulus nauczył się wymawiać te pozdrowienie. Twarz wykrzywia mu wtedy grymas. Akcentował słowo Heil [zbawienie], jak przystało chrześcijaninowi – podkreślał.    

Schmiedhammer nie wahał się tak długo jak Paulus; wypowiedział pozdrowienie Hitlera z takim zapałem, jakby gryzł soczyste jabłko – tylko że zaraz potem skrzywił twarz, jakby trafił na robaka. Zawsze obserwowałem jego figlarną mimikę z mieszaniną niepokoju i rozbawienia.

Gdy katolicki duszpasterz szkolny, ksiądz Zylka, szeptał „Heil Hitler”, jego łysina pokrywała się lekkim rumieńcem, a wodnobłękitne oczy stawały się małe i okrągłe jak oczy kury.

W pierwszym roku po przejęciu władzy około połowa naszych nauczycieli uczestniczyła w brunatnym kulcie tylko niechętnie. To było w pewnym sensie pocieszające. Ich głębokie zakłopotanie, widoczny konflikt sumienia świadczyły o tym, że poczucie godności i człowieczeństwa zostało naruszone, ale nie całkowicie zniszczone. W ciągu jednego roku szkolnego nasi nauczyciele musieli publicznie oddać hołd Hitlerowi około dwa tysiące pięćset razy. Czy można się dziwić, że ksiądz Zylka w końcu wypowiadał „Heil Hitler” bez rumieńca? Nawet dr Paulus zdawał się już nie toczyć tak ciężkiej walki z samym sobą. Ja również stopniowo obojętniałem na potworność kultu Führera.

Asesor Billig powiedział pewnego dnia, że nie ma bardziej pouczającego zajęcia niż zapoznanie się z tymi ludźmi, którym zawdzięcza się istnienie, wiarę i zdolności. Jednostka uświadamia sobie swoje znaczenie dla narodu dopiero wtedy, gdy postrzega siebie w kontekście łańcucha swoich przodków. Nikt nie jest do tego zobowiązany, ale on, Billig, chętnie widziałby, gdyby każdy uczeń sporządził drzewo przodków. Należałoby uwzględnić daty urodzenia, zawód, służbę wojskową i inne główne wydarzenia z życiorysu przodków. Szczególną uwagę należałoby zwrócić także na ich cechy osobiste: czy mieli gwałtowny temperament czy spokojną krew, czy skłaniali się ku przygodom, czy raczej prowadzili uporządkowane życie.

Te słowa, wypowiedziane przez Billiga w jego pogodnym, gawędziarskim tonie, oczarowały mnie. Nagle ogarnęła mnie niepohamowana ciekawość: jak wyglądali moi przodkowie, jak żyli, jak im się powodziło. Mój ojciec mógł zaspokoić moją żądzę wiedzy tylko w ograniczonym stopniu. Jego relacje sięgały zaledwie czterech pokoleń wstecz. Ujawniło się następujące: moi przodkowie byli, z jednym wyjątkiem, wszyscy rabinami. Tylko mój prapradziadek był kupcem. Moi przodkowie mieszkali od dwóch pokoleń w Bawarii. Przybyli tam z Prus Wschodnich. Istniały również przesłanki, że mój praprapradziadek pochodził pierwotnie z Litwy. Dalsze informacje o przodkach nie zachowały się. Jedyną rzeczą, jaką mój ojciec znalazł jeszcze w jednej szufladzie, była fotografia dziadka. Była jednak tak zamazana, że nie dało się na niej rozpoznać niczego poza mężczyzną z pełną brodą.

Musiały się wydarzyć jeszcze gorsze rzeczy, zanim mój ojciec mimo swojego wieku, zdecydował się opuścić Niemcy. Wykluczenie żydów z życia publicznego, oczernianie w prasie i radiu, deklasacja przez prawo zmusiło wielu żydów strzeleckich do emigracji. Jeden z moich kolegów wyjechał do Palestyny, inni wyjechali do Ameryki lub Australii. Pozostali patrioci z kręgu Związku Rzeszy Żydowskich Żołnierzy Frontowych, ludzie bez zawodu odpowiedniego do emigracji, biedni, którzy nie byli w stanie zapłacić wyjazdu. Ze znajomych w strzeleckiej gminie żydowskiej został też głuchoniemy robotnik Markus i niepełnosprawny Guli.

Ostatecznie ojciec został zwolniony z funkcji rabina z braku środków i wyjechaliśmy do Schönlake.

Tłumaczenie Joanna Mrohs

Cmentarzysko prapraprapra…dziadów

Jadąc od strony Rozmierki, zaraz za Kronospanem po lewej stronie przy wjeździe do znajduje się jedno z najstarszych cmentarzysk w naszej okolicy.

Około 3000 lat temu wykształca w naszej części Śląska kultura, którą wyróżniają podobne zwyczaje pogrzebowe i kultura materialna. Nazwano to zjawisko kulturą łużycką. Wspólną cechą grupy, która zamieszkiwała naszą część Śląska, był birytualizm dla obrządku pogrzebowego. Na większości cmentarzysk tej kultury równolegle stosowano kremację i inhumację.

Groby szkieletowe były orientowane na osi N-S. Zmarłych układano w pozycji na wznak lub lekko skurczonych na boku. Pochówki były wyposażane w ceramikę, ozdoby, czasem narzędzia. Do cmentarzysk z tego okresu zalicza się m.in. Strzelce Opolskie-Adamowice (111 grobów, w tym 98 szkieletowych, 13 ciałopalnych).

Na adamowickich polach znajdywano dziwne przedmioty już od 150 lat. Trafiały one potem do lokalnych muzeów, np. w Strzelcach, Wrocławiu czy Gliwicach.

Pierwsze wykopaliska sprzed roku 1900 zidentyfikowały 80 grobów w 12 rzędach.  Ciała leżały wyprostowane na plecach, głowa skierowana była zazwyczaj na północ. Groby znajdywały się na głębokości około 1m, obłożone ze wszystkich stron kamieniami, tworząc swego rodzaju „kamienną skrzynię”. W okolicy głowy składano 1 do 5 naczyń glinianych. W grobach znaleziono dobrze zachowane szkielety osób średniego wzrostu, czaszki posiadały zdrowe zęby.

Lista przedmiotów znajdywanych na tym cmentarzysku jest imponująca. Najładniejsze trafiły do Wrocławia, gdzie częściowo są podobno do dziś: gliniane naczynia z uchem, brązowa biżuteria, w tym bransolety, pierścienie, obejmy na ramię, nogę, szyję, włosy, także dziecięce, zapinki, koraliki, żelazne noże, żelazne szpice do lancetów, brązowe toporki.

Cmentarzysko było użytkowane od późnego brązu (900–700 p.n.e) do wczesnej epoki żelaza (600 p.n.e).

Wedle najnowszych badań genetycznych tereny europejskie charakteryzowała zasadniczo ciągłość osadnicza. Jest wielce prawdopodobne, że pochowani są tam nasi prapraprapra….….dziadkowie.

Joanna Mrohs

Źródła: Altschlesien, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu

Morderstwo z miłości w Carmerau

Małe miejscowości trafiają zazwyczaj do gazet tylko w kilku przypadkach: wojna lub mord.

Tak też jest w przypadku Spóroka. Pojawia się w gazetach w roku 1921 i potem w 1929, gdy Johann Kokott zabił swoją narzeczoną Konstantine.

Oto szczegółowy raport z sali sądowej:

Zbrodnia i kara w Carmerau

7 lat więzienia dla mordercy dziewczyny

Opole, 19 grudnia.

Po jedenastogodzinnym procesie Sąd Rejonowy w Opolu skazał oskarżonego Johanna Kokotta na siedem lat więzienia za umyślne zabójstwo narzeczonej Konstantine Kokott z Gräflich Carmerau (Spórok Hrabiowski). Okoliczności łagodzące nie zostały przyznane oskarżonemu, gdyż czyn został popełniony z nadzwyczajną brutalnością, a oskarżony powinien był być w pełni świadomy konsekwencji swoich czynów.

Jak do tego doszło

Kiedy w godzinach porannych 16 września 1929 córka chałupnika, Konstantine Kokott, została znaleziona martwa w Carmerau w pobliżu posiadłości swoich rodziców, społeczność i okolica wpadły w zrozumiałe wzburzenie. Śledztwo władz wkrótce doprowadziło do zidentyfikowania mordercy w osobie 23-letniego spawacza Johanna Kokotta z Gräflich Carmerau, który został aresztowany 17 września i wkrótce po aresztowaniu złożył wyczerpujące zeznania. W czwartek stanął przed opolskim sądem przysięgłych za to morderstwo. Posiedzeniu przewodniczył dyrektor Sądu Okręgowego Kunze, natomiast prokuraturę reprezentował prokurator Scholz. Adwokat Kubrisch z Opola i dr Cohn z Wrocławia występowali jako obrońcy. Na rozprawę wezwano łącznie 22 świadków i 2 biegłych.

Najpierw przesłuchano oskarżonego Kokott. Ze łzami w oczach opisywał relację, jaka łączyła go z zamordowaną kobietą przez trzy lata. Zarówno on, jak i zamordowana Kokott wielokrotnie obiecywali sobie, że się pobiorą i zapewniali o swojej wielkiej miłości. Oskarżony opisał, że często bywał w domu swojej narzeczonej, a także otrzymywał prezenty od jej rodziców. Zamordowana kobieta była jedyną córką chałupnika, który żył zamożnych warunkach. Matka zamordowanej kobiety wydawała się nie do końca zgadzać na małżeństwo. Jakiś czas przed zbrodnią chałupnik Kokott wybudował w swojej posiadłości kuźnię i rodzicom spodobałoby się, gdyby ich córka wyszła za mąż za kowala. W czasie zabawy córka poznała kowala K. i również obdarzyła go swoim uczuciem i nawiązała z nim pisemną korespondencję, ale raz po raz zapewniała starego narzeczonego, że wyjdzie za mąż tylko za niego. Opisał swoją narzeczoną jako niezwykle oszczędną. Po południu w dniu zbrodni odwiedził swoją narzeczoną, która pasła krowy w pobliżu domu. Towarzyszył jej kowal K. Przepełniony wielką zazdrością i gniewem, wrócił do domu, wypił kilka likierów ze szwagrem, a w końcu odszukał przyjaciela, któremu poskarżył się na swój gniew. W godzinach wieczornych udał się na stację kolejową, aby sprawdzić, czy jego rywal już odjechał. Kiedy tak się nie stało, poszedł ponownie do domu swojej narzeczonej i stwierdził, że siedzi on w pokoju. Znowu odszedł, by wrócić tam późnym wieczorem. W końcu udało mu się porozmawiać ze swoją narzeczoną, która obiecała mu, że wyjdzie za mąż tylko za niego.

Następnie wrócił do swojego przyjaciela. Ale późnym wieczorem poszedł z powrotem do domu narzeczonej. Tu zaobserwował serdeczne pożegnanie z nowym kawalerem. Kiedy ten odszedł na dworzec, znów spotkał się ze swoją narzeczoną na wiejskiej drodze. Tu ona wyjaśniła mu, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Oskarżony twierdzi, że wpadł w bezgraniczną wściekłość i chwycił ją za gardło. Zeznał jednak, że nie pamięta zbyt wiele o samej zbrodni. Oskarżony zeznał, że jego narzeczona nagle straciła przytomność. Zaciągnął je do rowu, gdzie miał nadzieję znaleźć wodę, aby spróbować ją ożywić. Nie znalazłszy jednak wody, zaciągnął swoją ofiarę na łąkę w pobliżu posiadłości rodziców, gdzie znaleziono ją następnego ranka. Początkowo ukrywał się w lesie i na strychu na siano w posiadłości rodziców, aby następnie oddać się w ręce władz, gdy dowiedział się o powadze swojej zbrodni.

Pierwszymi świadkami, którzy zostali przesłuchani, byli rodzice zamordowanej kobiety, którzy zeznali, że w ich obecności nie było żadnej wzmianki o małżeństwie ich córki z oskarżonym i że nie wyrazili na to zgody.

W dalszej kolejności przesłuchano dr Wiesnera w charakterze biegłego, który stwierdził, że na ciele zamordowanej kobiety widoczne były niezwykle silne ślady uduszenia. Powiatowy Radca Lekarski Dr. Lange twierdzi, że oskarżony jest histerykiem. Jednakże zaburzenie woli w chwili popełnienia przestępstwa lub upośledzenie umysłowe nie wchodziło w rachubę, a paragraf 51 nie mógł być w żadnym wypadku zastosowany.

Po przeprowadzeniu wszystkich czynności dowodowych prokurator doszedł do wniosku, że oskarżony był winny nieumyślnego spowodowania śmierci w afekcie i złożył wniosek o karę 12 lat pozbawienia wolności bez zastosowania okoliczności łagodzących.

Obrona stwierdziła, że oskarżony był mocno poirytowany zachowaniem zamordowanej kobiety, po tym jak ona równocześnie korespondowała z nowym kochankiem i pokazała oskarżonemu listy miłosne od niego. Był w zrozumiałej zazdrości i popełnił zbrodnię w przypływie wściekłości. Obaj powoływali się na uszkodzenie ciała skutkujące śmiercią i prosili, aby nie odmawiać oskarżonemu okoliczności łagodzących.

Joanna Ania Mrohs

Izbicko – tabernakulum z trumien

Frankenbergów

Przepastne archiwa jemielnickiego klasztoru zawierają pamięć naszego regionu. Między innymi znajdują się w nich odpisy aktów fundacyjnych dla lokalnych kościołów. Obok aktów fundacyjnych dla Jemielnicy, Rozmierzy, Wysokiej, Żyrowej, Otmic, Dolnej, Kamienia Śląskiego i Szymiszowa, znajdujemy fundacje dla kościoła w Izbicku.

Najstarszy wpis pochodzi z roku 1761. Siegfried i Anna Rosalia Kreutzer, właściciele wolnego (od pańszczyzny) gospodarstwa w Stubendorf wnoszą kapitał fundacyjny w wysokości 83 talarów. W zamian za to w parafii Izbicko należało odczytać dwanaście cichych mszy, przy czym organista miał odśpiewać litanię do Serca Jezusa w akompaniamencie organów. Roczne odsetki w wysokości 4 talarów i 50 groszy mają być podzielone tak, że kościół otrzymuje 25 groszy, proboszcz 2 talary i 20 groszy a organista 20 groszy.

Kolejnym fundatorem z roku 1781 jest Franz Georg von Larisch właściciel Izbicka. Ufundował on 200 talarów. W zamian miał otrzymać 200 cichych mszy i litanię śpiewaną w akompaniamencie organów. Roczne odsetki w wysokości 10 talarów podzielono podobnie jak wyżej.

Kolejnymi fundatorami są:

Carl Mechnik z Heinrichsdorf w roku 1846 w kwocie 40 talarów

von Frankenberg w roku 1844 w kwocie 20 Talarów

proboszcz Wislucha w Izbicku w roku 1816 w kwocie 25 talarów

Co do Frankenbergów, ich fundacja ma ciekawą historię!

Na marginesie tej fundacji jest adnotacja:

Tą fundację dokonałem z dochodów uzyskanych ze sprzedaży miedzianych trumien, w których pochowani byli von Frankenbergowie. Te trumny ukradł z krypty dawny nauczyciel szkolny. Ale został złapany i dlatego leżały one w pańskim spichlerzu aż do mojego przybycia do Izbicka. Jako że kościół nie miał nawet tabernakulum, dlatego poprosiłem urząd o zgodę na sprzedaż tych trumien, zgodę dało 3 żyjących krewnych von Frankenbergów. Z dochodu dałem zrobił tabernakulum a resztę wpłaciłem na fundację.

Kolejni fundatorzy to już Strachwitze, właściciele Izbicka, a dokładnie Hyazinth w roku 1855 i kwocie 200 talarów z trudną do rozszyfrowania informacją, że na „utrzymanie pomieszczeń. Tymczasowo właściciel dostanie 8m, wtedy nastąpi remont, a reszta jest zarezerwowana”.

W roku 1863 fundatorem jest Joseph Niestroy wolny chałupnik z Utraty z kwotą 60 talarów w zamian za dwie kantaty.

W roku 1860 Johann Schenzel krawiec z Izbicka, w 1870 Josepha Gisa względnie Andreas i Josepha Jonietz z Utraty, Urban i Marianna Glinka z Tarnowa w roku 1873, Johannes Jaschek ksiądz w Izbicku w roku 1883, panna Constantine Schotka z Ligoty Czamborowej w roku 1884, w roku 1885 Anton Jaschkowitz z Izbicka, Elisabeth Filla z Izbicka, Hedwig Brummer młynarka wycużniczka z Utraty, Josefa Pasztuszka z Ligoty Czamborowej, Maria Kozieł, Thomas Niestroy, Joseph Sobek, Valentin Pytel, Henne Franz, Elisabeth von Schymonski z Opola, Anton Jasch, Franz Gawlik z Izbicka, Magdalena Kleemann z Haleńska, Henriette Mehlich z Izbicka, Anna Lepich z Izbicka.

Zazwyczaj fundację obejmowały czytanie mszy, także żałobnych za zmarłych członków rodziny i oprocentowane były w wysokości 4%. Odsetki roczne otrzymywał proboszcz, organista i kościół.

Ile warte były wtedy te fundacje?

W roku 1991 Elisabeth von Schymonski z Opola wpłaca 300 marek, w przeliczeniu na Euro wg tabeli historycznych wartości Banku Federalnego było by to dziś około (300 Marek x 8 EUR) 2.400 EUR.

Joanna Ania Mrohs

Przepis na tragedię – sąsiedzka wrogość w czasach politycznej zawieruchy

Będzie to historia o czasach, gdy wielka polityka była w stanie obudzić w ludziach najniższe instynkty, nakręcić spiralę nienawiści w najmniejszych lokalnych społecznościach, robiąc z sąsiadów wrogów i zbrodniarzy.

Nazwiska i imiona głównych aktorów zostały przeze mnie zmienione, gdyż misją tego artykułu jest pokazanie mechanizmów. I przestroga: nigdy więcej.

Historia będzie o Gablerze i Sołtysiku – sąsiadach w Spóroku. Najstarsi mieszkańcy pamiętają te zdarzenia, ale nie chcą o nich mówić publicznie. Bo po co wspominać czasy, w których co niektórzy zapominali o szacunku do bliźniego – mówią.

Pierwszy akt mojej opowieści dzieje się zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Traktat Wersalski kończący wojnę przewidywał przekazanie całego Górnego Śląska Polsce, jednakże po gwałtownych protestach Ślązaków proniemieckich, zadecydowano o przeprowadzeniu plebiscytu. Obie strony interesów zaczęły więc przygotowania do agresywnej walki propagandowej. Na śląskich wioskach powstawały koła Heimattreue Oberschlesier (Wierni Ojczyźnie Górnoślązacy), walczące o pozostanie w granicach Niemiec oraz Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska zrzeszająca bojowników o przyłączenie Śląska do Polski. Wiemy na pewno, że proniemiecki Peter Gabler wstąpił w szeregi tzw. „Heimattreuerów”. Znajdujemy go na liście wrogów, którą sporządziła Polska Organizacja Wojskowa (źródło Archiwum Państwowe w Katowicach) na podstawie informacji lokalnych działaczy propolskich. Co do Karla Sołtysika nie mamy pewności, czy był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, ale był znany z propolskich sympatii.

Na zdjęciu linia walki wojsk polskich grupy Bogdana i oddziałów niemieckiego Selbstschutzu.

Polityczna agitacja stron prowadzi do radykalizacji nastrojów. Bojówki jednej i drugiej strony na siebie napadają, dochodzi do wzajemnych pobić i nawet zabójstw.

Także w Spóroku, jak donosi prasa:

4 maja do zagrody Friedricha H. w Spóroku (niem. Carmerau, pow. strzelecki) wtargnęło 10 polskich insurgentów, między którymi został rozpoznany Joseph A. z Szymiszowa. Złoczyńcy wywlekli wpierw żonę Franziskę a potem córkę gospodarza, którego nie zastali, z domu, po czym sromotnie je pobili. Kilka dni później bandyci ponownie nawiedzili gospodarstwo, aczkolwiek tym razem nie zastali nikogo, kobiety bowiem zdołały zawczasu uciec wraz z gospodarzem i skrywały się w pobliżu. Nie zastawszy mieszkańców bandyci udali się do mieszkającej w pobliżu Marie K. szwagierki, u której obie kobiety się ukrywały. Grożąc jej pistoletem bandyci na próżno żądali, by wydała uciekinierów. Ale gdy kobieta nie wydała ukrywających się, mężczyźni zaczęli przeszukiwać jej gospodarstwo, niszcząc przy okazji drzwi, kradnąc lub niszcząc ubrania i odzież. Na koniec stłuczono jej talerze oraz uprowadzono bydło.

Sytuacja eskaluje tak dalece, że dochodzi w Spóroku do zabójstwa. Ofiarą jest Augustyn Guzner – trzeci aktor tej historii – dziś patron jednej z ulic w Spóroku. Oto historia dochodzenia w sprawie.

Guzner urodził się w Lipinach w roku 1889. Gdy w roku 1913 żeni się w Świętochowicach z Anną Burek, już jest kupcem z Spóroku. W roku 1919 nagle zaczyna się pojawiać w gazetach jako aktywny działacz polityczny na rzecz przyłączenia Śląska do Polski. W Nowinach w roku 1919 jest wymieniany jako „pracownik na niwie narodowej” w wyborach do rad gmin (Nowiny, Śląska Biblioteka Cyfrowa). 

W roku 1920 jest już właścicielem drogerii i domu wysyłkowego w Spóroku (Nowiny Codzienne, 1920, SBC), pisarzem gminy Osiek, zastępcą związku sikawek gminnych w Małych Staniszczach. Przemawia także w Ligocie podczas założenia polskiego związku oświaty Św. Jacka.

W roku 1920 Guzner jako radny miejski w Strzelcach Wielkich często zabiera głos na zebraniach.  

Nagle we wrześniu 1921 pojawiają się informacje o jego zaginięciu i zgonie (Goniec Śląski, SBC).

Z jego aktu zgonu dowiadujemy się, że jego zwłoki znaleziono 17 sierpnia w lesie nadleśnictwa Krasiejów, 1,5 km do wjazdu do lasu od strony Spóroka, czyli 2 miesiące po zakończeniu walk i opuszczeniu Spóroka przez polskie oddziały grupy Bogdan. Nie jest to sytuacja odosobniona. Przez ten last przechodziła linia walk, i zwłoki są znajdowane nawet po roku.   

Co wspólnego sąsiedzi mają z tą śmiercią, dowiadujemy się z akt dochodzeniowych z lat 1945-50 przechowywanych w archiwum.

Zaraz po wkroczeniu administracji polskiej w roku 1945 propolski Sołtysik donosi na proniemieckiego sąsiada Gablera. Na tej podstawie Urząd Bezpieczeństwa w Wielkich Strzelcach wszczyna postępowanie i stawia mu zarzut „zamordowania powstańca Guznera i oskarżania mieszkańców przed gestapem niemieckim”.  

Gabler zostaje osadzony w obozie dla Niemców w Błotnicy Strzeleckiej dnia 6.08.1945. W obozie był do października 1945, potem wrócił do Spóroka do domu córki. Jego dom zarekwirowano i przekazano repatriantowi.

Urząd zaczyna przesłuchania oskarżonego i świadków. Świadek Helena Gabler, córka oskarżonego, oświadcza, że „jestem Polka, bo teraz są już wszyscy Polakami, słabo mówię po polsku, bo nie miałam czasu jeszcze się nauczyć.”

Kolejny zeznaje autor donosu Karol Sołtysik. W roku 1921 roku Gabler miał oskarżyć Sołtysika, że ten jest dobrym Polakiem i że trzeba go zniszczyć. Sołtysik ukrył się więc w zbożu przed ścigającymi go Gablera i kompanami. Siedząc w zbożu, zauważył grupę Gablera i usłyszał, jak spiskowali, że „skoro nie potrafimy złapać Sołtysika, to pójdziemy po sklepikarza Guznera”. W tą samą noc Guzner zaginął. Sołtysik oświadcza też, że Gabler miał być hitlerowcem zagorzałym i jak widział Polaka, to pluł na niego. Dodaje, że w 1944 roku Gabler wysłał na niego Gestapo i sugerował im, żeby wywieźli go do obozu.

 

Na Gablera donosi też razem z Sołtysikiem Franciszka M. Zeznaje, że Guznera znaleziono zamordowanego w lesie powieszonego głową w dół. Dwa tygodnie przed jego śmiercią na weselu w karczmie u Wolnego widziała, jak przyszli po Guznera Heimattreuerzy, jednego z Krzyżowej Doliny poznała. Chcieli go wyciągnąć na dwór, ale wtedy on uciekł. Ale i tak został potem zamordowany.  Słyszała, że Gabler miał być wśród tych, co Guznera zamordowali. A samego Guznera miał wydać Wincenty K.

Następnie zeznaje naczelnik kolei w Spóroku, że w czasach niemieckich (1942) dostał pismo z naganą dla Gablera, że tenże, mimo że jest zagorzałym działaczem niemieckim, rozmawia na służbie po polsku. Doniesienie było podpisane przez Sołtysika.

W kolejnych zeznaniach Sołtysik informuje, że Gabler z kolei skarżył go do Gestapo w 1942 roku, że ten jawnie wypowiada się za Polską. Gestapo go przesłuchiwało, ale zwolniło z braku dowodów. Sołtysik dodaje też, że zaraz po powstaniu nieznani sprawcy uprowadzili go do Krasiejowa, zawiązali oczy i zbili.

Gabler zostaje w toku postępowania ponownie przesłuchany i opowiada: „W okresie plebiscytu byłem za Niemcami i przeciwnikiem Polaków, miałem u nich dużo przeciwników, dlatego uciekłem ze Spóroka do Ozimka. A ze mną wielu innych ze Spóroka. Wszystko co zrobiłem, to z osobistej zemsty na sąsiedzie Sołtysiku, z którym żyję od dawna w niezgodzie. Najpierw on doniósł do mnie do dyrekcji kolei w Opolu, że mówię po polsku, więc ja doniosłem na niego do Gestapo” – tak uzasadnia swoje postępowanie Gabler.  

Powojenne nastroje

Akta opisujące powojenne dochodzenie urzędu bezpieczeństwa zawierają także inne ciekawe zeznania, które pokazują, jakie były nastroje w Spóroku zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. 

Znajdują się w nich zaznania repatrianta, który dostał zarekwirowany dom Gablera. „Do Spóroka przyjechałem w roku 1945, wówczas do polskości przyznawały się tam cztery rodziny, reszta to wszystko rozmawiało po niemiecku. I dziś także większość rozmawia po niemiecku, mając polskie obywatelstwo. Dostałem gospodarstwo po Gablerze, którego wówczas wysiedlono. Znalazłem w domu wiele dokumentów Gablera po niemiecku, ale je spaliłem, bo mówiono, że wysiedleni Niemcy zostaną wywiezieni do Niemiec. Ludzie nie chcą zeznawać przeciw Gablerowi, obawiają się powrotu Niemców, czują się także przede wszystkim Niemcami. Rozmawiają po niemiecku i wychwalają hitlerowskie czasy.”

Oskarżony o donoszenie na mieszkańców Spóroka do Gestapo Gabler i jego obrońca w oświadczeniach do sprawy się łatwo nie poddają. Argumentują, że przecież sam działacz polski Sołtysik donosił niemieckim przełożonym, że Gabler rozmawia po polsku, co dowodzi, że był jednak dobrym Polakiem. Co więcej, w wyniku donosu Sołtysika, Gabler został umieszczony w obozie dla Niemców a jego majątek przekazany repatriantowi, który jako leśniczy jest przełożonym robotnika leśnego Sołtysika. Świadczy to o ciężkim losie autochtonów, którzy nie mogą się bronić przeciw tak bezpodstawnym oskarżeniom – uzasadnia obrońca Gablera.  

Do końca postępowania Gabler powtarzał, że wszelkie działania wynikały z nienawiści do sąsiada. Ostatecznie sąd uznał, że Gabler działał na szkodę Sołtysika, donosząc na niego do gestapo.

Gablera skazano go na 3 lata więzienia, utratę praw publicznych i obywatelskich i przepad  całego mienia na Skarb Państwa. Sprawcy zabójstwa Guznera nie odnaleziono.  

Kiedy polityka i nienawiść wkraczają między sąsiadów, zacierają się granice człowieczeństwa. I tu już tylko krok od zbrodni. Jesteśmy w stanie uczyć się na błędach?  

Joanna Mrohs