1560 [1512] Kupp Mlyna a krczmy we wsy Stanissczych / Balczer Rzundcza /
Gdy na kopalni kończy się węgiel na aktualnym pokładzie, trzeba kopać głębiej.
Zaczynamy więc kopać w księdze ziemskiej księstwa opolsko-raciborskiego z lat 1557-1604 dostępnej w wyszukiwarce archiwum opolskiego.
Sporządzona jest pismem kancelaryjnym niemieckim, ale wpisy są po niemiecku i czesku, jako że wtedy były to języki urzędowe na Śląsku.
Dokument opisuje umowę kupna młyna w Staniszczach Małych. Jest to dzisiejszy młyn Drzymała? Wielce prawdopodobne. Będzie to dokument o 200 lat starszy od ostatnio opisanego.
Oto treść:
Wystąpił „Grzehorz Bieh[Bieg] z Olessna … zdraw na Tiele y rozumie” i dobrowolnie wyznał, że sprzedał robotnemu Balczerowi Rzundczowi i jego dziedzicom „Mlyn swuy a Krczmu we wsy Stanissczech w Kragi nassem Strzeleczkem” z całym wyposażeniem, powołując się na list księcia Hanusa z roku 1512 o treści:
„My Hanuss z Bozy milosty Knize Polske Pan Strzeczky” oznajmujemy tymto listem wszem, że sprzedaliśmy na mocy tego listu pradawne prawo nasze i spadek, który przyszedł do nas po śmierci Mikulasa Turka a to dwa łany roli, karczmę i młyn we wsi naszej Małe Staniszcze na ziemi strzeleckiej, wolne od wszelakich robót, powozu, opłat i innych ciężarów, tak jak to od starodawna „wymierzeno a wyhraniczeno” i przez moich przodków posiadano, robotnym Katerzynie żonie wyżej wspomnianego Turka i jej bratu Fabianowi Biehowi, ich prawych spadkobiercom i potomkom (Erbom a Potomkom). Tak, że wyżej pisana Katerzyna i Fabian jej brat, ich erbowie i potomkowie będą mogli te dwa wolne łany, młyn, karczmę mieć, trzymać, używać, dawać i sprzedawać. Nadano w Opolu w środę po niedzieli Reminiscere roku bożego tysięcznego pięćsetnego dwunastego. Świadkami byli sławutny, wierny i miły „Girzyk Nawoy, Jan Jasensky, Petr Kotorz i Jan Chmelik z Obrowcze”.
Chcemy, aby wspomniany Balczer Rzundcza i jego dziedzice wspomniany młyn i karczmę na mocy tego listu książęcego mogli mieć, trzymać, dać, sprzedać (miti drzeti dati prodati) a to bez szkody dla praw książęcych i królewskich. Spisano w Opolu po niedzieli po św. Walentym roku od narodzenia Chrystusa 1560.
Świadkami byli „stateczny i slowutni” wierny nasz i miły Waczlaw Czibulka z Litulowic, hetman nasz oleski, Jan Panga starszy z Bungartu, Woytiech Budzowsky Burgkrabie zamku głogowskiego, Bartholomiey Wittych urzędnik kozielski, Mikulass Nos z Grabowa i Mikulas Lesotha ze Steblowa.
Jak wiadomo, Fryderyk zaczął odbijać Śląsk od Austriaków w roku 1740. Gdy skończył, zastał spustoszony kraj. Aby temu zaradzić, rozpoczął między innymi akcję osadniczą, nazwaną później kolonizacją fryderycjańską, która diametralnie zmieniła nasz krajobraz.
W okresie panowania Fryderyka osiedlono w Prusach około 60 000 kolonistów, w tym również na Śląsku. Liczba ludności Śląska wzrosła z około 992 000 osób w roku 1740 do 1 327 000 osób w roku 1770. Koloniści pochodzili z różnych regionów, w tym z Czech, Moraw, Salzburga, Holandii, Saksonii, Hesji, Nadrenii i hugenotów.
Nowi osadnicy często byli fachowcami w zawodzie, jak np. bielarze w Spóroku, czy hutnicy w Ozimku. Wnieśli zaawansowane techniki rolnicze i rzemieślnicze, co doprowadziło do zwiększenia produktywności rolnictwa i rozwoju gospodarczego.
Archiwum w Opolu posiada ciekawą jednostkę pozwalającą na zbadanie ówczesnych przybyszów, a są to akta naturalizacji i zwolnienia ze służby wojskowej. Na mocy edyktu, Fryderyk wszystkim nowym osadnikom i fachowcom zapewnił między innymi wolność osobistą, zwolnienie synów ze służby wojskowej i wiele innych przywilejów.
Kim byli osadnicy opisani w aktach archiwalnych?
Pierwsze akta z roku 1784 wspominają Friedricha Bindera pochodzącego ze Zdunów w Wielkopolsce. W wieku 7 lat przybył z ojcem do Trzebnicy na Śląsk, gdzie ojciec zaciągnął się jako żołnierz. Najpierw pracował w kolonii Zedlitz (dziś Grabice) jako szewc, ostatecznie osiadł w kolonii hutniczej Friedrichsthal dziś Zagwiździe.
Dnia 10 lutego 1786 opolska Izba Królewska wystawia kolejny ciekawy dokument: listę synów kolonistów zwolnionych zgodnie z dekretem królewskim ze służby wojskowej.
W tabeli znajdujemy informacje o miejscu pobytu, nazwisko ojca, imionach synów i ich miejsca urodzenia:
1. Puszyna, Bartek Tiller, syn Bartek Tiller, z Tittosfrade? w okolic Würzburga
2. Turawa, Paul Pilsch, synowie Hanns Michel Pilsch, Paul Pilsch i Hanns Heinrich Pilsch, Verlorenwasser hrabstwo Olbesdorf, dziś czeska Ztracená Voda koło Město Albrechtice, Opawa
(podopieczny Paula Piltza) Joseph Wagner z Neustadtel, dziś Vestřev w Czechach.
Rodzina Pilz była bielarzami w Turawie, potem w Gąsiorowicach, dziś potomkowie żyją dalej na Śląsku, co udało się ustalić w ramach badań genealogicznych.
3. Tułowice, Johann Goerlich, syn Johann i Joseph Goerlich, z Johannisthal w Czechach
4. Tempelhoff [dziś Niwki], Peter Lalitzek zwany Ponek, syn Jasch Lalitzek zwany Ponek, oraz Jasch Lalitzek i syn Peter Lalitzek, wszyscy z miejscowości Prziston [Przystań?] w Polsce.
5. Luboszyce, [brak nazwiska ojca], Walek Matschujek z miejscowości Oyki? w Polsce
6. Kup, kowal Michel Tauber i syn Erasmus Tauber z Ledebach w Wirtembergii
7. Dąbrówka, [brak nazwiska ojca], Gottlieb Kleehr z Hermersdorf na Morawach
8. Mnichus, Joseph Zimon i syn Joseph Zimon, z Bartowitz w Czechach
9. Rogi, Frantz Herrmann i syn Johann Herrmann ze Schwarzwasser dziś Černá Voda koło Vidnavy w Czechach
10. Tarnów, [brak nazwiska ojca], Joseph Gawlick z Nihdary [Niedary] w Polsce i Jasch Niewiem z Krakowa
11. Żelazna, [brak nazwiska ojca], Mathus Thomalla z Parlino w Polsce
12. Chruścice, [brak nazwiska ojca], Michel Gawoll z Stanau? w Polsce
13. Kolonia Suchy Bór, [brak nazwiska ojca], Gottlieb Poppe z Hillersdorf ze Śląska Austriackiego
14. Chróścice, [brak nazwiska ojca], Joseph Swestzik z Poporonik?
20 października 1786 pisemnie polecenie od samego króla dostaje Izba Dominialna w Opolu, aby Josephowi Striske, który przybył z Polski i zamieszkał w Dańcu (wtedy zwanym jeszcze dla odróżnienia Mokrym Dańcem) wypłacić 10 groszy na zakup krosna tkackiego dla jego żony.
Kolejnym dokumentem są zaświadczenia o zwolnieniu ze służby wojskowej dla kolejnych kolonistów:
1. Pokój, [brak nazwiska ojca], Johann Friedrich Hirsch (lat 16) z miejscowości Zduny w Polsce
2. Brynica, [brak nazwiska ojca], Anton Ogorek (25) z Mlada Boleslav
3. Otmęt, , [brak nazwiska ojca], Anton Hopp (35) z niemieckich Czech,
4. Kolonia Horst [dziś Świerkle], Verona Wincklein i syn Friedrich Wincklein (26) z Kunzendorf koło Krnova
5. Czarnowąsy, Johann Knopp z synem Gottlobem Knopp (12) z Neumarck w Brandenburgii
6. Carmerau [dziś Spórok], Ignatz Weiss i synowie Ignatz (22), Carl (19) z austriackiego Śląska oraz jego pasierbowie Franz Till (18) i Caspar Till (16) z Freudental
I to dla mnie jest ciekawe, bo Caspar Till jest moim 5xpradziadkiem. Tillów dziś ma wśród swoich przodków wielu mieszkańców Spóroka i okolicy.
W Spóroku mieszka też Georg Gerlich, z synami Friedrichem 26 i Gottfriedem 17, pochodzący z Neudorf koło Krnowa.
Friedrich ożenił się w Szczejkowicach, gdzie do dziś mieszkają potomkowie, o czym mówi rękopis lokalnego historyka Ludwika Musioła […] „Z tych gospodarzy jedynie Görlich przybył w połowie XVIII wieku z innych stron. Mianowice George Friedrich Görlich (Jerzy Friedrich Goerlich) 12.11.1791 kolonista z Karmerowa pod Opolem, żeni się tu w Szczejkowicach z Babarą, córką Marcina Kuśki, siodłaka z Szczejkowic i osiedla sie tu… Zmarł w 1802 w wieku 47 lat.”
Gottfried jest natomiast protoplastą wszystkich Gerlichów z Kadłuba i Spóroka i okolic.
7. Mnichus, Wentzel Wikal i syn Wenzel Wikal (16) z Polski
oraz Johann Wagenitz z synami Johannem (13), Andresem (7) i Fritzem (4) z Rzeszy
8. Suchy Bór, Ignatz Kradochwill z synem Franzem Kradochwill (18) z Czech
9. Łubniany, Valek Kaluza ojczym Kuby Kubischa (22) z Kempy w Polsce
10. Blumenthal [dziś Krzywa Góra], wdowa Anna Catharina Seybold z synami Georg Friedrich Seybold (19), Georg Michael Seybold (16) i Johann Peter Seybold (11) z Heilbronn w Rzeszy
11. Georgenwerk [dziś Bukowo], Heinrich Strachbein z synami Conradem (14), Johannem Adamem (13) i Johannem Heinrichem (9) z Rechtebach? W Rzeszy
oraz Simon Fusy z synami Johann Heinrich (7), George (12) z Tann w Rzeszy
12. Plümckenau (dziś Radomierowice), Jakob Fandry i synowie Johann Peter, Johann Christian, Simon z Turyngii w Saksonii
oraz Simon Ditzel i syn Valentin Ditzel z Rzeszy
13. Podewils [dziś Kały], wdowa Susanna Arbeiter i syn Martin z posiadłości księcia Lichtenstein
oraz Wdowa Anna Leitner i syn Johann Georg z Grünbach koło Reichenau w Austrii
14. Sacken [dziś Lubienia]
Johann Dostal i syn Johann z Machow koło Hradec Kralove
Catharina Czapka i syn Joseph z Bolchost koło Hradec Kralove
Johann Prokopp i syn Wencel z Machow koło Hradec Kralove
Franz Dostal i syn Franz z miejscowości Sdieracky koło Chrudimia
Peter Pawlick i syn Carl z BosanowakołoHradec Kralove
[brak nazwiska ojca] Mathias Paiger z miejscowości Czozitzad? na Morawach
George Buresch z Swinzan? koło Časlau w Czechach
15. Zedlitz [dziś Grabice] Johann Thill i syn Jacob, Conrad, Johann z Klein Bechleben koło Weilburg w Hesji
16. Dąbrówka Anton Buhik i syn Vinzenz z Opawy
17. Siedlice [brak nazwiska ojca] Johann Gebhardt i Heinrich Gebhardt z Darmstadt w Hesji
18. Miasto Pruszków, Anton Hoffmann ojczym Georga, Antona i Josepha Tietz z Hennersdorf na Morawach
19. Przysiecz, Franz Hoffmann i synowie Franz, Johann, Anton z Petersdorf na Morawach
20. Zimnice Male, Franz Artel z Kudowen? na Morawach
21. Carmerau [dziś Spórok], Johann Gottlieb Opitz i syn Johann Christian z Saksonii
źródło: Żywe Muzeum Online, wywiady ze świadkami historii
Ten wpis pochodzi od Horsta Ahrensa (*1928) z Hamburga, kwiecień 2011, sporządzony na podstawie informacji jego towarzyszy Huberta Poganiucha, Heinza Tomulki, Engelberta Milde, Gerharda Schmacka, Heinza Kandziory, Egona Feina, Herberta Laqui † i Hanno Efferta †.
6 stycznia 1945 roku nastąpiło przeniesienie naszej byłej baterii FLAK 223/VIII do Föhrengrund [Łącza, powiat gliwicki].
…
Kamerad Hubert Poganiuch napisał mi w odniesieniu do „jego” baterii w Mittelhof/Poppitz [koło Zalesia] m.in.: „… wkrótce po rozpoczęciu ofensywy Baranowa słychać było huk armat zbliżającego się frontu; najpierw jako głuche dudnienie, z biegiem czasu także pojedyncze strzały. Pewien porucznik, który otwarcie stwierdził, że przy obserwowanym natarciu wojsk sowieckich czołówki w ciągu tygodnia dotrą do baterii przeciwlotniczej, został podczas apelu, na który musiała stawić się cała bateria, zganiony przez dowódcę baterii i poproszony o zaprzestanie takich ‚nieprzemyślanych’ wypowiedzi. Porucznik szybko miał się przekonać, że miał rację…
Niedługo potem u nas w Föhrengrund ogłoszono alarm czołgowy. Słyszeliśmy ryk silników czołgów i brzęk oraz pisk gąsienic. Te dźwięki przechodziły nas do szpiku kości. Czy to byli Sowieci i czy wiedzieli, gdzie jesteśmy? Jeszcze do nas nie dotarli. Na szacownej wysokości przelatywały nad nami sowieckie odrzutowce szturmowe ‚IL 2’, ale nas nie zaatakowały.
…
Kamerad Engelbert Milde napisał mi: „…6 stycznia 1945 roku zostaliśmy Lotniczymi Pomocnikami byłej 213/VIII i przeniesieni do Mittelhof [folwark pod Zalesiem]. Po raz pierwszy poznaliśmy niemieckie działa przeciwlotnicze 8,8 cm i szybko nauczyliśmy się je obsługiwać. W styczniu 1945 roku doszło do pierwszych starć z nacierającymi wojskami sowieckimi. Strzelaliśmy z naszych dział w pozycji ziemnej do atakującej nieprzyjacielskiej kawalerii i czołgów. Sowieccy żołnierze odpowiadali ogniem z karabinów maszynowych, granatników i armat czołgowych.
21 stycznia 1945 dwa niemieckie samoloty szturmowe zaatakowały w niskim locie pole bitwy. Ich ataki spowodowały krótki czas ulgi. Wykorzystaliśmy okazję, zniszczyliśmy nasze działa i pod osłoną zimowego zmroku opuściliśmy nasze pozycje, aby uniknąć niewoli wojennej.
Głęboki śnieg, ciemność i lodowaty wiatr w nocy utrudniały odwrót. Po kilku wyczerpujących i trudnych marszach dziennych, po przekroczeniu Odry 26 stycznia 1945 roku, dotarliśmy w końcu do Neustadt O/S [Prudnik].
…
Gerhard Schmack opowiedział mi dosłownie: „… Dzień przed tym, jak my, pomocnicy lotniczy, ostatecznie opuściliśmy baterię przed nadciągającymi Rosjanami, kilka kilometrów przed naszą baterią w kierunku wschodnim działał ‚Ju 87’ z jego dwoma 3,7 cm armatami czołgowymi pod dowództwem pułkownika Rudla. Było południe i pogoda była słoneczna. Z pozycji naszej baterii ‚Stuka’ leciał z lewej strony Annabergu. To było najprawdopodobniej w kierunku ‚Groß-Strehlitz’, gdzie w tamtych dniach znajdowały się sowieckie oddziały pancerne.
Dla zabezpieczenia przed wrogimi myśliwcami kilka ‚Me 109’ zapewniało osłonę powietrzną dla pułkownika Rudla. Nagle jeden z ‚Me 109’ zaczął się dymić i tracić wysokość, by chwilę później wylądować awaryjnie przed nami na stosie drewna przy gospodarstwie. To, że samolot nie rozpadł się na tysiące kawałków, było prawie cudem. Kilku z nas od razu pobiegło do awaryjnie lądującego samolotu, aby sprawdzić, co z pilotem. Powrócili po około godzinie z pilotem kuśtykającym u ich boku. Miał na sobie tylko jeden filcowy but, drugi nie dało się wyciągnąć z zaklinowanej kabiny pilota, relacjonowali koledzy. Pilot przeklinał niemiłosiernie, bo najprawdopodobniej ostatnie tygodnie wojny spędzi jako ‚piechur’ (żołnierz piechoty), gdyż w tamtym momencie nie było mowy o zastępczym samolocie dla niego.”
Prawdziwy dowcip w tej historii był następujący: ‚Me 109’ została zestrzelona przez niemieckiego Volkssturmmanna za pomocą karabinu maszynowego w jasny dzień przy najlepszej widoczności. Przez własnego człowieka, który najwyraźniej nie potrafił odróżnić ‚Me 109’ od sowieckiej ‚IL 2’.
…
Kamerad Hubert Poganiuch opowiedział mi: „20 stycznia 1945, sobota: sowieckie czołówki uderzeniowe dotarły do rejonu Katowic. Na północ od Bytomia Sowieci wtargnęli na Górny Śląsk i dotarli do Groß-Strehlitz (10 km od Mittelhof). Panował ostry mróz. Ziemia była pokryta warstwą śniegu. Otrzymaliśmy białe spodnie maskujące, stalowe hełmy pomalowaliśmy na biało. Na długi płaszcz Luftwaffe założyłem prześcieradło, które rozciąłem pośrodku, by móc włożyć przez nie głowę. Na głowę założyłem nakrycie głowy. Po raz pierwszy ostrzeliwaliśmy sowiecki samolot. Obok naszej baterii przeciwlotniczej zajęła pozycję jednostka artylerii Wehrmachtu i otworzyła ogień do wroga. Pomocniczki Luftwaffe (‘Blitzmädel’) z centrali telefonicznej musiały opuścić baterię. Przejąłem centralę telefoniczną.
W nocy z 20 na 21 stycznia 1945: zajęcie Groß-Strehlitz przez około 20 wrogich czołgów.”
21 stycznia 1945, niedziela: Wojska 1. Frontu Ukraińskiego przekroczyły granicę Górnego Śląska na szerokim froncie i dotarły do zbiornika Turawa (ok. 15 km od Opola). Mittelhof ostrzeliwuje skupiska wrogich czołgów w Groß-Strehlitz; ogień nękający z dział kierowany na wyloty miejscowości Groß-Strehlitz. Jeszcze tej nocy wycofała się sąsiednia jednostka artylerii Wehrmachtu.
O 09:00: Alarm ziemny. Rosyjski karabin maszynowy w Poppitz otworzył gwałtowny ogień na baterię. W obszarze baterii widoczna była wroga kawaleria. Ostrzał z moździerza, atak czołgów.
Sytuacja była beznadziejna. Nie mieliśmy ani broni, ani granatów przeciwpancernych, miałem tylko sześć ręcznych granatów. Działa przerwały ogień, ponieważ lufy osiadły na ziemnych wałach stanowisk ogniowych. Otrzymałem rozkaz nawiązania łączności telefonicznej z sąsiednią baterią przeciwlotniczą w Alt-Bischofstal [Stary Ujazd] i zażądania ognia zaporowego na przedpole naszej baterii. Ogień zaporowy musiał być szybko wstrzymany, ponieważ część pocisków trafiła w obszar baterii.
Na szczęście wiele pocisków z rosyjskiego ostrzału moździerzowego okazało się niewybuchami. Jeden z towarzyszy pokazał mi taki niewybuch dosłownie pod nosem. O godzinie 15:30 musieliśmy opuścić baterię. W małych grupach wycofywaliśmy się biegiem przez osłonięte pole głęboko pokryte śniegiem, za każdym razem, gdy sześć niemieckich samolotów przeprowadzało nowy atak, aż do około 200 metrów odległego wąwozu, który zapewniał wystarczającą osłonę.
Kolegę, który został ranny podczas ostrzału moździerzowego w punkcie dowodzenia, zawinęliśmy w koc i przymocowaliśmy do sanek. We dwóch na zmianę ciągnęliśmy sanki z kolegą. (Komentarz ode mnie – Horst Ahrens: Towarzysze z wspomnianej wcześniej baterii przechodzili koło nas w Föhrengrund z rannym kolegą leżącym na saniach).
Wycofywaliśmy się przez dużą baterię w Alt-Bischofstal [Stary Ujazd] i miasteczko Bischofstal [Ujazd]. W Bischofstal znałem się dobrze, ponieważ spędzałem tam często wakacje. Tam zostawiliśmy rannego kolegę w głównym punkcie medycznym i ruszyliśmy dalej w kierunku Rudgershagen [Rudziniec]. Późno w nocy dotarliśmy do dużej baterii w Rudgershagen. Sowieckie wojska zajęły już Bischofstal. Bateria w Rudgershagen ostrzeliwała nacierającego wroga; dzięki temu mogliśmy leżeć w wolnych łóżkach naszych towarzyszy. Od razu zasnąłem”
…
Po zajęciu Groß-Strehlitz Rosjanie (czyżby czołgowa czołówka Konjewa?) ruszyli na Opole. Wspominam swoje ostatnie krytyczne dni w Opolu i okolicach z perspektywy 52 lat (=1997): Dwa dni wcześniej w dużej baterii w Eschendorf [Jasiona] działa zostały zamontowane ze stanowisk cementowych na samobieżne lawety. Brakowało jednak łączników między lawetą a maszyną ciągnącą.
…
Kiedy rano z Bolko strzelano w kierunku Gruden, aby przepędzić oddział Rosjan, który się wedarł, zauważyliśmy, że linia obrony była zbudowana na nasypie kolejowym między Bolko a Gruden, a my poprzednią noc błędnie staliśmy się przynętą dla Rosjan. Zatem powoli, krok po kroku, wycofywaliśmy się do Bolko za pomocą ciągnika! Kolegę i mnie zabrano na końcu z ostatnim stosikiem pocisków.
Zostawiony sam w linii obrony, rozproszony i bez informacji o sytuacji, długo szukałem naszego działa, nie zdając sobie sprawy, że okopy stawały się coraz bardziej puste. Kiedy znalazłem działo w Bolko, przy drodze, w przydomowym ogródku, nieznany mi starszy szeregowy podał mi zapalnik i lont, mówiąc coś w rodzaju ‚Jesteś K 3, wysadź to działo’ i zniknął. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego zapalnika i nie miałem zapałek. Dodatkowo, ciągle przemykali obok nas piechurzy, którzy opuścili okopy i nie chcieli być wysadzeni w powietrze. Świadom swojej powinności, jak mnie wychowano, rozmontowałem zamek z działa i wrzuciłem go do okopu, bo stał się zbyt ciężki.
Potem ruszyłem biegiem niemal samotnie ulicą strzelecką aż do stacji kolejowej. Z tunelu dworcowego – na torach już toczyły się walki – i z Odry nadchodziły już rozproszone jednostki. Rosjanie zajęli wszystkie mosty, (inna kolumna pancerna z kierunku Turawy już je zablokowała). Usłyszeliśmy, że idziemy do niewoli.”
Butelki z alkoholem były przekazywane w celu znieczulenia. Byłem tak wyczerpany, niewyspany, półgłodny i półzamarznięty, że było mi wszystko jedno i też kilka razy sięgnąłem po butelkę. Nagle usłyszeliśmy: „Wyciągnijcie książeczki żołdu, Rosjanie zaraz tu będą”. „Tak, twój dowód (dowód pomocnika Luftwaffe) jest nieważny, Iwan chce tylko książeczki żołdu, nie możesz się stąd wynieść?” To było niebezpieczne i natychmiast wytrzeźwiałem. Chciałem wyjaśnić oficerowi z planem miasta, że jest jeszcze most Bolko, do którego można dotrzeć przez drewnianą kładkę przy filarze mostu pod mostem na młynówce. Zapytałem go, co z tym mostem. Był zbyt zdenerwowany, żeby mnie słuchać.
Pobiegłem o zmierzchu i dotarłem do mostu. Tylko dlatego, że inni nie znali terenu i odwrót nie był zorganizowany, wszyscy prawdopodobnie trafili do niewoli. Znajomość terenu uchroniła mnie przed niewolą – a może nawet przed śmiercią.
Dzień Opy i Omy się zbliża, więc czas na małe opowiadanie o moim.
Joanna Ania Mrohs
Opa Peter – zabawiacz
Skat i sztuczki karciane były jego specjalnością. Skata nauczył się w kaczmie, sztuczek karcianych od cyganów – gdy tylko w Kadłubie pojawiał się tabor, mały Peter pędził do wozów i każdą wolną chwilę spędzał na obserwowaniu cygańskich sztuczek.
Jako dziecko nie dostał szczepień ochronnych, bo lekarz uznał, że za słaby i nie dożyje dorosłości, więc szkoda na niego marnować drogą szczepionkę. Jednak Peter dożywa wieku dorosłego, co w tamtych czasach nie jest wcale oczywiste. Dzieci Anny Mross z domu Hutta odwzorowują idealnie ówczesną statystykę, która mówi, że tylko połowa narodzonych dzieci dożyje wieku dorosłego. Na ośmioro rodzeństwa Mross, tylko czwórka osiągnie wiek dorosły (trójka umiera w dzieciństwie, jeden brat ginie w I wojnie światowej).
Przestrzelone ucho
Za młodu Peter jest awanturnikiem i fanem broni. Jako nastolatek obserwuje z okna, że przy rzece robotnicy pogłębiają koryto. Jeden z nich co chwila się schyla, żeby wbić łopatę w muł. Peter wpada na pomysł, że zestrzeli robotnikowi kapelusz. Jednakże w chwili strzału ten akurat się podnosi i Peter przestrzelił mu ucho. Ojciec Petra, Thomas, w wyniku tego incydentu skonfiskował mu wszystkie pistolety. Miłośnikiem broni Peter pozostał, i to nadal nieostrożnym, bo przestrzelił raz bratu Theodorowi rękę.
W czasie drugiej wojny jego ulubionym pistoletem był Browning, którego trzymał pod poduszką. Gdy słyszał szmer nocą w domu, brał go i krążył po domu.
Gdy zbliżał się front ruski, kazał swoim dzieciom zabrać wszystkie pistolety i wyrzucić do rzeki.
Peter marynarz
W czasie I wojny światowej Peter zostaje marynarzem, podobno dlatego, że był niewielkiego wzrostu. Gdy w Rosji wybucha rewolucja październikowa służy akurat na statku pływającym w Zatoce Botnickiej, niedaleko Petersburga. Po demobilizacji przebywa w Berlinie i na własne oczy widzi walki w okolicy Schlesischer Bahnhof podczas rewolucji listopadowej roku 1918/19.
Heimattreuer
Jego dusza rewolucjonisty kolejny raz się odzywa w roku 1920, kiedy to w obliczu groźby odłączenia Śląska od Niemiec wstępuje w szeregi kadłubskiego liczącego 20 osób oddziału Selbstschutzu. Polski wywiad wojskowy umieszcza go na liście wrogów. Gdy nadchodzą wojska powstańcze, jego oddział chowa się w lesie krasiejowskim, gdzie toczą się intensywne walki i gdzie po zakończeniu powstania jeszcze przez miesiące odnajdywane są trupy. Powstańcy szukają ludzi z listy wrogów polskiego wywiadu, nie znajdują Petra, więc mszczą się na rodzinie i maltretują jego ojca Thomasa, prawie na śmierć.
Handlarz i praktyczny podrywacz
Po wojnie Peter postanawia założyć rodzinę. Podczas podróży służbowej do Bytomia, gdzie handlował bydłem, zatrzymuje się raz w gospodzie w Błotnicy Strzeleckiej, gdzie ma być na sprzedaż krowa. Gospodę prowadzi rodzina Haiduk. Tamże podczas transakcji wpada mu w oko jedna z kilku urodziwych córek. Peter wpada na pomysł: właścicielowi gospody mówi, że kupi krowę pod warunkiem, że jedna z córek – Johanna, będzie mu towarzyszyć w przewiezieniu krowy do Kadłuba. Peter miał skrycie nadzieję, że dziewczynie spodobał się jego dom i zgodzi się za niego wyjść. Widocznie dom i kawaler przypadli do gustu i Johanna została żoną Petra. Na ile ta anegdota jest prawdziwa, nie wiemy. Prawdopodobnie kulisy były mniej prozaiczne i praktyczne: ożenki aranżowane w ramach jednego cechu były wtedy normą.
Oprócz handlu bydłem do Bytomia, na zlecenie hrabiego Strachwitza handluje też dziczyzną z hrabiowskich lasów, która trafia aż do Berlina. Opa lubi jeździć do Bytomia, które przed wojną było pięknym miastem. Po skasowaniu zapłaty za towar idzie zawsze na Bahnhofstrasse do kawiarni, pije kawę i obserwuje ruch uliczny.
W czasie II wojny Peter nie dostaje poboru do wojska ze względu na kwalifikacje istotnie dla gospodarki: jest masourzem. Odkrywa jednak inne hobby: ukrywanie zbiegów.
Peter ukrywacz
Pewnego dnia około roku 1942 pod gospodą pojawił człowiek mówiący po polsku, twierdzący że jest domokrążcą i że sprzedaje opony do rowerów. Peter był bardzo kontaktową osobą, mówił też po polsku, rozpoczął więc z nim rozmowę. Szybko wyczuł, że przybysz coś ukrywa. Okazało się po dłuższej rozmowie, że mężczyzna ucieka przed Gestapo i szuka schronienia.
Ukrył więc mężczyznę. A że gospoda ma kilka ciemnych i głębokich piwnic oraz przepastne strychy – ukrył go w domu. Mężczyzna ten pochodził z Sosnowca i nazywał się Roman Kuśmierski.
Nawet Gestapo przeszukujące wkrótce dom, go nie odkryło. Gestapo robiło wtedy często rewizję w gospodzie i masarni, sprawdzając, czy nie wykonuje się zabronionych wtedy ubojów własnych i czy masourz nie handluje na czarno (a handlował). Kuśmierski wkrótce ucieka dalej, zostaje jednak aresztowany, o czym mówią jego wspomnienia. Ale to już inna historia.
Po zakończeniu wojny Peter ukrywa przez dłuższy czas właściciela krasiejowskiej cegielni, tym razem przed polską administracją.
Peter i jego terapie
Opa Peter na starość odstawił broń i znalazł sobie nowe hobby. Kupował chore konie i w rzece kadłubskie urządzał im spa. Tak podleczone zwierzęta sprzedawał z zyskiem dalej.
Już jako 30latka dopadła go uciążliwa dolegliwość: wrzody żołądka. Graf Strachwitz polecił mu swojego lekarza we Wrocławiu, a ten skierował go na leczenie do uzdrowiska w Karlsbad. Zawsze jeździł tam sam, a gdy wracał, żona na zmianę udawała się do Bad Salzbrunn. Bo przecież nie można zostawić geszeftu bez nadzoru.
W Karlsbad leczył się u dr. Med. Paula Friedinga, w domu zdrojowym „Wappen” przy Dr. Becher-Platz.
Z tamtego czasku zachowało się zalecenie lekarskie:
Po południu między 6-7 wypić 4 połówki kubka w źródle Marktbrunn a rano na czczo 4 połówki kubka w źródle Mühlbrunn, a to z dodatkiem ½ paczki soli musującej do 1 kubka rano. Wypić łyczkami w ciągu 10 minut. Między kolejnymi połówkami kubka przerwa 10 minut. 40 minut później zjeść śniadanie lub inny posiłek (kubek to 200 ml).
Przed spaniem jeszcze wypić ½ kubka zimnej wody z Felsenquelle.
Zaleca się też kąpiele tlenowe 36 a 20 minut, 2 atmosfery, potem 1 godzina odpoczynku.
Zalecono także płukanie jelita.
Dieta: na śniadanie herbata z mlekiem, płatki owsiane, kasza owsiana, masło, jajko na miękko, biały chleb i sucharki. Na obiad zupa z lnu, makaron, sałata, pstrąg, szczupak. Wołowina i cielęcina, ale gotowana. Sery imperial, crème, gervais. Młode ziemniaki i szparagi. Po południu sucharki i herbata.
Napoje nigdy zimne, herbata miętowa lub rumiankowa. Zero alkoholu.
Z wrzodów wrocławski lekarz go wyleczył.
Głuchota
Na starość opa Peter był już głuchy, i na wszystko odpowiadał „ja”. A może tylko udawał, żeby mieć święty spokój
Wersja niemiecka:
Der Tag der Großeltern rückt näher, also ist es Zeit für eine kleine Geschichte über meinen Großvater.
Opa Peter – der Unterhaltungskünstler
Skat und Kartentricks waren seine Spezialität. Skat lernte er in der Kneipe, Kartentricks von Zigeunern – sobald ein Zigeunerwagen in Kadłub ankam, rannte der kleine Peter dorthin und verbrachte jede freie Minute damit, die Zigeunerkunststücke zu beobachten. Als Kind erhielt er keine Schutzimpfung, weil der Arzt meinte, er sei zu schwach und würde das Erwachsenenalter nicht erreichen, also wäre die teure Impfung an ihm verschwendet. Doch Peter erreicht das Erwachsenenalter, was zu jener Zeit überhaupt nicht selbstverständlich war. Die Kinder von Anna Mross, geborene Hutta, spiegelten die damalige Statistik wider, wonach nur die Hälfte der geborenen Kinder das Erwachsenenalter erreichten. Von den acht Mross-Geschwistern erreichten nur vier das Erwachsenenalter (drei starben im Kindesalter, ein Bruder fiel im Ersten Weltkrieg).
Durchschossenes Ohr
In seiner Jugend war Peter ein Draufgänger und Waffenfan. Als Teenager beobachtete er aus dem Fenster, wie Arbeiter das Flussbett ausbaggern. Einer von ihnen beugte sich ständig hin, um die Schaufel in den Schlamm zu stecken. Peter hatte die Idee, dem Arbeiter den Hut abzuschießen. Doch im Moment des Schusses richtete sich der Arbeiter auf, und Peter schoss ihm ins Ohr. Peters Vater, Thomas, konfiszierte ihm daraufhin alle Pistolen. Obwohl Peter ein Waffenliebhaber blieb, war er weiterhin unvorsichtig, denn er schoss seinem Bruder Theodor einmal in die Hand.
Während des Zweiten Weltkriegs war sein Lieblingspistole eine Browning, die er unter dem Kopfkissen hielt. Wenn er nachts ein Geräusch im Haus hörte, griff er danach und durchsuchte das Haus. Als die russische Front näher rückte, befahl er seinen Kindern, alle Pistolen einzusammeln und in den Fluss zu werfen.
Peter der Seemann
Während des Ersten Weltkriegs wurde Peter Seemann, angeblich weil er klein war. Als in Russland die Oktoberrevolution ausbrach, diente er gerade auf einem Schiff in der Bottnischen Bucht, in der Nähe von Petersburg. Nach der Demobilisierung hielt er sich in Berlin auf und erlebte die Kämpfe um den Schlesischen Bahnhof während der Novemberrevolution 1918/19.
Heimattreuer
Seine revolutionäre Seele regte sich erneut im Jahr 1920, als er sich angesichts der Gefahr, dass Schlesien von Deutschland abgetrennt wird, dem 20-köpfigen Kadlub-Selbstschutz anschloss. Der polnische Militärgeheimdienst setzte ihn auf die Feindesliste. Als die aufständischen Truppen ankamen, versteckte sich seine Einheit im Krascheow-Wald, wo intensive Kämpfe stattfanden und auch nach Ende des Aufstands noch monatelang Leichen gefunden wurden. Die Aufständischen suchten nach den Personen auf der Feindesliste des polnischen Geheimdienstes, fanden Peter aber nicht, rächten sich jedoch an seiner Familie und misshandelten seinen Vater Thomas beinahe zu Tode.
Händler und pragmatischer Verführer
Nach dem Krieg beschloss Peter, eine Familie zu gründen. Während einer Geschäftsreise nach Beuthen, wo er mit Vieh handelte, hielt er einmal in einer Schenke in Blottnitz an, wo eine Kuh zum Verkauf stand. Die Schenke wurde von der Familie Haiduk geführt. Während der Transaktion fiel ihm eine der hübschen Töchter ins Auge. Peter hatte die Idee: Er sagte dem Gastwirt, er würde die Kuh kaufen, wenn eine der Töchter – Johanna, ihn bei der Überführung der Kuh nach Kadlub begleiten würde. Peter hoffte insgeheim, dass das Mädchen sein Haus mögen würde und zustimmen würde, ihn zu heiraten. Offensichtlich gefielen Haus und Junggeselle, und Johanna wurde Peters Frau. Inwieweit diese Anekdote wahr ist, wissen wir nicht. Wahrscheinlich waren die Hintergründe weniger prosaisch und pragmatischer: Ehen innerhalb desselben Handwerks waren damals die Norm.
Während des Zweiten Weltkriegs wurde Peter aufgrund seiner für die Wirtschaft wichtigen Qualifikationen nicht zum Militär einberufen: Er war Fleischer. Er entdeckte jedoch ein anderes Hobby: das Verstecken von Flüchtlingen.
Peter der Versteckkünstler
Eines Tages um das Jahr 1942 tauchte ein Mann vor der Schenke auf, der Polnisch sprach und behauptete, ein Hausierer zu sein und Fahrradreifen zu verkaufen. Peter, der eine sehr kontaktfreudige Person war und auch Polnisch sprach, begann ein Gespräch mit ihm. Schnell merkte er, dass der Ankömmling etwas verbarg. Nach längerer Unterhaltung stellte sich heraus, dass der Mann vor der Gestapo auf der Flucht war und Zuflucht suchte. Peter versteckte den Mann. Da die Schenke mehrere dunkle und tiefe Keller sowie geräumige Dachböden hatte, versteckte er ihn im Haus. Der Mann stammte aus Sosnowiec und hieß Roman Kuśmierski. Sogar die Gestapo, die bald darauf das Haus durchsuchte, entdeckte ihn nicht. Die Gestapo führte damals häufig Durchsuchungen in der Schenke und der Metzgerei durch, um zu überprüfen, ob keine verbotenen Schlachtungen durchgeführt wurden und ob der Fleischer nicht illegal handelte (was er tat). Kuśmierski floh bald weiter, wurde jedoch verhaftet, wie seine Erinnerungen erzählen. Aber das ist eine andere Geschichte. Nach dem Krieg versteckte Peter den Besitzer der Krasiejów-Ziegelei, diesmal vor der polnischen Verwaltung.
Peter und seine Therapien
Opa Peter legte im Alter die Waffen ab und fand ein neues Hobby. Er kaufte kranke Pferde und veranstaltete für sie ein Spa im Himmelwitzer Fluss. Die so genesenen Tiere verkaufte er gewinnbringend weiter. Bereits als 30-Jähriger litt er unter einem lästigen Leiden: Magengeschwüre. Graf Strachwitz empfahl ihm seinen Arzt in Breslau, und dieser sendete ihn zur Behandlung nach Karlsbad. Immer reiste er alleine dorthin, und wenn er zurückkehrte, ging seine Frau abwechselnd nach Bad Salzbrunn. Denn man konnte das Geschäft ja nicht unbeaufsichtigt lassen. In Karlsbad ließ er sich bei Dr. Med. Paul Frieding im Kurhaus „Wappen“ am Dr.-Becher-Platz behandeln. Ein ärztliches Empfehlungsschreiben aus jener Zeit ist erhalten geblieben: Nachmittags zwischen 6-7 Uhr 4 halbe Tassen (je 100 ml) am Marktbrunnen trinken, morgens nüchtern 4 halbe Tassen (jeweils mit ½ Päckchen Brausesalz zu einem ganzen Becher) am Mühlbrunnen trinken. Schluckweise innerhalb von 10 Minuten trinken. Zwischen den Halbtassen jeweils 10 Minuten Pause. 40 Minuten später Frühstück oder eine andere Mahlzeit. Vor dem Schlafengehen noch ½ Tasse kaltes Wasser aus der Felsenquelle trinken. Auch Sauerstoffbäder von 36 a 20 Minuten, 2 Atmosphären, dann 1 Stunde Ruhe wurden empfohlen. Auch Darmspülungen wurden empfohlen. Diät: Zum Frühstück Tee mit Milch, Haferflocken, Haferbrei, Butter, weiches Ei, Weißbrot, Zwieback. Zum Mittagessen Leinensuppe, Nudeln, Salat, Forellen, Hecht. Rind- und Kalbfleisch, aber gekocht. Kaiserlicher Käse, Crème, Gervais. Junge Kartoffeln und Spargel. Nachmittags Zwieback und Tee. Getränke sollten nie kalt sein, Pfefferminz- oder Kamillentee. Kein Alkohol. Der Breslauer Arzt heilte ihn von den Magengeschwüren.
Hörprobleme
Im Alter war Opa Peter bereits taub und antwortete auf alles mit „ja“. Vielleicht tat er auch nur so, um seine Ruhe zu haben.
… a znachor stawiał diagnozę na podstawie moczu w buteleczce w ramach teleporady
O ludowej medycynie Górnego Śląska
Pamiętam dobrze opowiadania ciotek o zielarzu ze Spóroka. W niedzielę rano z pociągu wychodziły tłumy i szły ulicą od dworca do domu zielarza. Ludzie przyjeżdżali z daleka. Leczył ich tylko ziołami. Moją mamę jak była dzieckiem też. But obtarł jej piętę. Wyraźna czerwona smuga zakażenia szła w górę nogi. Zielarz nałożył papkę z ziół i kazał okład zdjąć po kilku dniach. Po zdjęciu okładu po zakażeniu nie było śladu. Pytałam kiedyś rodzinę zielarza, czy ostały się jakieś zapiski z jego wiedzy. Niestety wraz z nim odeszła też wiedza o ziołolecznictwie, przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie.
Nekrolog – umiera Peter Kapitza, leczący naturalnymi metodami. Poniżej syn ogłasza, że przejmuje gabinet po ojcu.
Aż tu nagle na Opolskiej Bibliotece Cyfrowej trafia mi się niesamowity artykuł o górnośląskim ziołolecznictwie.
Oto jego tłumaczenie:
O górnośląskich pasterzach-znachorach.
Na Górnym Śląsku dawniej, zwłaszcza na wioskach, w przypadku choroby nie zwracano się o pomoc do lekarza, lecz udawano się do pasterza. Pasterze cieszyli się większym zaufaniem wśród ludu niż wykształceni lekarze i dlatego mieli więcej pacjentów. Pod koniec lat 70. XIX wieku w Bierawie w powiecie kozielskim mieszkał taki „cudotwórca”, którego sława wykraczała daleko poza granice Górnego Śląska, a do którego pielgrzymowali pacjenci nawet z Moraw, Polski i Austriackiego Śląska.
Osobiste stawienie się chorego nie było jednak u niego konieczne, gdyż rozpoznawał on rodzaj choroby z moczu i przepisywał odpowiednie środki lecznicze. Mocz przynoszono mu w małych szklanych buteleczkach, a w rowie przed jego domem gromadził się znaczny stos wyrzuconych butelek.
Niemal równie sławny jak ten pasterz z Bierawy był jego brat w Rudzie, znany wśród ludzi jako „Stary pasterz z Rudy”. Obaj byli z zawodu pasterzami, ale po tym, jak ich dominialna zwierzchność zrezygnowała z hodowli owiec, zwrócili się ku „sztuce leczniczej”. Nie ograniczali się w swojej praktyce do określonego obszaru, lecz leczyli wszelkie dolegliwości i choroby u ludzi i zwierząt.
Każdy z nich miał własną metodę leczenia. Podczas gdy pasterz z Bierawy otaczał się tajemniczą aurą, jego kolega z Rudy witał swoich gości najpierw solidną moralną nauczką, ganiąc ich za złe prowadzenie się. Po tym jak wyjaśnił pacjentowi swoje stanowisko, zgadzał się na obejrzenie moczu przyniesionego w małej szklanej buteleczce i na tej podstawie podejmował swoje decyzje.
Lekarstwa, które gotował w miedzianym kociołku na piecu z dwunastu różnych składników, głównie z ziół i korzeni, zwykł nalewać do opróżnionych buteleczek po moczu. Płyn był w pewnym sensie „uniwersalnym eliksirem” przeciw wszelkim możliwym chorobom i dolegliwościom. Nie pobierał opłat za swoje porady, jednak jego liczni wdzięczni pacjenci obdarowywali go tak hojnie, że mógł z tego żyć i wspierać swoją rodzinę.
Syn pasterza z Rudy praktykował swoje lecznictwo w Żernikach koło Gliwic, jednak nie zdobył takiej sławy, jaką mieli jego ojciec i wuj.
W tej samej miejscowości żył również inny uzdrowiciel, znany wśród ludzi jako „wróż” (oryginalna pisownia w języku śląskim), którego specjalnością było „zaklinanie” chorób tarczycy i oczu. Nazywano ten proceder po śląsku „łuska zażegnować”. W tym celu pacjenci musieli zgłaszać się do niego wcześnie przed wschodem słońca, a on zwrócony twarzą na wschód nakładał dłonie na czubek głowy pacjenta, recytowanie zaklęcia i przeprowadzał rytuał.
Słynny pasterz praktykował też w Jemielnicy, wsi w powiecie Strzelce Opolskie, znanej z klasztoru Cystersów. Stosował również metodę rozpoznawania chorób z moczu, jednak sam nie przygotowywał leków, lecz wystawiał recepty i wysyłał pacjentów do apteki.
W Chałupkach (Annaberg) w powiecie raciborskim, w latach 80. XIX wieku mieszkał pasterz, który po zlikwidowaniu hodowli owiec w tamtejszym dominium również stał się „doktorem”; miał swoje mieszkanie w starym zamku Rothschildów.
Dzięki swojej działalności jako praktykujący pasterz zdobył wiele umiejętności w leczeniu chorób wewnętrznych. Z daleka przybywali do niego ludzie, a przy długotrwałych chorobach wynajmowali nawet umeblowane pokoje w wiosce. W latach 80-tych XIX wieku bogata dama z Wiednia przebywała u chałupskiego „doktora”, miała chorobę wewnętrzną, a jej 10-letni syn miał złamaną nogę. Oboje zostali wyleczeni. Innym razem bogata dama z Alzacji przybyła do Chałupek, aby zostać wyleczoną przez „cudotwórcę” – jej również pomógł. W każdym razie ten pasterz miał wiele sukcesów leczniczych. Szczególnie dobrze radził sobie ze złamaniami kości. Młodsza dama przyszła do niego z krzywo zrośniętą nogą. Bez większego ceregieli, silny mężczyzna złamał nogę ponownie i wyprostował ją. Kiedy dama krzyczała z bólu, „doktor” uśmiechając się powiedział: „Czemu krzyczysz, już po wszystkim”. O tym człowieku opowiadano wiele dowcipnych historii.
W latach 90-tych XIX wieku w Pietrowicach Wielkich w powiecie raciborskim był również „cudotwórca”; chociaż był byłym pasterzem, leczył bardziej na sposób słynnego wtedy „doktora Asta”, zazwyczaj na podstawie badania moczu. Miał wielu pacjentów.
Nieprawdziwe i niesprawiedliwe byłoby nazywanie tych mężczyzn świadomymi szarlatanami. Nic bardziej mylnego. Działali w najlepszej wierze, aby pomóc swoim cierpiącym bliźnim, każdy na swój sposób.
Ich metody leczenia.
Chociaż pasterze-znachorzy przez dziesięciolecia wykonywali swoją praktykę, żaden z nich nie osiągnął znaczącego sukcesu finansowego, jak ich kolega Ast w Radbruch w Westfalii. Ich apteczka zawierała zazwyczaj tylko niewielką liczbę różnych roślinnych leków oraz produktów pochodzenia zwierzęcego i mineralnego. Dlatego warto przyjrzeć się „apteczce” takiego górnośląskiego uzdrowiciela.
Na pierwszym miejscu należy wspomnieć o glinie, która była używana do różnych okładów (przy oparzeniach, użądleniach przez pszczoły i osy). Jako uniwersalny lek na ból stawów, dnę moczanową i reumatyzm stosowano maść z żywicy, smoły i wosku. Taka maść była rozsmarowywana na żółtym papierze słomianym, którym owijano bolące miejsca. W przypadku bólu gardła i zapalenia migdałków stosowano okład z gniazd jaskółczych, które były duszone w garnku z tłuszczem.
Stosowano także okłady z boczku i rozgrzanej soli kuchennej. Przy zapaleniu opłucnej postępowano następująco: kawałek wędzonego boczku był zapalany, a spadający, płonący tłuszcz zbierano do naczynia z gorącym mlekiem. Mieszankę mleka i spalającego się tłuszczu choremu podawano do picia tak gorącą, jak tylko było to możliwe. To lekarstwo miało pomagać nawet w beznadziejnych przypadkach, gdy pacjent został już uznany przez lekarzy za nieuleczalnego.
Wśród mieszkańców Zabrza nadal powszechnie stosuje się szpik kostny pochodzący z mocnych kości udowych konia (na Górnym Śląsku nazywa się go powszechnie „Marks”) jako jedyny skuteczny środek do smarowania przy reumatyzmie i bólach stawów.
Tłuszcz psa jest uważany za doskonały środek leczniczy przy wyniszczeniu organizmu i gruźlicy. Spożywany jest jak tran lub dodawany do kawy.
Tłuszcz z zająca jest od dawna znanym i popularnym domowym środkiem na wrzody, stosuje się go na rany ropiejące, służy także do usuwania wbitych pod skórę drzazg i kolców. Kłusownicy i myśliwi używali go do leczenia ran postrzałowych, które często doznawali podczas wykonywania swojego nocnego rzemiosła od strażników leśnych.
Łój wołowy stosowany jest przy obtarciach stóp i do nakładania na mocno krwawiące rany. W przypadku stłuczeń i zwichnięć stosuje się okład z korzeni żywokostu (Symphytum officinale L.) duszonych w tłuszczu. Na kaszel i nieżytowe choroby dróg oddechowych spożywa się sok wyciśnięty z duszonej cebuli z cukrem kandyzowanym.
Również herbata przygotowana z kwiatostanów owsa lub słomy owsianej działa dobrze w takich przypadkach. W stanach wyczerpania, gruźlicy itp. pasterze zalecają herbatę lub wywar z nasion konopi lub lnu, a także z żyta, jako napój podtrzymujący życie.
Inne ludowe środki lecznicze
Pieczone całe cebule, przykładane do podeszew stóp, pomagają natychmiast nawet na najgorszy katar. Dzieci cierpiące na wycięczenie powinny być kąpane w wywarze z korzeni tataraku i łodyg świerząbka korzennego (Chaerophyllum aromaticum). Macierzanka, kwiaty malwy i młode pędy sosny odgrywają ważną rolę w ludowej medycynie. Podobnie lubczyk, wrotycz maruna, rumian rzymski i rumianek pospolity są wszechstronnie stosowane. Szałwia, mięta pieprzowa, centuria, żankiel, bluszczyk kurdybanek, bobrek trójlistkowy, przetacznik leśny, dziewanna, waleriana, przestęp, oman, krwawnik, wrotycz pospolity, bylica piołun, bylica pospolita, podbiał pospolity, nagietek, pięciornik gęsi, pięciornik kurze ziele lub skrzyp polny stanowią główną część ziół leczniczych sprzedawanych przez zielarki na górnośląskich rynkach. Do ochrony przed chorobami zakaźnymi żuje się niebieskie jagody jałowca pospolitego.
Rozgniecione liście babki szerokolistnej z niezmiennym powodzeniem stosuje się na trudno gojące się rany i wrzody. Do tego samego celu stosuje się świeże, lepkie liście czarnej olszy.
Herbata z liści brzozy białej znana jest od dawna jako skuteczny środek moczopędny, a zatem jako środek leczniczy na obrzęki. Podobne działanie przypisuje się także skrzypowi polnemu.
Szczególnie cenionym środkiem leczniczym przeciw chorobom płuc i padaczce jest od dawna jemioła pasożytująca na różnych gatunkach drzew, zwłaszcza na topolach i jabłoniach.
Z grzybów jedynie sromotnik smrodliwy ceniony jest jako niezrównany środek leczniczy na dnę moczanową i reumatyzm. Półpasiec leczony jest przez okadzanie dymem z łupin orzecha włoskiego i suszonych płatków kwiatu róży stulistnej.
U różnych uczestników procesji pielgrzymkowych, które powracały z Annabergu do Wójtowej Wsi i Ostropy k. Gliwic, widziano pęczki pospolitych górnośląskich ziół leczniczych, takich jak dziewięćsił. Ta roślina jest używana przez ludność wiejską jako środek leczniczy do obkadzania na choroby zwierząt, zwłaszcza na paraliż lędźwiowy (w języku śląskim zwany „postrzół”) u krów i choroby zołzy u koni.
Warto również wspomnieć o tajemniczym grzybie zwanym Teekwass, propagowanym jako środek leczniczy na siedemnaście różnych chorób, który zdobywa coraz większą popularność również na Górnym Śląsku. Teekwass nie jest jednolitym organizmem, lecz symbiotycznym związkiem bakterii Bacterium xilinum i drożdży. Ten grzyb ma galaretowatą, nieapetyczną konsystencję, przypominającą zmiażdżoną ostrygę. Zostaje umieszczony w naparze z herbaty rosyjskiej z dodatkiem około 2 łyżek cukru. Drożdże powodują fermentację, przekształcając cukier w alkohol i dwutlenek węgla. Alkohol zamieniany jest następnie przez grzyb w kwas octowy. Jak sugeruje nazwa „Teekwass”, jego stosowanie pochodzi z Dalekiego Wschodu. Rosyjscy więźniowie wojenni mieli przywieźć ten grzyb do ojczyzny po powrocie z Japonii, skąd rozprzestrzenił się przez Kongresówkę i wschodnią część Górnego Śląska, teraz dotarł również na nasz zachodni Górny Śląsk.
Na targu zielnym w Zaborzu.
Kiedy niedawno wracałem wieczornym pociągiem z Gliwic do Zabrza, przy wejściu do wagonu uderzył mnie przyjemny zapach naszego prawdziwego, już bardzo rzadkiego w górnośląskim regionie przemysłowym rumianku (Matricaria Chamomilla). Na moje zdziwione pytanie o przyczynę tego przyjemnego kwiatowego zapachu, trzy starsze, pomarszczone kobiety, pasażerki wagonu, wskazały na ustawione wokół kosze, worki i pęki wypełnione różnymi ziołami i kwiatami. Opowiedziały mi, że zmuszone są zarabiać na życie handlem ziołami i kwiatami. Jednak z powodu niemal całkowitego zaniku roślinności w pobliżu fabryk i miast, muszą często odbywać dalekie podróże do okolic Koźla i Opola, aby zdobyć pożądane kwiaty i zioła lecznicze. Na przykład, duże ilości rumianku rozrzuconego w workach pochodziły z terenów portowych w Koźlu. W związku z rosnącym ruchem prozdrowotnym w postaci licznych stowarzyszeń Sebastiana Kneippa, zapotrzebowanie na zioła lecznicze na rynkach większych miast przemysłowych Górnego Śląska jest dość wysokie, a rośliny wprowadzone na rynek są szybko sprzedawane.
Wizyta u zielarek na targu w Zabrzu lub Zaborzu jest dla botanika całkowicie opłacalna i interesująca. Może on łatwo i bez trudu studiować florę różnych obszarów naszej górnośląskiej ojczyzny, mając często okazję do ciekawych i rzadkich znalezisk. Wokół dużej latarni na środku targu siedzą zielarki „á la turca” na bruku, przed sobą, na dywanach z trawy i papierze, w stosach i pęczkach posortowane są różnorodne zioła i kwiaty zebrane na polach i w lasach i oferowane na sprzedaż. Przekonując o cudownych właściwościach leczniczych różnych herbat ziołowych, udaje im się sprzedać swoje produkty „dobre na wszystkie choroby u ludzi i zwierząt” kupującym je głównie gospodyniom domowym. W zależności od pory roku wszystko, co dostępne w lesie i na łące, zbiera się i przynosi na sprzedaż. Wczesną wiosną pojawiają się najpierw zioła do zup. Są to zwykle pierwsze delikatne pędy bluszczyka kurdybanka (Glechoma hederacea L.), który najbujniej i najmięsistszy rośnie przy płocie wiejskim, gdzie wiejskie psy zwykle zostawiają swoje wizytówki, a także podagrycznik pospolity (Aegopodium Podagraria), różne gatunki jasnoty, takie jak Lamium album, L purpureum, L. amplexicaule i L. maculatum. W większych ilościach na rynku pojawiają się żółte kwiaty podbiału pospolitego (Tussilago Farfara L.), znanego środka ludowego na kaszel i ból w klatce piersiowej. Całe sterty skrzypu polnego (Equisetum arvense i E. silvaticum) składane są tutaj i polecane jako niezrównany środek na choroby pęcherza.
Kwitnące bagno zwyczajne lub dziki rozmaryn (Ledum palustre L.) używany jest jako środek odstraszający i chroniący przed molami i szybko się sprzedaje. Podobnie jest z wrzoścem pospolitym zwanym Erika (Calluna vulgaris) i jego zerwanymi kwiatami, które są często i intensywnie kupowane jako herbata przeciwko reumatyzmowi.
Oman łąkowy (Inula britannica) i rudbekia (Rudbeckia laciniata L.) są często sprzedawane pod nazwą „arnika”. Korzenie tataraku (Acorus calamus) i łodygi świerząbka (Chaerophyllum aromaticum L.) używane są jako środki lecznicze (do przygotowania kąpieli) na wycięczenie u małych dzieci. Z jałowca (Juniperus communis) kupuje się niebieskie jagody, a z brzozy zdarte liście i stosuje jako środki lecznicze na reumatyzm.
Jako środek na oczyszczanie krwi sprzedawane są galasy – naroślą owada szypszyńca – oraz młode liście jeżyn i truskawek. Ponadto, w zależności od pory roku lub sezonu kwitnienia, na rynku można znaleźć bukiety konwalii (Convallaria majalis), kokoryczkę wonną (Polygonatum officinale), dziurawiec (Hypericum perforatum), wilżynę (Ononis arvense), bratki (Viola tricolor), kminek (Carum Carvi), biedrzeniec anyż (Pimpinella Saxifraga), lubczyk (Levisticum officinale) i dzięgiel leśny (Angelica silvestris L.).
Do przygotowania herbaty oczyszczającej krew zachwala się liście borówki (Vaccinium myrtillus) i brusznicy (Vaccinium vitis-idaea). Ponadto kupić można pierwiosnek (Primula officinalis), bobrzycę trójlistkową (Menyanthes trifoliata), centurię pospolitą (Erythraea centaurium), żywokost (Symphytarm off.), ostrzeń (Cynoglossum officinale), miodunkę plamistą (Pulmonaria officinalis), szałwię (Salvia officinalis), macierzankę (Thymus serpyllum); różne gatunki mięty, wiesiołek, babkę lancetowatą, kozłka lekarskiego, krwawnik, wrotycz, bylicę.
Oprócz szkód wyrządzonych przez masowe wyrywanie rzadkich już gatunków roślin, stosowanie tych ziół kupowanych na rynku nie jest pozbawione ryzyka dla chorych, ponieważ zielarki często sprzedają rośliny trujące, takie jak szczwół i blekot, a to jako „kminek polny” i „pietruszkę”. Dlatego zaleca się ostrożność!
W ostatnim wpisie na FB przypadkiem rozwinął się wątek młynarzy. Temat jest niezwykle ciekawy z perspektywy genealożki, bo zawsze wymagający.
Z ksiąg kościelnych wynika, że w rodzinach młynarzy rządził reżim matrymonialny: kandydatka na żonę lub kandydat na męża musieli pochodzić z rodziny młynarzy. Z tego powodu młynarze i młynarki żenili się często w odległych parafiach, co utrudnia poszukiwania genealogiczne.
Stosując te praktyki, młynarze tworzyli całe dynastie na naszych terenach. W księgach kościelnych pięknie to widać.
Pojawiają się więc często Drzymale w Myślinie, Jemielnicy, Potempie, Mendle, którzy mieli młyny w Jemielnicy, Gąsiorowicach, Staniszczach, Rogowscy od Rozmierzy po Chrząstowice, Adamtze od Trzensin, po Krasiejów i Kadłub. Widery w Lasowicach i Kolanowicach, Lellek w Kup, Ozimek i Libawski w Krasiejowie, Brysch w Dańcu i Kadłubie.
Przykłady:
1815 rok, żeni się młynarz Andreas Widera z Lasowic Wielkich z Marią córką Stanislausa Lellek młynarza z Kup.
W roku 1830 żeni się Johann Mende młynarz z Grodziska koło Gościęcina z Teklą córką młynarza Stanislausa Brischa z Barwinka (Kadłub)
W roku 1774 żeni się w Grodzisku Blasius Drzymalla z Myśliny z córką Sebastiana Czaja młynarza z Grodziska.
W roku 1797 żeni się w Grodzisku Anton Kral młynarz z Licheni z Hedwig córką Matheusa Mroza młynarza na stawie Glinka w Grodzisku.
W Kadłubie w roku 1766 rodzi się na Barwinku w młynie dziecko, z ojca Mathai Brys i matki Cathariny córki byłego młynarza na Barwinku – Mathia Kolodziey. Świadkiem jest młynarz Joseph May z Gąsiorowic.
W roku 1761 żeni się w Grodzisku wdowiec Bartholomeus podborny młynarz potocznie zwany „na grobli” z Marianną córką Baltasara Mroza młynarza w Grodzisku.
W Staniszczach żeni się młynarz z Kadłuba Wolnego Andreas Miozka z Josephą córką Joanna Bronder młtnarza na Bziniczce.
W roku 1790 żeni się Simon Potempa syn młynarza Antona w Potempie z Marią córką Mathiasa Brysch młynarza z Kadłuba
Mimo tego, że te dynastie prowadziły młyny, nie zawsze były ich właścicielami a tylko dzierżawcami. Prawo młyńskie (do budowy i prowadzenia młynów) nadawane było od średniowiecza sołtysom, miastom lub właścicielowi ziemskiemu.
Prawo do budowy młyna miało zapisane miasto Ujazd lub Strzelce. Jako że w Strzelcach nie było odpowiedniej rzeki, młyn miejski znajdował się na Jemielniczance. Młyn ten na mapach jest opisany jako Gross Strehlitzer Schneide-Mühle, czyli tartak napędzany kołem wodnym.
Młyny nie służyły tylko do mielenia zboża i cięcia drewna. Mechanizm młyński był wykorzystywany do spilśniania wełny, produkcji garbników z kory i papieru. Taki młyn działał na wysokości Łazisk tu oznaczony Pap.(ier) M.(ühle).
Sztukę budowy młynów do Europy przynieśli Rzymianie, w późniejszych czasach to mnisi odpowiadali za jej rozprzestrzenienie. Widać to pięknie w Jemielnicy, gdzie cystersi założyli gęsty sznur młynów nad rzeką Jemielniczanką.
Na mapie młyny pocysterskie na wysokości Gąsiorowic: Busch, Pitacha, Malcher, Masur, Drzimalla, Moysa
… i młyny pocysterskie na wysokości Jemielnicy: Grochowina, Kachel, Matschiek.
Na mapie powyżej widać też dwie inne instalacje wykorzystujące siłę wody: młoty fryszerskie (Frischfeuer), jako że w związku z występowaniem w dolinie Jemielniczanki rudy darniowej, działało u nas już od niepamiętnych czasów hutnictwo.
Około 1720 roku stanął w Kadłubie wysoki piec, jeden z pierwszych na Śląsku. Miechy miał napędzane kołem wodnym.
rysunek poglądowy (piec w Hausen, autor rysunku Walter Arzet)
Kadłubski zakład hutniczy działał do około 1862 roku, a potem została przebudowany na … młyn. Przebudował go Sebastian Adamietz, mistrz hutniczy kadłubskiej huty oraz budowniczy młynów pochodzący z młyna w Trzensinie. Ugoda sądu rozjemczego w Strzelcach pokazuje, że niektórzy młynarze także byli konstruktorami mechanizmów młyńskich.
Jednakże szybko nadszedł kres młynarzy jako instytucji wiejskiej. Z czasem maszyny parowe wyparły koła młyńskie, które był zależne od stanu wody. W miejsce młynów powstały jednak turbiny, jak turbina Francisa w Kadłubie w latach 1930tych (poniżej rysunek), produkująca prąd. I zniknął młynarz z wioski, który przez setki lat był jej ważną postacią.
A propos
Dziś patrząc na rzekę nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo kiedyś była ona ważna dla mieszkańców. I jak bardzo człowiek zmienił jej bieg, żeby ją sobie podporządkować.
Tu rzeka przed regulacją około 1800 roku
a tu po regulacji, która nastąpiła na początku 19 wieku.
Księgi kościelne Izbicka zawierają wiele ciekawostek, oto jedna z nich z roku 1817:
„Matthaus Kozubek, kawaler i syn Urbana Kozubka, wycużnika z Tarnowa, od urodzenia głuchy i niemy, poślubił swoją narzeczoną Justynę, córkę zmarłego Jakoba Pelikana, na podstawie pozwolenia wydanego przez Królewskie Biuro Domen w Opolu z dnia 1 maja 1817 roku, po trzykrotnym ogłoszeniu zarówno w Tarnowie, jak i tutaj, w miejscowym kościele przez miejscowego proboszcza Josefa Wysluchę. Ceremonia odbyła się w następujący sposób:
Po wezwaniu do tego aktu Królewskiego Radcy Sądownictwa, pana von Mletzko, i przemówieniu do zgromadzonego z ciekawością ludu o dobrodziejstwach słuchu i mowy, uciszając niniejszym prostacki i motłochowaty śmiech, poprosiłem pana młodego, który mimo że był całkowicie głuchy i niemy, potrafił bardzo rozsądnie i dowcipnie porozumiewać się za pomocą znaków, aby podszedł do ołtarza. Klęknął on z oznakami najgłębszej pobożności i adoracji Boga, nie widząc, co się wokół niego dzieje. Następnie poprosiłem jedną z druhen, aby uklękła przed nim i dałem mu znak, aby podał jej rękę; zrobił to, ale gdy tylko zauważył, że to nie jego narzeczona, cofnął rękę. W ten sposób poprosiłem jeszcze dwie inne druhny, aby uklękły przed nim, ale stawał się coraz bardziej niechętny, aż w końcu jego narzeczona stanęła obok niego, której z widoczną radością podał rękę. Po wykonaniu innych niezbędnych znaków, ceremonia została zakończona, a protokół został sporządzony przez wspomnianego Radcę Sądownictwa i podpisany przez pana młodego, pannę młodą oraz świadków Karla Basgiera i Jakoba Frelicha.”
W dniu 15 listopada br. zostanie otwarta dla ruchu nowa linia kolejowa o normalnym rozstawie torów o długości 21,64 km na trasie Groß Strehlitz – Vossowska. Na nowej linii, zbudowanej jako linia boczna, znajdują się w kolejności geograficznej stacje: Rosmierka, Kadlub, Carmerau i Groß Stanisch. Wszystkie stacje mają uprawnienia do obsługi pasażerów, bagażu, zwłok, przesyłek ekspresowych i towarowych, ładunków pełnowagonowych, żywych zwierząt i pojazdów. Stacje Rosmierka, Kadlub i Carmerau są wyposażone w stałe rampy do załadunku czołowego i bocznego, natomiast stacja Groß Stanisch posiada ruchomą rampę. Na nowych stacjach nie będą przyjmowane materiały wybuchowe.
Nowe stacje zostaną włączone do taryfy towarowej państwowych i prywatnych kolei, taryfy towarowej środkowo-wschodnich Niemiec i Saksonii, taryfy węglowej Górnego Śląska oraz taryfy przewozowej państwowych i prywatnych kolei. Informacje na temat stawek frachtowych można uzyskać w biurze transportowym zarządu oraz w odpowiednich placówkach służbowych. Na nową linię kolejową obowiązują przepisy budowlane i eksploatacyjne z dnia 4 listopada 1904 roku oraz przepisy ruchu kolejowego z dnia 23 grudnia 1908 roku.
Katowice, październik 1912. Królewska Dyrekcja Kolei
To ogłoszenie urzędowe. Mam jednak osobisty związek z tą linią i spisane wspomnienia, gdyż wielu moich przodków mieszkało na spórackim Banioku i było kolejarzami.
Jak mój praopa Ludwig. Był nastawniczym na stacji w Karmerau a potem Spóroku. Codziennie rano szedł do budki, która znajdowała się ok. 300 m od dworca w stronę Staniszcz. Pracował na zmianie dziennej 12/24. Wnuki codziennie nosiły mu obiad.
Stacja kolejowa tętniła wtedy życiem. Kursowały nie tylko pociągi osobowe ale i towarowe. Stacja miała tor osobowy i towarowy, rampę załadunkową i spory magazyn, w którym zawsze składowano różnorakie towary. Oma zamówiła sobie kiedyś meble, które dostarczono właśnie pociągiem.
Z Zabrza latem przyjeżdżały dwie handlyry, jedna chuda, druga okrągła, z dwoma olbrzymimi koszami wiklinowymi. Skupywały jagody, które kobiety z dziećmi zbierały po spórackich lasach. Dzieci musiały wtedy także pracować. Dodatkowo jagód nie można było jeść przy zbieraniu, mimo że była wielka ochota. Wszystko miało iść na sprzedaż, a naruszenie tego zakazu było od razu widoczne na języku i groziło laniem.
Stacja była też dźwignią handlu. Kursowały bydloki, czyli wagony do transportu bydła. Opa z Kadłuba handlował bydłem: skupywał je w okolicy, wsadzał do bydloka na stacji. Jechało stado potem do Bytomia do dobrze prosperującej masarni Josefa Orzechowskiego z Bahnhofstrasse. Hrabia Strachwitz sprzedawał drewno i dziczyznę ze swoich lasów. Dziczyzna jechała dalej z Bytomia pociągiem nawet do Berlina.
Na stacji znajdował się telegraf. Słychać było cały dzień stukanie urządzenia. Ta sama linia telegraficzna ucierpiała zaraz po wojnie od ataku terrorystycznego organizacji dywersyjnej Freikorps Gross Massdorf, która chciała przywrócenia rzeszy na Śląsku. Ale to już inna historia.
Kolej też była miejscem innego przestępstwa: jesienią jechały transporty buraków cukrowych. Jak pociąg stał na torze towarowym, aby przepuścić pociąg osobowy, mieszkańcy podkradali buraki. Dlaczego? Robiono z nich bimber, gdyż każdy wtedy pędził sam w domu.
Istnieje jeszcze jedno wspomnienie, tragiczne. Już po wojnie na trasie Strzelce-Fosowskie miał miejsce wypadek. Wykoleił się pociąg osobowy. W pociągu zginęła młodziutka dziewczyna ze Spóroka. Zakleszczona w tonach żelastwa długo miała krzyczeć z bólu i wołać o pomoc. Ale nikt nie był stanie jej wydostać. Nie znalazłam jeszcze potwierdzenia tej opowieści w doniesieniach prasowych ani aktach.
Bieda panowała na śląskich wsiach w okresie międzywojennym. Z tego powodu wielu ruszało do centrum Niemiec, na tzw. Saksy do pracy. Tak też zrobiło kilka dziewcząt z Kadłuba. Między nimi była też Anna z Kadłuba, z której zasobów pochodzi to zdjęcie:
… oraz list. List napisała siostra caritaska.
Wiedziała ona, że takie wyjazdy były pełne pokus. Z tego powodu napisała do dziewczyn przebywających w Bettmar w Dolnej Saksonii pełen porad i przestróg list. Oto jego tłumaczenie na polski:
***
Grodisko, 13 maja 1932 r.
Moje drogie dziewczyny!
Z okazji świąt myślimy o Was wszystkich. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybyście zechciały również wysłać wiadomość do proboszcza lub do mnie w czasie wakacji. My tu w hajmacie często myślimy o Was i mamy nadzieję, że będziecie się tak zachowywać, abyśmy my, Górnoślązacy, mogli być z Was dumni. W dniu Wniebowstąpienia Pańskiego dzieci zostały zaprowadzone do Pierwszej Komunii Świętej. Po południu dziewczęta zostały przyjęte do Stowarzyszenia świętej Agnes. Niewinne dusze promieniały czystym szczęściem i radością. Kilka dziewcząt zostało uroczyście przyjętych do kongregacji. Tak, to było bardzo, bardzo piękne. Byłoby też miło, gdyby dziewczęta z Kadłuba chciały liczniej dołączyć do kongregacji.
Wielebny Prezes wygłosił piękne przemówienie: Dziecko Maryi powinno zawsze świecić przykładem. Powinien reprezentować Najświętszą Maryję Pannę wszędzie, w modlitwie, w nabożeństwie, w kościele, w pracy, a także w rozmowie. Módlcie się często w ciągu dnia, a otrzymacie siłę sprostać każdej pokusie. Jaka jest u Was pogoda? Tutaj jest już wszystko zielone.
Krótki wstęp teoretyczny za: Kazimierz Orzechowski „Chłopskie posiadanie ziemskie na Górnym Śląsku”
W 1807 roku Prusy wraz z edyktem regulacyjnym rozpoczęły reformę mającą na celu umożliwienie chłopom nabycia prawa własności do ziemi, która należała do feudała a którą dotychczas użytkowali.
„Ostatnim etapem uwłaszczenia chłopów na Śląsku w ramach reformy rolnej była tzw. reluicja, czyli znoszenie feudalnych ciężarów tych gospodarstw, które już przed początkiem reformy były chłopską własnością podległą lub (jak np. dziedziczna dzierżawa) były posiadane na warunkach do własności podległej silnie zbliżonych.
[…]
W marcu 1848 r. Śląsk ogarnęła ponowna fala walk rewolucyjnych. Pierwsze zarzewie rewolucji pojawiło się w pow. jeleniogórskim, w którym przed paru zaledwie laty (1844) miał miejsce potężny bunt tkaczy. Powstanie bardzo szybko rozprzestrzeniło się na cały powiat, wykroczyło poza jego granice, obejmując powiaty kamiennogórski, lwówecki, bolkowski, ziębicki, wołowski, oleśnicki, sycowski, oławski; z Górnego Śląska nyski, grodkowski, kluczborski, oleski, raciborski, rybnicki i strzelecki. Wśród postulatów wysuwanych przez chłopów powtarzały się niezmiennie: żądania zniesienia pańszczyzn, czynszów świadczonych w naturze i w pieniądzu, laudemiów, pańskich łowów, żądanie zwrotu gruntów oddanych panom w wyniku regulacji z pierwszej połowy XIX wieku, zniesienie serwitutów pańskich na chłopskich ziemiach itd. […] Tłumy złożone z kmieci, zagrodników, chałupników i bezrolnego proletariatu wiejskiego napadały pańskie dwory i pałace, dokonywały aktów samosądu na panach, ich urzędnikach, sołtysach itd. Ze szczególną zawziętością niszczone były księgi gruntowe i te panowie przede wszystkim przy pierwszych oznakach rewolucji starali się zabezpieczyć. Fakt to zrozumiały: księgi bowiem mieściły wpisy określające ilość i rodzaj obciążeń chłopskich.”
Z powyższego opisu widać, że uwłaszczenie przebiegało opornie (przede wszystkich dzięki panom ziemskim) na terenie Górnego Śląska. Mimo, iż pierwsze akty prawne wydano już w 1807 roku, proces przebiegał bardzo opornie i dopiero rewolucja 1848 wymusiła jego zakończenie.
Z tego powodu wspomniane zniesienie ciężarów feudalnych nastąpiło w Kadłubie na szarym końcu – dopiero w roku 1851.
Z tego okresu istnieje gruba księga o tytule ”Akten des Dominii Gross Stein betreffend der Rezesse von Kadlub”. A tamże kilka umów między hrabią Hyazinthem von Strachwitz jako właścicielem majątku rycerskiego Kadlub a chłopami z Kadłuba. Na mocy tych umów zamienili oni ciążące na nich obciążenia na rentę na rzecz feudała.
Co możemy z tych umów wyczytać?
Struktura posiadania/użytkowania prezentuje się w Kadłubie bardzo ubogo. Nie ma ani jednego wolnego kmiota. Wolny kmiot miał co najmniej jedną hubę ziemi, czyli co najmniej 16ha. Był na tyle zamożny, że mógł się wykupić wcześnie z poddaństwa.
Jednym plusem jest to, że mamy wtedy 3 wolnych zagrodników:
1. Franz Anderwald wolny zagrodnik parcela numer 1
2. Johann Koy wolny zagrodnik parcela numer 39
3. Valentin Anderwald wolny zagrodnik parcela numer 50
Zagrodnicy oprócz domu i ogrodu, posiadali trochę pola, co pozwoliło im zgromadzić niewielki kapitał i wykupić się wcześniej z poddaństwa, bowiem widnieją oni w umowie jako już wolni zagrodnicy.
Reszta wymienionych mieszkańców Kadłuba to w większości robotnicy świadczący robociznę na rzecz majątku pańskiego. Dzierżawili oni wyłącznie domek do hrabiego i pracowali w jego majątku. Tabela wymienia np.:
4. Valentin Ploch chałupnik wykonujący robociznę parcela numer 42
5. Thomas Hasterok chałupnik wykonujący robociznę parcela numer 45
6. małżeństwo Hedwig i Joseph Dlugosz chałupnik wykonujący robociznę parcela numer 47
7. spadkobiercy Michaela Gospodarek chałupnika wykonującego robociznę parcela numer 41
A to:
Wdowa Marianna Gospodarek z domu Klyszcz ponownie zamężna z Johannem Hasterok, nieletnia Josepha Gospodarek, Katarina Gospodarek żonata z Johannem Piela, nieletnia Hedwig Gospodarek, nieletni Johann Gospodarek.
8. Franz Kuczera chałupnik wykonujący robociznę parcela numer 18
9. małżeństwo Franz i Maria Hadrian chałupnik wykonujący robociznę parcela numer 57
10. Mathias Pasternok chałupnik wykonujący robociznę parcela numer 62
… i kolejni.
Z jakich obciążeń strony umowy wykupiły się w 1851 roku?
„Właściciele wyszczególnieni w poniższej tabeli byli zobowiązani do świadczenia na rzecz majątku rycerskiego Kadlub poniższych świadczeń w ramach pańszczyzny:
– do świadczeń pieniężnych (czynsz za dzierżawiony dom)
– do robocizny przy żniwach
– do kąpania i strzyżenia owiec
– do połowu w stawach
– do czyszczeni rowów
– do laudemium [opłata za przekazanie gospodarstwa] w wysokości 10%
– do transportu ryb
– do transportu żelaza
– do transportu węgla
– do robocizny tygodniowej
– do robocizny przy żniwach
Właściciel majątku rycerskiego był ze swojej strony zobowiązany do przekazywania deputatu w postaci korca żyta i gryki.
Znosi się tym samym wszystkie powyższe obciążenia.
Dla parceli 16, 17, 18, 19, 21, 22, 23, 24, 25 znosi się czynsz sądowy (za sąd patrymonialny będący w gestii feudała) bez odszkodowania.
Znosi się również laudemium dla parceli 2, 3, 4, 5, 6, 7, 10, 11, 12, 13, 15, 18, 19 bez odszkodowania.”
Strachwitzowi jako właścicielowi ziemskiemu za zrzeczenie się ze swoich praw feudalnych przysługiwało odszkodowanie.
Chłopi więc zostali umownie zobowiązani do zapłaty renty do banku rentowego w ratach rozłożonych na 20 lat. Bank rentowy wypłacała całą kwotę odszkodowania Strachwitzowi.
Umowa zawiera tabele z wyszczególnieniem należnych rat. Np. wolny zagrodnik Valentin Anderwald musiał płacić roczną ratę w wysokości 21 talarów, co daje dziś kwotę około 3700 zł. Po 20 latach dawało to kwotę 74.000 zł w przeliczeniu.