Wyobraź sobie, że jesteś swoim praprapra…dziadkiem (albo babcią), którzy mieszkają w Kadłubie w roku 1803. Jesteś wtedy obywatelem Prus, twoim królem jest Friedrich Wilhelm (poniżej).
Natomiast twoim panem feudalnym, do którego należy Kadłub, jest hrabia Johann Nepomuk von Tenczin, który zazwyczaj rezyduje w Szymiszowie (a jeszcze częściej we Wiedniu). Hrabia czasami pojawia się w kadłubskim zamku myśliwskim, gdy ma ochotę zapolować albo zrobić przegląd zasobności spichlerza i produkcji huty żelaza. Wszyscy z was znają budynek zameczku myśliwskiego: to stare nadleśnictwo, potem przedszkole, dziś dom prywatny [poniżej karta sprzed 1945 r.].
Zabudowania dziś stojące (lub rozpadające się) wokół zamku były folwarkiem hrabiowskim. Hrabia tam miał spichlerz, hodował tam owce.
Jak wyglądało życie poddanego na Śląsku w roku 1803, mieszkającego w wiosce dominialnej?
Bez zgody hrabiego twój przodek nie mógł ani opuścić wioski, ani ożenić się czy rozpocząć nauki rzemiosła. A jeżeli uzyskał taką zgodę, musiał zapłacić opłatę hrabiemu.
Jeżeli był wolnym kmiotem: był bogaty. Posiadał własne pole o powierzchni co najmniej jednej huby (ok. 16ha) a z posiadanego pola mógł wyżywić rodzinę i sprzedać nadwyżki. Nie musiał wykonywać robocizny na rzecz hrabiego. Ale w Kadłubie wolnych kmiotów nie było, najbliżsi mieszkali w Grodzisku. Kadłub był pierwotnie osadą hutników, a na ziemiach wykarczowanych z drzew potrzebnych do produkcji węgla drzewnego, hrabia osadzał kolonistów.
Jeżeli twój pradziad nie był wolnym kmiotem – był chałupnikiem: dzierżawił od hrabiego chałupę i płacił z tego tytułu hrabiemu czynsz. Miał ponadto obowiązek świadczyć na rzecz feudała nieodpłatnie robociznę w poniższej postaci:
– latem trzy dni a zimą dwa dnia w tygodniu musiał się stawić w majątku grafa i odpracować robociznę na rzecz jego dominium, w okresie żniw żądanie mogło być przedłużone nawet do 4 dni w tygodniu,
– musiał stawić się na wiosnę i jesień do mycia i strzyżenia owiec,
– na żądanie grafa stawiał się na polowanie, a to w ramach dwóch dni robocizny oraz dodatkowych 4 dni w roku,
– mógł pić piwo tylko z hrabiowskiej karczmy, która mogła sprzedawać wyłącznie piwo z hrabiowskich browarów,
– musiał stawiać się na wezwanie grafa do pełnienia straży nocnej,
– mielić swoje zboże tylko w hrabiowskich młynach,
– na żądanie kopać rowy odwadniające,
– wykonywać usługi kurierskie,
– za darmo wykonać i dostarczyć do dominium lnianą przędzę oraz kawałek lnianej tkaniny.
Jednakże od niewolnika różniło takiego poddanego to, że miał osobowość prawną i mógł swojego feudała zaskarżyć do sądu. Tak też w roku 1803 zrobiło 7 chałupników z Kadłuba: Simon Kolibaba, Adam Brÿlka, Casper Kuczera, Jais Koy, Woiteck Wyier, Mathus Pasternock i Kuba Pietruschka. Jaka była treść skargi – nie wiemy, ale znamy treść ugody [poniżej], jaką strony zawarły. Z dokumentu wynika też, jak się spór zaczął: chałupnicy odmówili przyjścia do majątku hrabiego i wykonania robocizny.
Co udało się chałupnikom z Kadłuba wynegocjować? W wyniku ugody z Tenczinem chałupnikom udało się zmniejszyć robociznę na 2 dni w tygodniu niezależnie od pory roku, znieść obowiązek straży nocnej, kopania rowów i służby posłanniczej. Nie musieli już myć owiec a strzyżenie następowało za zapłatą.
Wynegocjowali też, że przysługujący im deputat: czyli udział w zbiorach zboża w wysokości jednego korca wrocławskiego, będzie wydzielany z najlepszego zebranego przez nich na pańskich polach zboża, a nie z najgorszego, jak to było dotychczas.
Na zdjęciu poniżej zdjęcie krypty w kościele w Szymiszowie, gdzie są pochowani ostatni Tenczinowie. Zdjęcie z książki o historii Szymiszowa autorstwa Piotra Smykały.
Chałupnicy otrzymali też zapewnienie hrabiego, że nie będzie pobierał od nich opłaty za możliwość wypasu ich bydła w hrabiowskich lasach. Prace naprawcze na budynkach dzierżawionych miały pozostać dalej w gestii chałupników, jednakże drewno potrzebne do napraw za darmo miało zapewnić dominium.
Ugoda zawarta na rozprawie 17 lutego 1803 roku została spisana na protokole w języku niemieckim, przeczytana, zatwierdzona, podpisana i podkrzyżykowana (jako że chałupnicy nie umieli jeszcze pisać, a szkoła w Kadłubie miała być dopiero rok później otwarta).
Ta sytuacja będzie się w Prusach zmieniała dopiero w wyniku edyktów królewskich z lat 1807 do 1845, które nakazywały zwolnienie chłopów z poddaństwa. Ostateczne uwłaszczenie kadłubskich chłopów nastąpiło dopiero w roku 1851.
Kronika szkoły w Karmerau (Spórok) część dalsza ...
Rów przeciwpancerny
Od 1 lipca do 1 grudnia 1944 roku nie było zajęć w szkole. Najpierw były wakacje, a potem sale lekcyjne zostały skonfiskowane przez HJ, których wykorzystano do budowy rowu przeciwpancernego. Rów przeciwpancerny miał 3,5 m szerokości i 3 m głębokości i początkowo biegł od łąki szkolnej w kierunku wschodnim do ulicy na Staniszcze Małe, stamtąd na południowy wschód i dalej do linii kolejowej. Drogi do Staniszcz Małych, Dużych i do Krasiejowa zostały zerwane, a nad rowem zbudowano mosty. Budowa trwała od 1 września do 1 grudnia. Początkowo z oddziału Opole i Pszczyna wysłano 1200 chłopców z HJ. Po 8 tygodniach zwolniono oddział z Opola i przysłano z Głubczyc. Jednocześnie mieszkańcy wsi musieli trzy razy w tygodniu wykonywać prace okopowe w sąsiednich Staniszczach Małych. Na geoportalu można zobaczyć ten rów do dziś, ciągnie się od Turawy, przez Spórok i dalej lasami aż do Zawadzkiego!
Poniżej fragment rowu przecinający linię kolejową w Spóroku
Historia nas uczy, że jest przepaść między tym, jak postaci są prezentowane na pomnikach, a jakimi byli faktycznie ludźmi z krwi i kości.
Nie inaczej jest z sławnym ozimskim Rehdantzem. Dziś ma wyspę swojego imienia, kiedyś miał pomnik. Źródła mówią, że wcale nie był takim zasłużonym dla Śląska, ale bezsprzeczne było, że zasłużył się dla Ozimka. Gdyż był jego założycielem.
Jednakże w przepastnych berlińskich archiwach są dokumenty, które odkrywają Rehdantza człowieka. I to pozbycie go spiżowej postaci sprawia, że staje się nam jeszcze bardziej sympatyczny.
Z dokumentów wynika, że urodził się około 1701 roku gdzieś w Brandenburgii.
Akta kościelne z Peitz, gdzie rezydowała jego rodzina, nie zachowały się z tego okresu. Podobnie jak księgi metrykalne z Krosna Odrzańskiego, gdzie jego ojciec Philipp był w tym okresie łowczym. Z tego powodu może nigdy nie odnajdzie się akt jego urodzenia.
Jedyny wpis odnośnie ojca dotyczy urodzenia brata naszego Rehdantza. W roku 1694 rodzi się w Spandau Johann Friedrich, syn Philippa Redantza łowczego porucznika von Pannwitza i Dorothei Elisabeth Stephani.
Uczy się w gimnazjum w Johannisthal. Prawdopodobnie, gdyż w listach uczniów widnieje w roku 1718 Johann Georg syn Philippa Rehdantza z Cottbus. A jego wuj Hans Heinrich był tamże leśnikiem książęcym
Rodzina Rhedantzów posiadała w Fehrow koło Peitz majątek, który otrzymał dziadek Hans Georg, także leśnik książęcy, w roku 1671. Wiemy to z listu, który Rehdantz napisał do króla. Prosi tamże o wystawienie kopii nadania tego majątku, gdyż oryginał spłoną w pożarze. Wspomina też, że majątek dostał jego dziad Hans Georg, a potem od roku 1715 posiadał ojciec Philipp.
Źródło: Hans -Georg Gottlieb von Büttner, familysearch.org
Po objęciu przez niego służby leśnej osobiście koresponduje z młodszym od siebie Fryderykiem zwanym później Wielkim. W archiwach znajduje się mnóstwo takiej korespondencji.
Poniżej w roku 1749 wypłata z kasy królewskiej dla leśniczego Rehdantza za dostarczenie do pałacu Sans Souci drzew.
Poniżej sprawozdanie z misji, na którą posłał król Rehdantza, aby sprawdzić, czy w Tarnowskich Górach jest srebro i ołów.
Osobiste rozkazy Fryderyka kierowane do Rehdantza, tu na sprzedaż dodatkowych pozabudżetowych ilości drewna i pokrycie z tego wyrobów dla koszarów Schrenitz.
16 grudnia 1754 Rehdantz wnioskuje do króla o zgodę na przeniesienie swojego domu na teren huty i udostępnienie tamże nieodpłatnie mieszkania oraz wypłatę zasiłku na przeniesienie swojego mieszkania, a to wszystko, aby lepiej mógł nadzorować pracujących w hucie ludzi.
Prośba została widocznie spełniona, bo Rehdantz wybudował sobie na terenie huty dom z drewna ciosanego, który w roku 1761 wraz z całą dokumentacją huty od 1754 roku jednak spłonął.
Poniżej podpis własnoręczny Rehdantza
Straubel w podręczniku biograficznym administracji pruskiej pisze o Rehdantzu tak:
„Brak w dokumentach wskazówek odnośnie wykształcenia Hansa Georga Rehdantza. Wcześnie zaczyna pracę w służbie leśnej, awansuje na nadleśniczego w Krośnie (Crossen). Nakazem z dnia 29.07.1742 powołany zostaje na leśniczego na Górnym Śląsku a jego stanowisko dotychczasowe otrzymuje leśniczy Heese. W roku 1748 posiada mały wolny majątek w wiosce Fehrow w urzędzie Peitz. W maju 1753 zastępuje nadleśniczego von Minckwitza na stanowisku nadleśniczego dla Górnego Śląska.
W nakazie z 25.06.1754 król krytykuje go, że nie wykazał się wystarczającym zaangażowaniem w zakładaniu hut żelaza w Hrabstwie Kłodzkim. Dostaje nakaz współpracy z generałem von Fouqe, aby obaj niezwłocznie sporządzili kalkulację kosztów i uzysku. W połowie 1756 roku król zamierzał zatrudnić dzierżawców dla hut, by Rehdantz miał więcej czasu do wypełniania obowiązków jak nadleśniczy. Pełnił urząd aż do śmierci 7 maja 1765 roku.” Źródło GSTA.
8 maja 1765 Schlabrendorf donosi królowi, że Rehdanz zmarł 7 maja z wycieczenia po walce z chorobą. I że na jego miejsce musi być wybrany człowiek, który zna się i na leśnictwie i na hutnictwie (zawoalowana krytyka?). Proponuje więc leśniczego z Scheidelwitz koło Brzegu, który ma otrzymać to samo wynagrodzenie, czyli 1000 talarów rocznie.
W roku 1777 umiera w Krośnie Odrzańskim jego żona Helene Charlotte Rehdantz, żona nadleśniczego śląskiego (Oberforstmeisterin in Schlesien), w wieku 61 lat po długiej chorobie.
Na temat działalności Rehdantza w Malapane napisano już wiele artykułów i książek, szczególnie precyzyjny i obszerny jest tutaj dostępny w internecie artykuł Wachlera.
Z tego artykułu przytoczę dobre podsumowanie Wachlera odnośnie życia Rehdantza:
„Wraz z przekazaniem hut pod zarząd Królewskiego Wyższego Urzędu Górniczego z księciem von Redenem na czele, rozpoczęła się dla śląskiego hutnictwa epoka pełna chwały. Jednakże przeszłość tegoż hutnictwa nie była jej pozbawiona. Huty kierowane przez ludzi, którzy nie byli w tym fachu wykształceni, mimo wojny i nieszczęść, pokonały wiele trudności. Od 1761 huty te osiągały zaplanowany budżet, z własnej kasy wykonywały naprawy i nowe budynki i dodatkowo zgromadziły duże zapasy finansowe, które jednakże w latach gorszych zostały zużyte. To, że huty prywatne hrabiego von Würtemberg-Oels, Posadowskiego i Kotulińskiego osiągały lepsze wyniki ilościowe i finansowe wynikało częściowo z tego, że te huty posiadały tańsze i lepsze rudy i drewno, oraz darmową siłę roboczą w postaci chłopów pańszczyźnianych. […]
Dlatego chwała tym odważnym ludziom, takim jak Rehdantz czy Plümike, którzy za życia otrzymali tak małe podziękowanie za swoją sumienną pracę i poświęcenie, gdyż ich dorobek był przełomowy dla górnośląskiego przemysłu hutniczego.”
11 maja 1765 roku Śląska Uprzywilejowana Gazeta Państwowa na Czas Pokoju i Wojny donosi: 6 maja zmarł Johann George Rehdantz, były Królewski Nadleśniczy dla Górnego i Dolnego Śląska w wieku 64 lat, po tym jak 40 lat wiernie służył swojemu królowi i ojczyźnie.
„Najprawdziwszy obraz bogactwa prowincyi Szląskiej, okazuje wystawa płodów roku bieżącego w Wrocławiu” – tak to z lekką nutą podziwu i może zazdrości widzi Śląsk Seweryn Zdzitowiecki – polski chemik i metalurg, dyrektor Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, radca stanu, w roku 1852 na łamach warszawskiej Gazety Codziennej.
W tymże roku odbył on podróż naukową po Niemczech i Francji, w ramach której obejrzał wystawę przemysłową w Breslau. Po jej obejrzeniu zachwyca się szląskim przemysłem, który jego zdaniem pozwoli na rozwój kolei, „która dzisiaj stała się potrzebą konieczną każdego kraju”.
Wśród wystawców wspomina dobrze nam znane miejsca, osoby i zakłady, np. huty Malapane, Creuzburg, Sausenberg. Zakłady hrabiego Renard w Gross Strehlitz prezentują na targach między innymi album z oprawą z blachy żelaznej. Huta Gleiwitz prezentuje machinę do mędlenia lnu. Huta Malapane wystawiła dwie prasy do robienia rurek drenowych. Fabryka w Königsshuld narzędzia do drenowania według wzorów belgijskich. Uwagę zwróciły wyroby hr. Frankenberga z Tillowitz otrzymane z żużli żelaznych z ozdobami srebrnymi.
Cały opis sprawozdania Zdzitowieckiego poniżej.
Powołuje się on tam na katalog wystawy. Katalog obejmuje 160 stron, 1815 wystawców. Większość wystawców jest z Dolnego Śląska, z Górnego dominują kopalnie i huty.
Z Opola wystawia się miejska cegielnia z klinkierem, cegłami i dachówkami, fabrykant Engländer z błękitem do prania, aptekarz Koch z wapnem kredowym, kilka pań z Opola prezentujących pokrycie na fortepian z czarnego zamszu. W dziale minerałów prezentowany jest wapień kredowy z Opola oraz skamieniałości w nim znajdowane.
Prezentuje się też Królewski Urząd Hutniczy w Malapane z walcami hartowanymi. Królewski Kantor Produktów Górniczych przywiózł ze sobą dwie prasy do rur drenażowych i cynową wannę do kąpieli.
Królewski Urząd Hutniczy w Creutzburger Hütte pokazuje żelazo okrągłe, płaskie, skręcone i ślusarskie, osie do wozów, łopaty, szpachle, wsporniki osi do pociągów, lemiesze pługa.
Wspomniany wcześniej hrabia Renard ze Strzelec Wielkich prezentuje całą gamę produktów ze swoich zakładów:
Z huty Kolonowskie: płyty falcowane, garnki, dzbany, rury, żelazo walcowane, pilniki ze stali pudlingowej, stal pudlingową, z Kokotka obejmy fryszowane, z Żędowic blachę, brzeszczoty, żelazo cięte i kute we wszelakich formach, osie do wozów, z huty Renarda w Kolonowskim blachy i brzeszczoty, z Friedenshütte w Bytomiu próbki koksu, z druciarni w Łaziskach różne rodzaje drutu ze stali pudlingowej. Ze swojego młyna przy hucie Zawadzkie Renard prezentuje także próbki mąki. Prezentuje też produkty górnicze z Nakła, ocynkowane blachy żelazne, drut żelazny, wazę z węgla kamiennego z kopalni Beelwoseegen oraz wspomniany album obity blachą z huty Żędowice.
Z Izbicka pochodzą produkty hrabiego Strachwitza, a to kuta stal prętowa. W Kadłubie Strachwitz też miał hutę, ale widocznie nie było nic ciekawego do prezentacji.
Urząd hutniczy Hohenlohe w Sausenberg pokazuje rudy żelaza, wapień z Izbicka dodawany do wytopu żelaza, uzyskaną z wytopu surówkę i żelazo prętowe.
Jest też w katalogu sławny Elsner z Kalinowic, hodowca ziemniaków, ale tutaj prezentuje różnego rodzaju oleje, wytłoki pochodzące z tłoczenia rzepaku, włókniny wełniane, wyroby plecione z korzeni sosny przez Mariannę Pohla oraz wysokiej jakości cement z Kalinowic. Ze swojej pierwszej na Śląsku cementowi w Tarnowskich Górach pokazuje on cement rzymski, mastyks, cement Romana, glejtę ołowianą. Z Tarnowskich wystawia się też tokarz Kolonko z szachami oraz kopalnia Friedrich ze swoimi rudami.
Z kluczborskiego Simmenau prezentowane są próbki lnu oraz włóknina wełniana barona von Lüttwitz.
Z powiatu kozielskiego prezentuje się książę Hohenlohe-Oehringen z produktami z huty Blechhammer: żelazem kutym i walcowanym, blachami i rudą żelaza.
Urząd Hutniczy w Gliwicach prezentuje części do maszyn, gliwicka fabryka maszyn parowych Schotellius i Beermann maszynę parową o mocy czterech koni a Królewska Odlewnia Żelaza w Gliwicach żeliwną kaplicę nagrobną oraz młynek do kawy.
Potem im dalej na wschód Śląska wystawia się śląski przemysł ciężki w Bytomiu, Katowicach, Gliwicach, Zabrzu i Chorzowie: kopalnie, huty np. Carolatha, Haugwitza, Henckla, Friedländera, Winklera.
Nie wiem czemu, ale mam sentyment do hutnictwa artystycznego z Ozimka w roku 1798. Podobny sentyment miało miasto Berlin, Wrocław i pan na zamku w Izbicku …
Zdjęcia tych małych dzieł sztuki znajdują się w Katalogu produktów hut królewskich z trzech hut królewskich na Śląsku: w Malapane, Gleiwitz i Creuzburg z około 1798 roku.
Na pierwszych jego stronach znajdują się opisy i rysunki obiektów referencyjnych, z których huty były najwidoczniej najbardziej dumne w roku 1798.
Pierwszy zrealizowany obiekt to most żeliwny w Łażanach, niedaleko Wrocławia, zmontowany w 1796 roku. Wysadzony przez niemieckich saperów w roku 1945. Żeliwo ważyło tu 929 cetnarów a koszt wyniósł loco Breslau 3709 talarów.
Następnie żelazny most w Berlinie, ważący 1288 cetnarów, a kosztujący loco Breslau 4720 talarów. Zamontowany w 1796, po 30 latach użytkowania został zdemontowany w wyniku pojawienia się kruchości żelaza. W jego miejsce wybudowano most z piaskowca. Most jest jednakże do dziś nazywany mostem żelaznym – Eiserne Brücke.
Kolejny projekt to żelazny balkon w pałacu w Izbicku. Kolumny balkonu były puste w środku, stopnie i gzymsy wykonane z lanych płyt, kraty także lane. Balkon ważył 198 cetnarów i kosztował 698 talarów.
Następny projekt to bariery w pałacu królewskim w Breslau – dziś budynek uniwersytetu. Pomiędzy kamiennymi kolumnami i słupami znajduje się 9 pól kratowych (a), dwa skrzydła bramy (b) i dwoje furtek (c). Barierka ważyła 55 cetnarów i kosztowała wraz z śrubami loco Breslau 275 talarów.
Do Breslau dostarczono także poręcz składającą się z 9 krat i 2 latarni, całość ważyła 28 cetnarów i kosztowała ze śrubami loco Breslau 116 talarów.
1. Most w Poczdamie zwany Cavalier-Brücke. Żeliwo ważyło 1529 cetnarów łącznie z elementami z żelaza kutego, cena 6225 talarów.
2. Most żelazny w Charlottenburg, waga 266 cetnarów, wraz z elementami z żelaza kutego, cena 860 talarów.
3. Most żelazny w Charlottenburg, waga 532 cetnarów, wraz z elementami z żelaza kutego, cena 2150 talarów.
4. Most pieszy w Charlottenburg, waga 44 cetnary, wraz z elementami z żelaza kutego, cena 220 talarów.
1. Kładka żelazna nad kanałem w Gliwicach, waga 32 cetnarów, cena 200 talarów.
2. Latarnia w Pillau. Waga żeliwa 90 centnarów, cena wraz z elementami kutymi 486 talarów.
Wielowyznaniowość, wielojęzyczność, wielokulturowość nie była kiedyś na Śląsku przeszkodą w zgodnym współżyciu. O tym mówi ten artykuł z Schlesische Provinzialblätter rocznik 1804.
Na zdjęciu stary murowany kościół z 1804r. (B. Materne)
„Doniesienia z Górnego Śląska
Następujący fakt pokazuje, że także na Górnym Śląsku panuje godne szacunku, aktywne chrześcijaństwo wśród zwykłego człowieka i braterska jedność między członkami różnych gałęzi wyznaniowych. Kościół katolicki w Krascheowie, zbudowany w konstrukcji zrębowej z belek ręcznie ciosanych około 300 lat temu, podlegający królewskiemu urzędowi dominialnemu, stał się dla przynależnych mu miejscowości nie tylko za mały, ale groził częściowo zawaleniem.
Ze względu na małą zamożność tego kościoła i wielką biedę parafian, dekretem królewskiego urzędu dominialnego jako patrona tego kościoła zarządzono, że jedynie prezbiterium powinno zostać powiększone i masywnie z kamienia zbudowane. Społeczność zauważyła zamiar urzędu, aby oszczędzić jej wydatków. Jednakże słusznie przewidywano, że za kilka lat trzeba będzie zbudować na nowo także pozostałą, większą część kościoła, wyrażono zatem zamiar, aby ta budowa odbywała się już teraz, za jednym zamachem. To życzenie nigdy by się nie spełniło, gdyby nie interwencja szczególnego dobroczyńcy, którego nikt nie brał pod uwagę. Niewielki skądinąd cieśla Johann Halek z kolonii Creuzthal podjął się budowy zupełnie nowego kościoła przy niewielkim udziale należących do kościoła miejscowości i darmowym drewnie od patrona kościoła, czyli urzędu królewskiego w Opolu, wraz z uwzględnieniem kwoty przeznaczonej pierwotnie na rozbudowę prezbiterium.
I to, czego darczyńca się podjął z miłości do bliźnich, teraz faktycznie osiągnął, nie bez wielkich wyrzeczeń, gdyż według oceny wszystkich fachowców oprócz wkładu w postaci pracy stolarskiej, na budowę wydał ponad 200 talarów ze swojego skromnego majątku [dziś około 9400 EUR wg tabeli historycznych wartości pieniądza opracowanej przez Deutsche Bundesank]. Dzięki niestrudzonej gorliwości Halka w tej budowie, dzięki aktywnej pomocy i dobrym radom królewskiego nadleśniczego Tschampela i dzięki dobrowolnemu wsparciu społeczności ewangelików z Friedrichsgrätz [Grodziec], z której każdy gospodarz przez jeden dzień pomagał przy pracy, a cała miejscowość wykonała w sumie 25 transportów materiału, masywny murowany kościół stanął w 21 tygodni.
I tak to wszyscy razem, katolicy i luteranie wspólnie 28 października tego roku wzięli udział w nabożeństwie poświęcenia tej świątyni.”
Na zdjęciu stary murowany kościół z 1804r. (B. Materne)
Dziś razem z Gabrielą zdradzimy wam tajemnicę rodzinną.
Zaczęło się od opowieści ciotki Trautl [tłumaczenie z języka niemieckiego]: „Był to Wielki Tydzień około roku 1940, kiedy oma Anna Mross z domu Hutta usiadła w Kadłubie ze mną, swoją wnuczką i pokazała mi, jak w rodzinie maluje się od wieków kroszonki. Oma Anna przygotowała jasne jajka, wosk pszczeli, łupiny z cebuli i szpilkę nadzianą na uchwyt z drewna. Łupiny z cebuli należało moczyć co najmniej jeden dzień, zagotować i odcedzić tak zabarwioną wodę. Główkę szpilki zanurzyła w ciepłym wosku i nakreśliła nią na jajku wzór. Motyw na jajku nie był dowolny! Był nim krąg słoneczny.”
Krąg słoneczny …
…jest odwiecznym symbolem (kto wie, czy nie jeszcze pogańskim) zdrowia, wzrastania, rozwoju. Dla chrześcijan symbolizuje zmartwychwstającego Chrystusa.
Kobiety
Anna urodziła się w Komornie (powiat kędzierzyńsko-kozielski) w 1867 roku, jej matka Franziska Dressler w roku 1858 w Carolinenhof koło Biedrzychowic [powiat prudnicki]. Jej matka Marianna Bulla urodziła się w 1811 w Jakubowicach koło Grudyni Wielkiej. Matką Marianny była była Rosina Völkin [urodzona około 1780 roku], której rodzina przyszła ze śląska austriackiego, a dokładnie z miejscowości Arnsdorf [dziś Arnultovice].
Anna Hutta przyniosła wzór do Kadłuba, a jej wnuczka Trautl do Tarnowskich Gór.
Oczami wyobraźni widzę, jak ta wiedza i motyw były przekazywane z babki lub matki na córki i wnuczki, i to przez cały Śląsk.
Dzięki zdolnościom artystycznym Gabi, prawnuczki Anny Hutta, możemy dziś podziwiać, jak dokładnie wyglądał efekt takiej pracy.
Może ta metoda i ten motyw niektórym wydać się zbyt prosty i ubogi. A może warto wrócić do źródeł, do korzeni, do tego, co istotne i odrzucić niepotrzebne i zbędne.
Gabriel Leopold i Joanna Ania Mrohs
p.s. Konsultacje rodzinne ujawniły nowe informacje: w Staniszczach jajka nie były malowane woskiem, a od zawsze szkrobane. W okolicy Staniszcz wiele kobiet tworzyło takie małe dzieła sztuki. Kiedyś nawet niejaka Marcjanna Pionek z Kadłuba wygrała konkurs Cepelii na najładniejszą pisankę.
Poniżej już kolejny artykuł architekta Johannesa Reischela. Jego materiały są o tyle wartościowym źródłem, jako że miał on jeszcze dostęp do kompletnych archiwów wrocławskich przed wojną, które zawierały dokumenty źródłowe naszej historii. Niestety wojna i powodzie te archiwa mocno uszkodziły.
Dziś prezentujemy:
Friedrichsgrätz (Grodziec koło Ozimka)
Kolonizacja wiejska Fryderyka Wielkiego / Architekt Joh. Reischel.
Liczne obecne próby opanowania ogromnego bezrobocia poprzez osiedlanie na wsi nadwyżek ludności w miastach pod wieloma względami przypominają wielkie dzieło kolonizacyjne Fryderyka Wielkiego, z którym spotykamy się na każdym kroku w powiecie opolskim. Dziwimy się, że dzisiejsza kolonizacja przyniosła tak niewiele sukcesów, podczas gdy Stary Fritz w tak krótkim czasie osadził kolonie w całych opolskich lasach. Gdy jednak zajrzymy do akt archiwum miejskiego Wrocławia, wychodzi na jaw wiele trudności, z którymi mogła sobie poradzić tylko żelazna wola króla, a których rząd parlamentarny raczej nie byłby w stanie opanować. Zadziwia mnie, jak niewielkimi środkami król pokonywał wyzwania osadnicze na Śląsku, po części w czasie, gdy ziemia ta była jeszcze przedmiotem sporu [z Austrią].
Dzisiejsza działalność osadnicza różni się od fryderycjańskiej motywami. O ile dziś [1934] nie wiemy, co zrobić z dużą częścią naszej populacji i staramy się ulokować ją na równinnym terenie wiejskim, o tyle u Fryderyka Wielkiego chodziło przede wszystkim o zaludnienie opustoszałego w wyniku wojen [które sam zaczął] kraju, gdyż z 2,5 milionami poddanych, których odziedziczył po ojcu, nie dało mu się zrobić większego wrażenia na sąsiadach. Wkrótce po objęciu rządu skupił się zatem głównie na zwiększeniu niewielkiej populacji swojego kraju poprzez sprowadzanie obcokrajowców. Problem populacyjny jest lejtmotywem działań kolonizacyjnych króla. Strona ekonomiczna, czyli kultywacja i powiększanie powierzchni użytkowej kraju, była dla króla ważna, ale zeszła na drugi plan w obliczu osadnictwa.
Była zatem zrządzeniem losu dla króla pruskiego, gdy husyci i bracia czescy mieszkający na kresach austriackich zostali zmuszeni do opuszczenia ojczyzny [w wyniku ich prześladowania w Austrii]. Rozpoczęta w 1742 r. migracja husytów stworzyła podstawę dla ówczesnego nowego osadnictwa śląskiego. Pierwsi husyci przybyli ze swoim kaznodzieją w rejon Münsterberg [Ziębice] w czasie I wojny śląskiej, skąd później się rozproszyli. Duszą kolonizacji husyckiej był czeski kaznodzieja Blanisky, który niestrudzenie gromadził poprzez zbiórki niezbędne fundusze, sprowadził emigrantów i z nieustępliwą wytrwałością prowadził negocjacje z Izbą Dominialną i Wojenną [zarządzającą terenami królewskimi] we Wrocławiu.
Wraz ze swoimi wyznawcami skłaniającymi się ku doktrynie zreformowanej Blanisky osiedlił się w Hussinez [Gęsiniec] koło Strehlen [Strzelin], skąd w 1751 roku zainicjował założenie kolonii Friedrichsgrätz [dziś Grodziec]. Jak wszystkie kolonii w powiecie opolskim, Friedrichsgräß jest osadą leśną. Teren porośnięty był świerkiem i olchą i w dużej mierze podmokły. Izba wrocławska obiecała czeskiemu kaznodziei zapłatę spornej pensji w wysokości 500 talarów, jeśli uda mu się sprowadzić 60 rodzin, które leśniczy Rehdantz uznał za niezbędne do zasiedlenia się tej kolonii. Każdy kolonista miał otrzymać 1 ¼ morgi zagrody, 12 mórg pola i 3 ¼ morgi łąki. Na odwodnienie bagnistego terenu zatwierdzono kwotę 560 talarów. Wykop rowu melioracyjnego miało dać pacę tym Czechom, który już byli w okolicy. W grudniu 1751 r., jak wynika z protokołu leśniczego, przybyły 33 rodziny liczące 145 osób, które początkowo były zakwaterowane w dwóch barakach. We wrześniu następnego roku Blanisky zgłosił, że w kolonii jest 45 rodzin liczących 210 osób i 16 domów w stanie surowym. Każdy z właścicieli posesji wykarczował wtedy już 4 morgi. Były to posesje w najbardziej suchych lokalizacjach, ponieważ w dalszej części raportu wskazano, że ukończenie pozostałych posesji utrudnia woda. Koloniści, którzy musieli domy samodzielnie, otrzymali pożyczkę w wysokości 20 talarów, oprocentowaną na poziomie 3%, która miała zostać spłacona w ciągu 10 lat zwolnionych z podatku gruntowego. Po tym czasie Czesi zobowiązani byli do płacenia czynszu w wysokości 3 talarów rocznie [płatność gotówkowa zwalniająca z osobistego świadczenia pańszczyzny]. Drewno dostarczano kolonistom bezpłatnie, zgodnie z koncesją z 1752 r. Jednakże ze względu na trudności gospodarcze 10 lat zwolnionych z podatku przedłużono do 1766 r. Jak we wszystkich koloniach czeskich, koloniści nie musieli tolerować ludzi innych wyznań. Tak też te wyspy językowe, w których używa się języka czeskiego, do dziś pozostały stosunkowo nienaruszone. W listopadzie 1753 r. osiedliło się już 90 rodzin, wybudowano 48 domów, a w budowie było jeszcze 26. Projekt 60 parceli został teraz rozszerzony do 100 parceli.
Spośród 91 kolonistów, którzy przybyli do końca 1753 r., 54 było rzemieślnikami. Domy budowano metodą drewna ciosanego [fachowo zwane domami zrębowymi], powszechną na Górnym Śląsku. Dopiero w 1772 roku Fryderyk Wielki był w stanie z wielkim trudem przeforsować budowę domów o konstrukcji szachulcowej, tylko dlatego, że urzędnicy królewscy zlecali budowę gotowych domów dla kolonistów. Domy budowano szczytem do ulicy. Mieszkania, stajnie i stodoły znajdowały się pod jednym dachem krytym gontem. Późniejsze domy kolonialne otrzymały dachy kryte strzechą, co król szczególnie zalecał. Husyci w Friedrichsgrätz otrzymali także koncesję na gorzelnię i młyn. Dochód z gorzelni miał być przeznaczony na utrzymanie kościoła i szkoły. Rozwój Friedrichsgrätz znacznie ucierpiał na skutek sporów pomiędzy Blaniskym a zwolennikiem pietyzmu i kaznodzieją Pinzgerem w Münsterberg, który zarzucał Blanisky’emu sprowadzenie do Friedrichsgrätz Czechów mieszkających już na Śląsku. Udało mu się jednak udowodnić, że ma 64 nowych kolonistów, aby zdobyć zaległe 500 talarów. 13 rodzin, które skłaniały się ku pietyzmowi braci czeskich również wywołało wiele niepokojów w kolonii i zostało później deportowanych.
Zbiórka na kościół, na którą Blanisky w 1754 r. otrzymał zgodę, przyniosła 1350 talarów. Sumę tę zbierał głównie w Berlinie, Magdeburgu i Halle. Następnie naciskano na izbę we Wrocławiu. Mieszkańcy Friedrichsgrätz uważali, że 500 talarów wystarczy na budowę kościoła, a pozostałe pieniądze chcieli przeznaczyć na budowę kolonii. Ale izba pozostała nieustępliwa, a pieniądze pozostały zdeponowane w krajowym funduszu rentowym na budowę kościoła. Ostatecznie rozpoczęto budowę kościoła w roku 1767. Kosztorys kościoła w technologii szachulcowej wynosił 1166 talarów. Kościół byłby tańszy o 134 talary, gdyby był wykonany w konstrukcji zrębowej, ale izba zdecydowanie odrzuciła tą opcję.
Fundusze ze w między czasie zdewaluowały się do 1000 talarów. Realizacja budynku kościoła również napotkała trudności. Z raportu inspektora budowlanego Pohlmanna, który wykonał projekt, żaden mistrz stolarski nie chciał przyjąć zamówienia. Trzeba było ściągnąć robotników, których w innych warunkach pogoniono by z budowy. Wreszcie leśniczy Templer, który później odegrał znaczną rolę w budowaniu kolonii wokół Malapane [Ozimek], musiał przejąć wykonanie budowy. Wszelkie wysiłki, aby zaciągnąć kolonistów do pomocy przy budowie kościoła, co znacznie obniżyłoby koszty budowy, nie powiodły się. W listopadzie 1767 roku ukończono stan surowy kościoła z wyjątkiem wymurowania konstrukcji szachulcowej. Plan starego kościoła przedstawia, jak widać na rysunku projektowym, dom modlitwy o powierzchni około 225 m2 z emporą, ale bez wieży. Budowla była bardzo prosta, ale estetyczna w obrysie, a w każdym razie znacznie lepiej dopasowana w jego otoczenie niż natrętna ceglana skorupa, którą uszczęśliwiono nas na siłę pod koniec ubiegłego wieku i która równie dobrze mogłaby znajdować się na przedmieściach Wrocławia.
Jeszcze paskudniejszym rozdziałem w historii rozwoju Friedrichsgrätz była budowa plebanii, na którą przeznaczono budżet 163 talarów. Umowa na budowę została zawarta w 1754 roku z mistrzem murarskim Petersem w Opolu. Stan surowy został wkrótce ukończony, ale na tym etapie stał nadal, gdy 13 lat później rozpoczynano budowę kościoła, z powodu błędu formalnego w umowie o budowę. Wykonanie konstrukcji szachulcowej było zarówno ujęte w planie mistrza murarskiego, jak i powierzone kolonistom do jego realizacji. Każdy zrzucał pracę na drugiego. Izba była bezsilna ze względu na niejednoznaczność umowy. Ostatecznie koloniści chcieli kleić, a nie wyposażać. Wtedy zamierzano dokończyć plebanię wraz z budową kościoła. Ale do ukończenia budowy minęły jeszcze lata. W 1767 r. wybudowano także szkołę, na którą przeznaczono 235 talarów. Plan przedstawia większą salę lekcyjną na lato i znacznie mniejszą na zimę, kiedy do szkoły przychodzi niewiele dzieci. Inspektor budowlany Pohlmann był szczególnie dumny z tego wynalazku.
Okres wojny miał raczej niekorzystny wpływ na kolonię. Według opisu Radcy Wojennego i Dominialnego von Arnima z lipca 1758 roku warunki musiały być dość nieprzyjemne. Starsi wioski byli dowolnie powoływani i odwoływani. Wioska ma długość 1/4 mili i jest trudna w zarządzaniu. Kaznodzieja nie mówił po niemiecku. Niektórzy koloniści zajęli dwie a nawet trzy parcele, ale zbudowali tylko jedną. Zaliczki na parcele były już dawno pobrane, a domu jeszcze nie zbudowano. Nikt nie czyścił wiejskiego rowu, a konsekwencje dla okolicy były nieuniknione: jedna strona wioski była tak bagnista i porośnięta grubym lasem, tak więc koloniści wkrótce przerwali rozpoczęte karczowanie. Wielu kolonistów zniknęło w czasie wojny wraz z dobytkiem, ponieważ ziemia była „niepoprawna”. W 1766 r. pozostało tam tylko 79 ze 100 kolonistów. Zbudowano 83 domy, ale tylko 72 były zamieszkane. Pozostałych 11 było pustych. Korzystano z 90 parceli, ale tylko cztery zostały całkowicie wykarczowane. Mieszkańcy Friedrichsgrätz domagali się zmniejszenia liczby parceli do 50, aby każdy kolonista miał dwie parcele. Izba była jednak zdania, że koloniści będący rzemieślnikami, z trudem radzili sobie z jedną parcelą. Bardzo powoli następowało uzupełnienie liczby kolonistów.
W 1767 r. izba zagroziła zastąpieniem brakujących 17 kolonistów katolikami. Gdyby izba sama zdecydowała się wykarczować trudny teren, kolonia rozwinęłaby się znacznie szybciej. Aby więc nie dopuścić do całkowitego upadku kolonii, w 1767 r. nakazano leśniczemu wykarczować obszar pod łąki. Dopiero około 1770 roku udało się zwiększyć powierzchnię użytkową Friedrichsgrätz do nieco ponad 2300 mórg, tak aby każdy kolonista miał około 23 mórg. W późniejszych czasach rozwój oddalonej o godzinę drogi Malapaner Hütte [huta Małapanew] przyniósł lepsze możliwości gospodarcze, tak że w 1841 roku miejscowość liczyła już 162 domy i 1117 mieszkańców, a w 1925 roku liczba ta wzrosła do ponad 1800. Ponieważ rów melioracyjny przebiega przez środek długiej wiejskiej ulicy, ulica musiała zostać poszerzona, tak aby przeciwległe domy były oddalone od siebie o ponad 50 metrów. Przestronną ulicę ocieniają cztery rzędy drzew. Okazało się, że do prowadzenia browaru zgłosił się jedynie Żyd, który był skłonny płacić czynsz w wysokości 100 talarów rocznie. Inny kandydat chciał mieć zapewnione naczynia do warzenia. Gdy w 1769 r. majątek tego Żyda miał być zastawiony z pomocą wojskową, broniła go cała wieś.
Większość osad husyckich została zmuszona do założenia dodatkowych kolonii już po kilku latach z powodu dalszej imigracji. Ze względu na trudności gospodarcze Friedrichsgrätz filia taka powstała w dopiero w 1832 roku. W powiecie Groß-Strehlitz potomkowie założyli kolonię Petersgrätz, składającą się z 60 działek o powierzchni 20 mórg każda.
Tłumaczenie Joanna Ania Mrohs
Materiały Kocham Opole i Opolskie i Mariusz Halupczok
Udajemy się w podróż do zamierzchłych czasów parafii Szczedrzyk, w roku 1779.
Proboszcz Mathias Badura, pisze desperacki list do biskupa (z zasobu archiwum diecezjalnego we Wrocławiu).
Ma 3000 mieszkających po lasach parafian, na obszarze rozległym na 25km. A jemu każą robić kazania po niemiecku dla 14 hutników.
„Szlachetnie i Dostojnie Urodzony Biskupie Łaskawy Władający Panie, Ekscelencjo Wysoko Urodzony i nam łaskawie panujący Panie!
Dnia 16 i 22 tego miesiąca Wikariat łaskawie mi polecił, że na prośbę Królewskiej Kamery Dominialnej i Wojennej mam katolickim robotnikom hutniczym w zakładzie w Malapane i Jedlicach, którzy nie znają języka polskiego, dla ich pociechy duchowej i korzyści co najmniej co 4 tygodnie a także w święta w Szczedrzyku wygłaszać kazanie w języku niemieckim [erbauliche rede in teüscher Sprache], a to za honorarium zaproponowane przez radcę departamentu Królewskiej Kamery Dominialnej i Wojennej Pana Szlachetnie Urodzonego Blümicke, ale chyba jako żart a nie na poważnie, a to za każde kazanie po jednym florenie, mam także wykazywać się większym zaangażowaniem dla powierzonej mi parafii.
Ale jako że w Malapane nie ma osób, które nie znają niemieckiego, a w Jedlicach jest ich tylko 12, wydaje mi się, że te 12 potrafi czytać po niemiecku, a w niedziele i święta z ambony czytana jest niemiecka ewangelia. Zaobserwowałem też, że nawet katoliccy pracownicy królewskiej huty w Malapane muszą kwartalnie składać się na ewangelickiego pastora.
Te niemieckie kazania nie przyniosą tym 12 osobnikom żadnych korzyści, jako że nie wszyscy pojawiają się w kościele, a dla mnie jako proboszczowi tylko będą niepotrzebnym obciążeniem.
Co jednak wymaga natychmiastowego działania, to to, że w tutejszej parafii powstało sześć królewskich kolonii: Carmerau, Münchausen, Creutzthal, Tempelhof, Hüttendorff, Fridrichs-Grätz, z czego większość jest katolikami, ponad 500 komunikantów, z czego 200 nie zna języka polskiego i nie potrafi czytać. Niektóre te kolonie są od parafii Szczedrzyk oddalone o dwie mile (ok. 5km), cierpią taką biedą, że nie stać ich na ubrania zimowe i nie mogą przybyć do tak bardzo oddalonego kościoła. A co z tym związane: pozbawieni są Słowa Bożego. Należało by wprowadzić porządne nabożeństwo z niemieckim kazaniem nie w Szczedrzyku a w kościele filialnym w Krasiejowie, gdzie ci ludzie mają najbliżej. Tamże też nie przybędą hutnicy z Jedlic i Malapane, aby wysłuchać niemieckiego kazania.
Wymagać to będzie jednakże posługi dwóch księży, jeden dla starych parafian w Szczedrzyku, a drugi w Krasiejowie, aby te 2500 dusz, których taki mały kościółek wiejski nigdy nie zmieści, nie będą pozbawieni mszy świętej w niedziele i święta.
Z tego powodu już od 1776 roku wnioskowałem u Królewskiej Kamery Dominialnej i Wojskowej, w związku z podlegającym mi obszarem o wielkości 10 mil [ok. 25km], z 2500 komunikantami i w sumie 3000 duszami, by sobie wyobraziła, że to ponad siły dla zwykłego księdza, przy codziennym objeżdżaniu chorych, oraz aby przydzielono mi wynagrodzenie dla księdza, gdyż dochody parafialne na to nie wystarczają, a to w wysokości co najmniej 100 talarów.
Wspomnieć należy, że powołani przy zakładach królewskich protestanccy duchowni, którym podlega znacząco mniej kolonistów, jeden ewangelicki do Malapane i jeden reformowany w Friedrichsgrätz od Królewskiej Kamery otrzymują wynagrodzenie w wysokości 600 talarów wraz z dodatkowymi świadczeniami. Z tego powodu mam nadzieję, że przy tak dużej ilości kolonii, uda mi się wybłagać co najmniej wynagrodzenie dla kapelana.
Podlega mi 8 starych wiosek, sześć nowych kolonii, trzy huty, często w głębokich lasach, odwiedzane przeze mnie pod groźbą utraty życia, dzień i noc, aby wesprzeć biednych ludzi.
Szczedrzyk, dnia 28 sierpnia 1779. Mathias Badura”
Dziś wrócimy jeszcze raz do tematu kolonii Krzyżowa Dolina / Kreuzthal.
Trafiły w moje ręce kolejne ciekawe dokumenty z opolskiego archiwum. Jest to dokument nadania własności parceli kolonisty dla Mathesa Kokotha, dotychczas kowala z Dańca. A jeszcze w roku 1770 kowal kolonista w Hüttendorf, co potwierdza wpis w księdze kościelnej.
Potwierdza się informacja z innych publikacji, że koloniści tej kolonii akurat pochodzili z najbliższej okolicy.
Poniżej warunki, na jakich kolonista dostawał działkę.
***
Kopia listu nadania majątku dziedzicznego w nowej kolonii Creutzthal na terenie podlegającym administracji Królewskiego Urzędu w Opolu, założonej w ostoi leśnej nazywanej Przibawke, a której nadano nazwę Creutzthal, oraz nadania prawa do jej uprawy, a to Mathesowi Kokoth, dotychczas kowalowi w miejscowości Daniec.
Dla parceli pod numerem 1.
Mathesowi Kokoth przyznane zostają na podstawie rysunku inżynierskiego wioski, pól, łąk i przylegających lasów:
1. 18 mórg magdeburskich ziemi do wykarczowania po 180 kwadratowych prętów pruskich
6 mórg ziemi do wykarczowania pod łąki, 100 prętów kwadratowych pod dom i zagrodę.
A to na własność dziedziczną, którą może zabudowywać, posiadać, użytkować i sprzedać za zgodą Urzędu Królewskiego w Opolu.
2. Jako że cała kolonia ma prawo do wypasu bydła w okolicznym lesie, tak też Mathes Kokoth, bezpłatnie, a to maksymalnie 6 sztuk bydła i 10 sztuk owiec, a jeżeli wypasać będzie chciał więcej, zapłaci od tego opłatę
3. do budowy domu, obory i szopy, Mathes Kokoth otrzyma drewno budowlane, deski, belki, progi, itd. nieodpłatnie z królewskiego lasu
Dodatkowo dostanie:
4. na zapłatę kosztów budowy, czyli transportu materiału, robocizny cieśli na wszystkie budynki w gotówce 30 talarów, bez zobowiązania zwrotu tej kwoty
5. poza 30 talarami, zaliczkowo 10 talarów na budowę murowanego komina, oraz 16 talarów na zakup 2 wołów pociągowych, w sumie 26 talarów
Kwoty tej nie musi zwracać między świętem trójcy 1771 a 1774, aby w tym czasie mógł swoją działkę wykarczować. Od święta Trójcy 1774 do 1775 będzie ale płacił rocznie 2 talary do Urzędu Królewskiego w Opolu, i tak płatność kontynuował, aż spłaci 26 talarów.
6. Mathes Kokoth i wszyscy po nim następujący właściciele mają prawo do nieodpłatnego zbierania leżaniny [drzewo leżące na ziemi] do opalania pieca aż do wykorzystania asygnaty zwykłej a za asygnatę zapłacą 2 grosze 3 fenigi.
t. Za każdą morgę pola i łąki Mathes Kokoth zapłaci po upływie lat zwolnionych co roku 3 grosze podatku gruntowego
18 mórg pola 2 talary 6 groszy
6 mórg łąki 18 groszy
W sumie 3 talary
Płatna będzie także opłata opałowa [Brandzins] kwartalnie na koniec sierpnia, listopada, lutego i maja do Urzędu Królewskiego w Opolu na zamku.
Mathes Kokoth musi w okresie lat zwolnionych z podatku 1771-1779 wykarczować przydzieloną mu działkę, następnie płacił będzie 3 talary podatku gruntowego od roku 1779/1780.
Z wyjątkiem powyższych podatków, Mathes Kokoth i następujący po nim właściciele parceli są zwolnieni z zapłaty podatków ogólnokrajowych, podatków od działalności od parceli kolonijnej, ale nie od wykonywanego rzemiosła, o ile wykonują, z furażu, wypasu koni wojskowych.
On i następujący po nim właściciele parceli kolonisty zwolnieni będą z nieodpłatnej służby na rzecz Urzędu Królewskiego oraz z pańszczyzny.
Jego dzieci urodzone w kolonii i dzieci następujących właścicieli będą także zwolnione z nieodpłatnej służby na rzecz Urzędu Królewskiego, i wbrew ich woli nie będą mogły być do takiej służby zmuszone.
Zobowiązany jednak będzie podczas trwania 8 lat zwolnionych z podatków do nieodpłatnego wyrębu 9 klaftrów drewna twardego rocznie na rzecz nadleśnictwa Krasiejów.
Poprzez budowę kolonii Mathes Kokoth, jego żona i spłodzone w kolonii dzieci są zwolnione z poddaństwa. Ma on też prawo po zbudowaniu zagrody i wykarczowaniu ziemi, parcelę sprzedać i udać się w inne miejsce na Śląsku.
Jeżeli będzie chciał sprzedać posesję, zapłaci jednak należny podatek od sprzedaży (oprócz sprzedaży swoim dzieciom, rodzeństwu lub innym urodzonym na posesji).
Piwo i wódkę kolonia i jej mieszkańcy muszą kupować wyłącznie z browaru i gorzelni w Dębskiej kuźni, pod rygorem kary i konfiskaty.
Podpisano 7 maja 1776 na Zamku w Opolu.
***
Mapa z 1830 roku z wydzielonymi dla kolonistów pastwiskami leśnymi do wypasu bydła. Może znajdziecie gdzieś tam nazwisko swojego przodka?