Dnia 20. marca mija rocznica plebiscytu na Śląsku. Z tej okazji prezentujemy zapisy dotyczące tamtych wydarzeń w kadłubskiej kronice szkolnej.
Pełna treść kroniki w języku niemieckim i polskim znajduje się w publikacji: Parafia i szkoła w Kadłubie : kronika katolickiej szkoły w Kadłubie, autor ks. Franciszek Wolnik
Kronika szkoły w Kadłubie została uratowana w 1945 roku przez Josepha Miensoka przypadkiem, ze sterty niemieckich książek palonych przed szkołą przez nowo przybyłą administrację polską. Przechowywana była w tajemnicy przez lata przez rodzinę Miensok. Została przepisana i przetłumaczona przez Pana Henryka Grinera.
Wpis w kronice w latach 1920 / 1921 dokonywał nauczyciel Meyer
Rok szkolny 1920/21
Zgodnie z zarządzeniem z początkiem roku szkolnego wprowadzono do planu naukę języka polskiego i religii w tym języku.
Zajęcia prowadził nauczyciel Karhan. Pomimo, iż z ambony wszystkimi środkami, a nawet przymusem, zachęcano do brania udziału w tych lekcjach, tylko 19% dzieci uczestniczyło w lekcjach religii, a 8% w nauce języka polskiego. Z 48 dzieci pierwszokomunijnych tylko 3 brało udział w przygotowaniu do tego sakramentu prowadzonym w języku polskim. Liczba uczniów w szkole ciągle maleje. Teraz, kiedy przezwyciężono już trudności żywnościowe w miastach i Okręgu Przemysłowym, wracają do siebie wszyscy ci, którzy w czasie wojny przybyli do nas. Do szkoły przyjęto 27 dzieci, a 11 zwolniono przedwcześnie. Należy jednak stwierdzić, że wyniki nauczania obecnie zwalnianych ze szkoły są znacznie gorsze niż u dzieci kończących szkołę przed wojną. Stało się tak dlatego, że w czasie wojny dzieci wykonywały najróżniejsze prace, między innymi przeprowadzały różne zbiorki, skracano im zajęcia szkolne, tak, że nie zdążono osiągnąć pożądanych wyników. Te niedociągnięcia ujawniły się w czasie ostatniego poboru do wojska i agitacji za Polską. W kuszący sposób zarzucono przynętę przynoszącą zgubę naszej Ojczyźnie. Zupełnie swobodnie i zgodnie z prawem. Brak szacunku do cesarza i administracji państwowej. Do tego doszła walka plebiscytowa, okrutna walka między niemiecko- i polskojęzycznymi Górnoślązakami. Wskutek tego ucierpiała również szkoła. Dotychczas szkoła była traktowana, przynajmniej przez lud wiejski, jako świętość, jako córka Kościoła, a nauczycieli traktowano jako przywódców naszej społeczności, prowadzących ją ku dającym szczęście ziemskim i duchowym celom. Szkoła znajdowała w tej pracy skuteczne wsparcie w duchowieństwie. Niedawno zmarły proboszcz ks. Paweł Conrad nie przeoczył żadnej okazji by wyróżnić szkołę i jej nauczycieli. Obcy nam, przekupieni podżegacze uznali naszą szkołę za placówkę tresury germańskiej, w której nauczyciele są hakatystami pragnącymi wytępić język polski. Na polskim zebraniu główny nauczyciel poprosił mówcę, aby przedstawił chociaż jeden dowód na te zarzuty – milczenie było odpowiedzią. Również taki sam skutek przyniosło to pytanie zadane wszystkim zebranym.
Sięgnięto więc po inne metody. Niektórych ludzi kupiono dla Polski, przekonano miejscowego duchownego. „Polski powiatowy inspektor szkolny” Kulig namawiał po domach, by składać oskarżenia przeciwko głównemu nauczycielowi. Kulig obiecywał, że na nowym, polskim Górnym Śląsku wszyscy nauczyciele, którzy nie znają języka polskiego powinni być przeniesieni do dużych miast. Miejscowy duchowny, który 8 dni wcześniej w pierwszej klasie wypowiedział swe pełne uznanie dla osiągnięć szkoły w wychowaniu religijnym i w nauczaniu, wypowiedział swoje zdanie na temat niemieckiej szkoły w gospodzie. Wziął on udział w pochodzie polskich sokolistów, ubrany w ornat.
3 maja 1920, pochód przez Osiek, zorganizowany przez Alojzego Szulca (niesie sztandar). Zdjęcie pochodzi z książki: Ryszard Kaczmarek „Powstania Śląskie – Nieznana wojna polsko-niemiecka”
Na próżno zwracało się do niego 21 nauczycieli naszej parafii, by zwrócić uwagę na fakt, że przy tej jego postawie wykluczona jest współpraca ze szkolą. Mieliśmy ten „zaszczyt” zobaczyć w naszej gospodzie naszego duchownego wśród brzęczących kieliszków, który wygłaszał nowe nauki. Ale na zebrania organizowane w szkole, mające na celu zbudowanie kościoła nikt z nich nie przychodził. W ten sposób poddawany był naciskom i wpływom prostoduszny nasz lud, a jako ostatni argument używana była „Matka Boska Częstochowska” grożąca swą klątwą [jeżeli ktoś zagłosuje za Niemcami]. Bał się nasz lud przyznawać do kontaktów ze szkołą. Łatwo można było być podejrzanym, że jest się Niemcem. A co to znaczy u Polaków okazało się 6 lipca. Trzystu Polaków przybyło w świątecznym pochodzie, dowiadując się, kto jest Niemcem. W szkole pobili do nieprzytomności pana Mrohsa [Thomasa Mrohsa, właściciela gospody], a kupca Meyera zabili. Mrohs kandydował z ramienia Partii Niemieckiej do nowo wybranego zarządu gminy. Partia Niemiecka obsadziła w nim 10 miejsc, a Polacy 5. Zebrania gminne, które z reguły kończyły się bójkami, dają obraz obecnej sytuacji politycznej. Związek miłości i zaufania pomiędzy niemiecko- i polskojęzycznymi obywatelami, pomiędzy gminą i szkolą, który utrzymywany był uczciwie od pradawnych czasów, niszczono. Szkoła stała się placem boju i dzikiej walki narodowościowej, zamiast pielęgnować miłość do Boga, do Ojczyzny, do własnego kraju, do niemieckich zwyczajów i niemieckiej kultury, dzięki której kraj mógł się rozwijać. Ta szkoła nigdy nie była miejscem, gdzie uczono nienawiści.
Nie chcę tu opisywać, jakie zniesławiające nas pozwy kierowane były do inspektora powiatowego i innych urzędów. Nie udały się jednak manipulacje przeciwko nauczycielom. Również bezskutecznie poszukiwania broni w szkole nie dały podstaw do zastosowania restrykcji wobec nauczycieli. Najważniejszą jednak rzeczą były próby zdyskredytowania w oczach mieszkańców miejscowości naszych przywódców.
Na jeden dzień przed głosowaniem plebiscytowym zastosowano ostatni środek. Celem „oświecenia” zarządzona została powszechna spowiedź. Poprzez niegodne wykorzystanie władzy duchownej obowiązkiem religijnym stało się głosowanie za Polską. Głosowanie odbyło się 20 marca 1921 roku. 547 osób głosowało w naszej miejscowości (330 osób za Polską, 273 za Niemcami). W porównaniu z sąsiednimi miejscowościami jest to wynik stosunkowo dobry. W powiecie Strzelce Wielkie uzyskaliśmy wynik 49% za Niemcami, a na całym Górnym Śląsku 60%. Chwała niech będzie naszej Ojczyźnie, która po przeżyciu trwogi i ciężkich dni wraca w ramiona matki Germanii.
Rok szkolny 1921/22
Bezpośrednio po plebiscycie nie wszyscy chcieli podać sobie pojednawczo rękę by zapoczątkować pokój. Od 2 maja Kadłub odcięty był od świata. Wszystkie sąsiednie wioski zajęte były przez powstańców, również i miasto Strzelce Wielkie. Był jeszcze czas by uciec – wiedzieliśmy, że jako osoby przewodzące innym jesteśmy na listach osób do zlikwidowania – często nam o tym mówiono. Ale przecież w czasie wojny było podobnie. W Kadlubie zorganizowano dzielną straż obywatelską, która czuwała każdej nocy. Jeszcze w piątym dniu powstania, nowy zarząd szkoły i gminy, który na polecenie proboszcza zaprezentował się głównemu nauczycielowi, został wyproszony za drzwi. Dopiero w momencie gdy uznaliśmy naszą walkę za bezsensowną złożyliśmy broń w ukrycie. Już następnego dnia przybył do mnie w czasie zajęć uczeń Kowalski, wychowanek polskiego przywódcy z wiadomością, że przybyli Polacy by mnie aresztować. Pożegnałem się z moją rodziną i poszedłem do lasu w ukrycie. Po drodze spotkałem uzbrojonych powstańców w rogatywkach, pytających o moje mieszkanie. W lesie ukrywało się nas wielu wiernych ojczyźnie mężczyzn. Jak horda wdarli się powstańcy do szkoły. Nauczyciel Karhan był w tym dniu u swoich teściów. Nauczyciel Hübner został wyciągnięty ze swego ukrycia – grożono mu rozstrzelaniem. Podobnie postąpiono z moją żoną i 2-letnim synem Hellmuthem. Postawiono ich wszystkich pod ścianą, mieli zdradzić miejsce mojego ukrycia i magazyn broni. Wieczorem zebraliśmy się w nadleśnictwie i postanowiliśmy próbować uciekać następnego dnia. Wkrótce po wyjściu zaskoczył nas ogień z karabinów maszynowych. W ogniu tym przebiegliśmy do oddalonego o dwa kilometry lasu. Na szczęście powstańcy byli złymi strzelcami. Również w lesie byliśmy często ostrzeliwani. Pojedynczo i grupkami przedarliśmy się do Ozimka. W moim mieszkaniu powybijano okna, zerwano podłogi, zbito obrazy. Książki i pisma podarto, wszystko zabrudzono ludzkim kałem. Tylko większe meble pozostały, ich odtransportowanie zaplanowano na później, przeszkodził temu Selbstschutz. Nauczyciele prowadzili teraz życie uciekinierów, tułaczy. Pomimo obietnic pozostawiono ich własnemu losowi. Nie lepiej działo się niemieckim gospodarzom. W dniu 21 sierpnia nauczyciele powrócili do szkoły i rozpoczęły się zajęcia. Szkoła była spustoszona, rząd nie ma pieniędzy. Rodziny zmuszone były nocować u sąsiadów. Panowała czerwonka. Wszystkie moje dzieci zaraziły się a nasz ukochany, chorujący od powstania Hellmuth doznał ataku serca, a 14 dni później strzelano zamiast do mnie do mojego najstarszego syna. Kto może żądać ode mnie bym żył wśród takich ludzi, przez których tyle lat bylem uwielbiany. Nie mogę już patrzeć na to, jak Polakom uchodzi każdy nikczemny czyn bezkarnie, a Niemcy pozostają całkowicie bezbronni. Nawet dzisiaj, po przydzieleniu Kadłuba do Niemiec, czują się Polacy i ich proboszcz jakby kontrolowali sytuację. Na moje życzenie zostałem przeniesiony z dniem 8 lipca 1921 roku do Gliwic. Stanowisko głównego nauczyciela pozostało nieobsadzone do 1 lipca 1922 roku. Nauczyciel – uciekinier Thomas Pannek, urodzony w Rozmierzy, który ukończył seminarium nauczycielskie w Pyskowicach w latach 1905-1908, przybył w zastępstwie i przejął klasę wyższą. Dnia 1 lipca 1922 roku stanowisko głównego nauczyciela objął nauczyciel Hermann Teich z miejscowości Łęg, powiat Racibórz.
Część 3 artykułu o koloniach Fryderyka na Śląsku – weryfikacja tezy o germanizacji …
„Z punktu widzenia niemczyzny należy uznać za błąd, że król przywiązywał tak małą wagę do budowy kościołów. Wniosek kolonistów z Plümkenau (Radomierowice) o budowę domu modlitwy został odrzucony w 1775 roku, a dopiero w 1778 — za panowania następcy Fryderyka — rozpoczęto budowę kościoła.
W tym rejonie niemczyzna utrzymała się aż do naszych czasów. Natomiast wsie otoczone przez polską ludność, oddalone od siebie, utraciły szybko swój niemiecki charakter — jak Carmerau (Spórok) i Kupferberg (Miedziana).”
***
Sąsiedzkie protesty i konflikty o pastwiska
O realizacji tzw. kolonii królewskich jesteśmy dość dobrze poinformowani dzięki specjalnym aktom z archiwum państwowego we Wrocławiu dotyczącym zakładania nowych wsi w departamentach wrocławskim i głogowskim. W przypadku osad prywatnych źródła są znacznie skromniejsze. [akta wspominane przez Reischela obecnie nie znajdują się już w archiwum. Prawdopodobnie zostały zniszczone podczas wojny, lub powodzi 1997 – Joanna Mrohs].
Akta te zazwyczaj rozpoczynają się od protestów ze strony sąsiednich wsi, które czuły się poszkodowane w swoich prawach do wypasu bydła — ponieważ pola kolonistów zakładano najczęściej na terenach leśnych, które wcześniej służyły chłopom jako pastwiska.
Gdy nie dało się już uniknąć niechcianego sąsiedztwa, chłopi próbowali przynajmniej wywalczyć obniżkę czynszu. W jednej z opinii w tej sprawie naczelny leśniczy Süßenbach wyraził pogląd, że w całych lasach opolskich nie było już ani jednej morgi ziemi, co do której jakaś gmina nie zgłosiła roszczeń o prawo do wypasu bydła — co czyniło zakładanie nowych osad praktycznie niemożliwym.
W sporze dotyczącym zakładania kolonii w Gräfenort (Grotowice) administrująca majątkiem państwowym izba dominialna orzekła, że prawo do wypasu (tzw. Hutung) było co najwyżej przywilejem nadanym przez państwo, ale nie stanowiło prawnie zagwarantowanego tytułu.
Nic dziwnego, że już z tego powodu miejscowi chłopi i koloniści żyli ze sobą w napiętych stosunkach.
Troska o kolonistów i interwencje lokalnych leśniczych
Budowa kolonii podlegała leśniczym danych rewirów, na których terenie były zakładane. Trzeba przyznać, że leśniczy nie tylko wzorowo prowadzili budowę nowych wsi — o ile było to możliwe — lecz także troszczyli się o dobro powierzonych im kolonistów — co potwierdzają liczne pisma do izby dominialnej we Wrocławiu.
Leśniczy Templer pisał w sprawie kolonistów z Carmerau (Spórok): „Nie dostarczono im jeszcze żadnych krów. Proszę, by im je zapewnić, ponieważ to biedni ludzie, którzy nie mają nic.”
Jego prośba była wręcz wzruszająca, gdy apelował: „Proszę, by przyznano im coś do życia, ponieważ obecnie panuje wielka bieda.”
Z drugiej strony izba dominialna darzyła swoich leśniczych pełnym zaufaniem, co wyraźnie widać w jej korespondencji. Na końcu zlecenia na budowę kolonii Carmerau (Spórok) znajduje się zdanie: „Izba darzy Buricha zaufaniem, że zajmie się tą ważną sprawą z pełnym wyrafinowaniem i pośpiechem, i doprowadzi ją do całkowitego zadowolenia Królewskiej Izby; jeśli będzie potrzebował pieniędzy, ma się zgłosić, by natychmiast je otrzymać.”
Zlecenia dotyczące budowy kolonii były zazwyczaj przekazywane leśniczym w połowie stycznia. Pismo zlecenia budowy Carmerau (Spórok – na początku należał cały do powiatu opolskiego, ale jak nazwa wskazuje, toczył się spór o granicę z hrabią Colonna, właścicielem Strzelec) z 18 stycznia 1773 roku daje wgląd w sposób organizacji kolonizacji:
„Jego Królewska Mość najłaskawiej nakazał, by w tym roku w rewirze Krasiejów powstała nowa wieś. Ważne jest przy tym, by wybrano odpowiednie miejsce pod wieś, możliwie centralnie, a następnie dokonano podziału na pola i łąki. Zadanie to powierzono łowczemu Hellerowi, któremu leśniczy Templer ma wskazać teren. Podział miejsca pod wieś ma zostać przeprowadzony wspólnie przez leśniczego Templera, łowczego Hellera i administratora Senftlebena (eksperta rolniczego). Gdy tylko Heller zakończy pomiary, Templer ma niezwłocznie zająć się oczyszczeniem terenu (wycinką drzew), wykorzystując wycięte drewno do budowy. Brakujące drewno należy wyciąć w odpowiednim czasie. Templer ma postarać się o cieślę, który podejmie się budowy domów, ale nie wolno mu było zawierać umów bez zgody izby dominialnej. Gdy tylko pozwolą na to warunki pogodowe, należy zadbać o przygotowanie cegieł — glina ma być pozyskana w pobliżu. Do budowy murowanych kominów najlepiej znaleźć odpowiedniego wykonawcę. Najważniejszym warunkiem jest, by domy były gotowe na początek sierpnia.”
Budowa kolonii Münchhausen (Mnichus) i postępy w Carmerau (Spórok)
Domy zostały ukończone w wyznaczonym terminie. 22 lutego leśniczy poinformował, że łowczy Heller zakończył pomiary placu budowy i przesłał do izby dominialnej dwa kosztorysy: jeden na budowę szkieletową za 109 talarów, drugi na budowę z drewna ciosanego za 94 talary.
Zaledwie pięć dni później polecono kasie skarbowej przekazać leśniczemu Templerowi zaliczkę w wysokości 1000 talarów — przesyłką pocztową, za pokwitowaniem.
4 marca leśniczy zgłosił trudności z sąsiednimi miejscowościami w kwestii lokalizacji i zaproponował nowe miejsce pod kolonię. Izba dominialna odpowiedziała krótko i stanowczo po kilku dniach: „Niech Templer nie da się w żaden sposób odwieść od realizacji tego przedsięwzięcia — jego zadaniem jest doprowadzić go do pełnego ukończenia na początek sierpnia.”
Na nowo zaproponowanym terenie izba domen założyła jeszcze w tym samym roku kolonię Münchhausen (Mnichus) z 20 gospodarstwami.
W zleceniu budowy kolonii z 22 marca polecono Hellerowi: „Udać się natychmiast do Krasiejowa bez najmniejszej zwłoki i tam wskazać sobie teren.”
15 marca przybyło siedem pierwszych rodzin do Carmerau (Spórok), i przekazano im narzędzia do karczowania. Tego samego dnia zawarto umowy z czterema mistrzami ciesielskimi na budowę pięciu domów — każdy po 42 talary.
Umowa obejmowała: ścinkę drewna, obróbkę i wykonanie konstrukcji, łupanie i obróbkę łat dachowych, krycie gontem, wykonanie drzwi i schodów, podłogę strychu, deskowany sufit, podłogi w izbie i komorze z heblowanych desek, wyłożenie stajni heblowanymi belkami oraz wykonanie żłobu.
Z tego wynika, że używano świeżo ściętego drewna — co było możliwe dzięki dużym zasobom silnego drewna i montowaniu grubych belek na krzyż. Drewno konstrukcji kratownicowej miało szerokość 22–26 cm, belki ścian zewnętrznych około 30 cm wysokości.
Murarz otrzymywał 25 talarów za dom — za formowanie i wypalanie cegieł, budowę komina i ścian ogniowych, wypełnienie i obrobienie ścian kratownicowych oraz bielenie ścian wewnątrz i na zewnątrz.
Stosunkowo wysokie były koszty prac kowalskich — 10 talarów, z czego same gwoździe do gontów i desek kosztowały 5 talarów.
Szklarz otrzymywał 2½ talara za trzy okna pokojowe (ok. 70×85 cm) i jedno małe okienko. Garncarz za piec glazurowany wraz z montażem — 2 talary.
Co ciekawe, drobne prace wykonywali rzemieślnicy z pobliskiej husyckiej kolonii Friedrichsgärtz.
W wiosce z 20 gospodarstwami zbudowano 4 studnie z żurawiem — każda za 5 talarów.
W Neuwedel (Święciny) prace związane z bieleniem i obiciem ścian szkieletowych wykonywał cieśla, który za cały dom otrzymywał 54 talary.
Problemy z pozyskaniem słomy na dachy i żyd z Kadłuba
Szczególne trudności sprawiło zdobycie słomy do krycia dachów. 12 kwietnia leśniczy Templer poinformował, że przez trzy dni wysyłał dwóch ludzi w poszukiwaniu słomy i trzciny — bez skutku. Jedynie pewien Żyd z Kadłuba był gotów podjąć się dostawy, ale zażądał 200 talarów zaliczki. Dla izby dominialnej we Wrocławiu było to jednak za dużo i odmówiła.
W roku 1773 panował niedobór słomy, a koszt pokrycia dachu o powierzchni ok. 140 m² wynosił około 28 talarów. Dlatego w tym roku często dopuszczano krycie gontem — pod warunkiem, że koloniści z czasem zastąpią je słomą.
Słoma była preferowana ze względu na lepszą izolację cieplną. Z drugiej strony gonty stanowiły większe zagrożenie pożarowe — lekkie drewniane dachówki łatwo unosiły się w razie wybuchu ognia.
Do połowy maja 1773 roku w Carmerau (Spórok) przebywało już 13 rodzin austriackich — łącznie 50 osób — które początkowo zbudowały sobie prowizoryczne chaty. Pod koniec maja było już gotowych 19 domów. 22 lipca wszystkie 20 domów zostały zgłoszone jako ukończone i zasiedlone przez 84 osoby. Czas budowy wyniósł zatem niespełna cztery miesiące.
Budowa stodół zwykle się opóźniała. Koloniści mieli je budować samodzielnie, otrzymując 15 talarów i darmowe drewno. Jednak osadnicy przez lata byli zajęci trudną pracą przy karczowaniu lasu, więc nie uznawali budowy stodoły za sprawę pilną — mogli jej używać dopiero po przekształceniu części ziemi w grunty uprawne.
W rezultacie stodoły musieli budować wynajęci wykonawcy. Ich wymiary wynosiły 9,25 × 7,0 m i zawierały gumno do młócenia zboża i sąsieki do jego przechowywania.
Budowa stodół, układ wsi i problemy z lokalizacją
51 stodół w miejscowościach Georgenwerk (Bukowo), Plüminkenau (Radomierowice) i Süßenrode (Młodnik), założonych w 1772 roku, zostało w 1773 roku zleconych wykonawcy — po 26 talarów za każdą. Stodoły dla Münchhausen (Mnichus) i Carmerau (Spórok) (kolonie z 1774 roku) ukończono dopiero w 1775 roku. 20 stodół dla Gräfenort (Grotowice) kosztowało łącznie 430 talarów — w stanie gotowym.
W koloniach królewskich, jak pokazują plany sytuacyjne, stodoły budowano zawsze oddzielnie — często po przeciwnej stronie drogi. W koloniach szlacheckich natomiast stodoła, dom mieszkalny i stajnia znajdowały się pod jednym dachem.
W starszych koloniach, takich jak Tempelhof (Niwki), Kreuzthal (Krzyżowa Dolina) i Hirschfelde (Kaniów), dom ze stajnią ustawiano prostopadle do drogi — zgodnie ze słowiańską tradycją wiejską. Rysunki projektowe późniejszych osad pokazują domy ustawione równolegle do drogi (por. plany Niwki, Spórok).
Miejsca wybrane przez izbę dominialną pod kolonie często okazywały się nieprzydatne. Zedlitz (Grabice) miał początkowo powstać między Süßenrode (Młodni) a Georgenwerk (Bukowo), ale teren składał się wyłącznie z piasku. W okolicach Opola wybór ograniczał się zazwyczaj do piasku lub bagna. Kupferberg (Miedziana) również pierwotnie planowano w innym miejscu — porośniętym drewnem nieprzydatnym do karczowania. Łąki często znajdowały się w znacznej odległości od gospodarstw i pól.
Aleje Fryderyka
Król przywiązywał szczególną wagę do obsadzenia drzewami dróg wiejskich i dojazdowych. W 1774 roku jeden z leśniczych zgłosił, że w trzech koloniach zasadzono 1152 drzewa — jesiony, klony i grabie — jako aleje. Rysunki projektowe pokazują, że wszystkie kolonie miały szerokie drogi. Szerokie drogi w koloniach okazały się szczególnie cenne, gdy przez te miejscowości zaczęto prowadzić główne trasy komunikacyjne.
Trudne warunki życia kolonistów
Za karczowanie kolonista otrzymywał od 5 do 20 talarów za morgę, zależnie od trudności terenu. W czasie budowy własnych domów oraz sąsiednich kolonii koloniści byli zatrudniani przez leśniczych i wykonawców do prac pomocniczych — m.in. . przy wycince terenu pod wieś i wypełnianiu ścian szkieletowych.
Poza tym koloniści musieli być przez lata wspierani — zwłaszcza w zakresie dostaw zboża chlebowego dla dzieci. Każdy kolonista otrzymywał dwie krowy.
Mimo to warunki życia w większości osad były bardzo trudne — szczególnie w Plümkenau (Radomierowice) i Süßenrode (Młodnik), często nawiedzanych przez powódź.
W styczniu 1774 roku naczelny leśniczy Büttner pisał do Wrocławia: „Głód wśród kolonistów osiągnął najwyższy poziom, a ich lament i nędza są nie do opisania. Muszę przyznać, że mimo iż z wielką gorliwością zajmują się karczowaniem, zwłaszcza w surowe zimy nie są w stanie zarobić na chleb…”. Leśniczemu natychmiast przyznano 500 talarów.
Dla całej kolonizacji byłoby jednak korzystniejsze, gdyby prace karczownicze były prowadzone przez państwo — jak proponował Büttner. osadnicy przez lata musieli zajmować się karczowaniem lasu zamiast uprawą roli.
Rewizja
Podczas przeglądu kolonii na początku 1776 roku stwierdzono, że osady w okolicach Brzegu — takie jak Karlsburg (Karłowiczki), Neu-Limburg (Błota) i Neu-Köln (Nowe Kolnie) — miały do wykarczowania już tylko około 50 mórg.
Starsze kolonie opolskie, jak Salzbrunn (Ładza), Tempelhof (Niwki) i Tauenzinow (Okoły) zagospodarowały około połowy swoich gruntów. W wielu przypadkach — m.in. w Heinrichsfelde (Kaniów) i Podewils (Kały) — tylko jedna trzecia lub jedna czwarta ziemi była gotowa do uprawy.
Nie brakowało jednak kolonii, gdzie z 320 mórg pozostało jeszcze 250–270 mórg do wykarczowania — jak w Derschau (Suchy Bór), Zedlitz (Grabice) i Carmerau (Spórok).
Część kolonistów zajmowała się rzemiosłem, co prowadziło do zaniedbania rolnictwa.
Izba dominialna przyznała więc zaliczki w wysokości 15 talarów na gospodarstwo dla tych, którzy mieli jeszcze do wykarczowania tylko połowę ziemi, i 5-10 talarów darowizny dla tych, którzy wykarczowali mniej.
Błędy budowlane i koszty napraw
Pośpieszna realizacja budowy kolonii — zwłaszcza tych z roku 1773 — miała bolesne konsekwencje. W latach 1776–77 napływały skargi z wielu wsi, że kominy grożą zawaleniem, a piece rozchodzą się w spoinach.
Główną przyczyną był mokry grunt, na którym wznoszono domy, oraz niewystarczające fundamenty. Jeden z leśniczych pisał, że domy musiały być budowane w równych odstępach, przez co nie można było ominąć podmokłych miejsc.
Z powodu braku kamienia polnego fundamenty wykonywano często z piasku i gruzu. Cegły używane w niektórych przypadkach były wypalane w polu i mało odporne — również materiał do ich produkcji był kiepskiej jakości.
Okazało się, że konieczne jest odpowiednie odwodnienie terenów wiejskich. Nieliczne rowy wykonane na początku budowy były niewystarczające. Szczególnie cierpiały Podewils (Kały) i Zedlitz (Grabice) z powodu nadmiaru wody.
Całkowite koszty prac naprawczych w powiecie opolskim oszacowano na 2514 talarów. Sama miejscowość Podewils (Kały) potrzebowała 261 talarów na rowy melioracyjne. Nowe Kolnie musiało otrzymać wał przeciwpowodziowy za 522 talary, ponieważ leżały na terenie zalewowym.
Wizytacja króla
Nienajlepszy stan kolonii ujawniła wizyta króla na Górnym Śląsku w 1770 roku, kiedy chciał obejrzeć kilka nowych wsi.
Starosta opolski miał wątpliwości, czy prowadzić monarchę przez Tempelhof (Niwki), ponieważ — podobnie jak Neu-Köln (Nowe Kolnie) — kolonia była zbudowane w technologii drewna ciosanego – co król wyraźnie zabronił. W Gräfenort (Grotowice) i Schulenburg (Walidrogi) tynk z domów już odpadł. Nie można było więc liczyć na pochwały. Wszystkie rozpoczęte budowy z drewna ciosanego miały zostać tymczasowo usunięte przed przejazdem monarchy.
Mimo środków ostrożności król 23 maja 1770 roku po podróży skrytykował: „Ponieważ stwierdziłem, że kolonia zwana Derschau bardzo potrzebuje wsparcia, polecam ją Waszej uwadze — należy doprowadzić ją do lepszego stanu.”
Choć koloniści nie żyli w luksusie, a niektóre warunki były wręcz katastrofalne, to nie zawsze można ich uznać za wzorowych obywateli.
Leśniczy Templer pisał w 1773 roku do izby dominialnej we Wrocławiu: „Koloniści nie chcą już słuchać poleceń, żebrzą po wsiach, nie budują stodół i nie poddają się eksmisji z kolonii Carmerau.”
Izba musiała grozić karą więzienia i wydaleniem siłą z gospodarstwa, by przywrócić porządek.
Jeden z kolonistów z Tauenzinow (Okoły) został uwięziony za wzniecenie małego buntu przeciwko nadleśniczemu.
W Georgenwerk (Bukowo) pewien kolonista wpadł na pomysł, by samodzielnie produkować pieniądze, chcąc poprawić swoją sytuację finansową.
Po upływie dziesięciu lat wolnizny niejeden kolonista po prostu zniknął.
Gdy koloniści zakończyli karczowanie swoich 16 mórg, okazało się, że przy słabej jakości gleby powierzchnia uprawna była niewystarczająca.
Już około 1780 roku różne kolonie opolskie otrzymały dodatkowy teren — częściowo jako łąki, częściowo jako grunty orne. Münchhausen (Mnichus) dostał 190 mórg, Gräfenort (Grotowice) 60 mórg, Kupferberg (Miedziana) i Derschau (Suchy Bór) po 40 mórg.
Według danych opolskiego urzędu katastralnego:
• Münchhausen (Mnichus) ma dziś 650 mórg — czyli dwukrotnie więcej niż pierwotnie,
• Tempelhof (Niwki) — 950 mórg,
• Schulenburg (Walidrogi) — około 700 mórg,
• Kreuzthal (Krzyżowa Dolina) — aż 1330 mórg.
Rozwój nowych wsi w kolejnych latach był bardzo zróżnicowany i zależał od wielu czynników.
W chwili powstania osady liczyły 80–90 osób, a do roku 1841 liczba mieszkańców wzrosła do 140–200.
Niektóre miejscowości — jak Tempelhof (Niwki) i Münchhausen (Mnichus) — do dziś pozostają w leśnej samotności i nie przekroczyły liczby ludności z 1841 roku.
Natomiast wsie położone przy ruchliwych drogach rozwijały się znacznie szybciej. Derschau (Suchy Bór) — położone u wrót górnośląskiej stolicy Opola — oraz Gräfenort (Grotowice) — w pobliżu cementowni— mają dziś 450–500 mieszkańców.
Średnia liczba ludności kolonii wynosi obecnie od 200 do 300 osób.
Śląskie kolonie najtańsze
Kolonie śląskie były najtańszymi spośród wszystkich osad fryderycjańskich. Średnio za gospodarstwo można było liczyć 150 talarów kosztów własnych.
W 1782 roku król pisał do ministra śląskiego: „Ponieważ w Prusach Zachodnich podają tak wysokie koszty — 378 talarów za jedno gospodarstwo — podczas gdy w Śląsku kosztuje to tylko 150 talarów, a drewno jest tam równie tanie jak u nas, polecam przesłać dyrektorowi izby w Marienwerder (Kwidzyn) kosztorysy ze Śląska, by mógł się nimi kierować.”
Porównując te koszty z dzisiejszymi warunkami, można oszacować:
• dom o powierzchni 90 m² i wysokości kondygnacji ok. 2,40 m — na 3500 RM,
• stodołę o powierzchni 65 m² — na około 1500 RM,
• czyli całe gospodarstwo — na około 5000 RM. [1 Reichsmark dziś 5 EUR – 25.000 EUR]
Kierownik budowy, zwany konduktorem, otrzymywał rocznie 180 talarów — co dziś odpowiada około 25 RM.
Z powodu kosztów napraw, melioracji i trudności z karczowaniem, rzeczywiste koszty gospodarstwa kolonisty często przekraczały 150 talarów. Najtańsze były gospodarstwa zbudowane z dotacją 36 talarów. Zestawienie kosztów do roku 1787 wykazuje, że 33 kolonii kosztowało łącznie 135 000 talarów. Dla Kreuzthal (Krzyżowa Dolina) wydano tylko 834 talary. Większość kolonii mieściła się w przedziale 3000–4000 talarów. Neu-Limburg (Błota), z 30 gospodarstwami, kosztował państwo 7000 talarów. Cztery kolonie na ziemiach biskupich w okolicach Rychtalu zostały wycenione na 16 750 talarów — czyli około 210 talarów za gospodarstwo.
Niemczyzna i polonizacja
Z punktu widzenia niemczyzny należy uznać za błąd, że król przywiązywał tak małą wagę do budowy kościołów. Wniosek kolonistów z Plümkenau (Radomierowice) o budowę domu modlitwy został odrzucony w 1775 roku, a dopiero w 1778 — za panowania następcy Fryderyka — rozpoczęto budowę kościoła.
W tym rejonie niemczyzna utrzymała się aż do naszych czasów. Natomiast wsie otoczone przez polską ludność, oddalone od siebie, utraciły swój niemiecki charakter — jak Carmerau (Spórok) i Kupferberg (Miedziana).
Wierzchowice
Spośród kolonii prywatnych założonych przed 1770 rokiem szczególne zainteresowanie budziła Neu-Wirschkowitz (Nowe Wierzchowice) — zwłaszcza ze względu na swoją historię powstania. Żona hrabiego Reichenbacha, pochodząca z Badenii, nie czuła się dobrze w polskojęzycznym regionie. W 1753 roku hrabia — za pośrednictwem swoich krewnych z Badenii — doprowadził do emigracji 23 rodzin wirtemberskich na Śląsk. Wśród nich było 12 winiarzy, którzy podjęli próbę uprawy winorośli w Neu-Wirschkowitz — winiarstwo utrzymało się tam aż do 1855 roku.
Z punktu widzenia urbanistyki interesujący jest plan sytuacyjny (por. ilustrację): Wytyczono szeroką oś drogową prostopadłą do starej wsi, wychodzącą od zamku i zamkniętą od strony wzgórza przez kościół zbudowany w 1769 roku.
Szwabom przyznano zaliczki i darmowe drewno na budowę domów — część z nich wzniesiono jako dwukondygnacyjne. Jak pokazuje przedstawiony dom, konstrukcja szkieletowa miała formy frankońskie — choć bez dekoracyjnych krzyży św. Andrzeja.
W 1780 roku miejscowość liczyła już 215 mieszkańców.
Anhalt (Hołdunów)
Własną historię ma także wieś kolonijna Anhalt w powiecie pszczyńskim, która, jak wiele innych kolonii, została później przejęta przez naszych wschodnich sąsiadów.
51 rodzin reformowanych z Polski, osiadłych w Seibersdorf (Kozy), oraz kolejne 29 rodzin mieszkających w wynajętych domach — łącznie około 300 osób — miało zostać osiedlonych u księcia Anhalt-Pleß.
Ponieważ okazało się niemożliwe, by przewieźć ludzi z dobytkiem i 300 sztukami bydła przez granicę, król wysłał 70 pruskich huzarów na teren Polski, by przetransportowali ich na 200 wozach przez granicę do Prus.
Wśród osadników było 40 tkaczy, którym przyznano po 10 talarów na zakup krosna.
W późniejszych latach założono jeszcze kolonię Neu-Anhalt (Nowy Hołdunów).
Trudnym przypadkiem kolonizacji były wsie założone przez miasto Reinerz (Duszniki) w 1777 roku: Hummeltwitz (Zielone Ludowe), Reinerzkron (Ludowe) i Ratschenberg (Grodczyn) — przewidziane na 67 gospodarstw, z czego zrealizowano tylko 51.
We wrześniu 1777 roku 43 domy były już zasiedlone przez tkaczy lnianych. Domy były murowane i wyposażone w 8 mórg ziemi.
7 gospodarstw długo nie znalazło osadników z powodu kamienistego gruntu.
Podczas wojny o sukcesję bawarską mieszkańcy musieli opuścić domy, ponieważ zakwaterowano w nich wojsko. Żołnierze urządzili się tam tak „przytulnie”, że potrzeba było 800 talarów, by przywrócić domy do stanu używalności.
Tłumaczenie serii artykułów niemieckiego architekta Johannesa Reischla – Joanna Mrohs
Poniżej już kolejny artykuł architekta Johannesa Reischela. Jego materiały są niezwykle wartościowym źródłem historycznym, ponieważ posiadał on dostęp do kompletnych przedwojennych archiwów wrocławskich. Niestety wojna i powodzie te archiwa bezpowrotnie uszkodziły. Dziś prezentuję tłumaczenie pierwszego artykułu z serii o koloniach zakładanych przez Fryderyka Wielkiego na Śląsku.
Kolonizacja obszarów leśnych za Odrą
Niemiecka kolonizacja Śląska w XIII wieku, zapoczątkowana przez książąt piastowskich, zatrzymała się na Odrze. Nie sam nurt rzeki był przeszkodą, lecz rozległy pas lasów, który ciągnął się za Odrą w głąb terytorium — od Oławy aż po granicę Rzeszy. Ze względu na wyjątkowo słabe gleby, które uniemożliwiały rozwój rolnictwa, ten niemal niezamieszkany pas leśny stał się w kolejnych epokach naturalną granicą.
Już wkrótce po objęciu tych ziem Fryderyk dążył do jak najszybszego zaludnienia tego pustego obszaru. W swoich listach do śląskiego ministra wielokrotnie wskazywał na ten teren — na przykład w czerwcu 1770 roku pisał: „Muszę uznać, że ten obszar, mimo iż od wielu lat nie widziałem okolic po drugiej stronie Odry, nie jest jeszcze dostatecznie zaludniony, tak że tam — a szczególnie między Raciborzem a Opolem — można by jeszcze zakładać całe wsie.”
Skala osadnictwa do 1770 roku
Do roku 1770 działalność osadnicza była stosunkowo niewielka. W latach 1742–1771 w okręgu administracji królewskiej we Wrocławiu zgłoszono tylko 30 wsi z 768 gospodarstwami, z czego około 450–500 stanowisk zajmowali husyci. W okręgu administracji królewskiej w Głogowie powstało w tym czasie zaledwie 7 wsi, z czego 4 znajdowały się w powiecie milickim.
Duży sukces odnotowano natomiast w zakładaniu pojedynczych gospodarstw przy istniejących wsiach. W latach 1752–1755 założono aż 1300 takich gospodarstw, zwanych wówczas „possesjami”.
W czasie wojny działalność osadnicza była znikoma — brak danych liczbowych z tego okresu. Po zawarciu pokoju w 1763 roku ponownie zaczęto zakładać rocznie od 200 do 300 nowych gospodarstw. W latach 1763–1769 powstało 1619 takich stanowisk, a 2875 opuszczonych gospodarstw zostało ponownie zasiedlonych. Dodatkowo 1517 gospodarstw podwójnych zostało rozdzielonych i przekazanych nowym osadnikom.
Łącznie daje to ponad 6000 nowych gospodarstw w ciągu sześciu lat — nie licząc nowo założonych wsi.
Król jednak dążył do osiedlenia jeszcze 200 000 osób, aby przywrócić poziom ludności sprzed wojny. W tym celu należało podjąć znacznie bardziej zdecydowane działania.
15 stycznia 1767 roku Fryderyk pisał do śląskiego ministra Schlabrendorffa: „Chciałbym się dowiedzieć, czy można na Śląsku uzyskać dobry plon, jeśli zagospodaruje się tereny podmokłe, osuszone jeziora lub inne ulepszone grunty — w co wierzę w stosunku do ziemi opolskiej i okolic. Proszę więc o szczegółowe propozycje takich przedsięwzięć, a także kosztorysy i prognozy dochodów, które mają zostać sporządzone i przesłane do mnie.”
Naczelny leśniczy Süßenbach, który dostarczył wiele cennych ekspertyz dotyczących kolonizacji, był zdania, że w lasach opolskich nie ma takich nieużytków, które nadawałyby się do sensownego zasiedlenia przez Niemców. Istniały co prawda wolne miejsca, ale były one położone na jałowych, nieurodzajnych piaskach. Obszary podmokłe były porośnięte gęstym drzewostanem.
Inspektor stawów Neuwertz był tego samego zdania: „Wszystkie istniejące tereny podmokłe należą do klasztorów i prywatnych majątków.” Choć można przypuszczać, że naczelny leśniczy uchylał się od nowych obowiązków, każdy, kto zna lasy opolskie, zrozumie jego stanowisko.
Król był jednak innego zdania i pisał: „Mimo to chcę, abyście się tym zajęli i sprawdzili, czy nie dałoby się tam przeprowadzić jakichś przedsięwzięć gospodarczych.” Administracja majątku królewskiego we Wrocławiu rozesłała do starostów okólniki z poleceniem zbadania, czy w państwowych lasach istnieje miejsce i możliwość zakładania kolonii wiejskich.
Wszystkie raporty były negatywne — z powodu złej jakości gleby i braku terenów łąkowych. „Niemiec, który nie żyje wyłącznie z gryki i żyta, nie mógłby się tam utrzymać. Ponadto nie byłby w stanie samodzielnie wykarczować tych terenów bez pomocy administracji — nawet przez całe życie.”
Po nacisku króla minister von Hoym ponownie wysłał naczelnego leśniczego do górnośląskich lasów, by ten poszukał miejsc pod kolonie oraz odległych pól, które były trudne w uprawie, ale mogłyby się nadawać do zasiedlenia. Po dużym wysiłku leśniczy zaproponował w 1769 roku siedem takich lokalizacji.
Równoległe próby przekonania przeora klasztoru w Czarnowąsach koło Opola do założenia wsi zakończyły się niepowodzeniem. Dopiero specjalna interwencja ministra doprowadziła w 1771 roku do zgody klasztoru na osiedlenie 16 kolonistów i zawarcie z nimi wieloletnich umów.
Osiedlanie cudzoziemców, zgodnie z życzeniem króla, było możliwe tylko wtedy, gdy oferowano im istotne przywileje w porównaniu z miejscową ludnością. Niemieckich osadników w pierwszych latach w ogóle nie udawało się pozyskać, co potwierdza raport: „Wśród osób, które zgłosiły się do tej kolonii, nie ma Niemców, lecz wyłącznie Polacy i Górnoślązacy, których zatrudniono jako drwali lub flisaków. Na tych działkach rośnie jedynie żyto, proso i gryka.”
Zgodnie z planem osadniczym z 1770 roku każdy kolonista miał otrzymać 12–18 mórg ziemi karczowanej, 4–6 mórg łąki, darmowe drewno budowlane oraz 30 talarów pomocy budowlanej. Ponadto on i jego dzieci byli przez 8 lat zwolnieni z podatków i świadczeń.
Po upływie tych 8 lat koloniści mieli płacić rocznie 3 talary czynszu gruntowego oraz dostarczać dla leśnictwa 9 klafterów drewna (ok. 30 m³). Ten ostatni obowiązek był szczególnie istotny, ponieważ nowo założone huty Malapane (Ozimek) i Kreuzburg (Zagwiździe) potrzebowały stałych dostaw drewna, co bez nowych wsi byłoby niemożliwe.
Król przywiązywał dużą wagę do tego, by koloniści byli wolnymi ludźmi, i miał nadzieję, że szlachta pójdzie za jego przykładem. W sierpniu 1771 roku pisał do ministra von Hoyma: „Mam uzasadnioną nadzieję, że szlachta na Górnym Śląsku pójdzie za tym przykładem i również osiedli kolonistów na swoich majątkach, stopniowo zwiększając ilość poddanych. Przyniesie to taką korzyść, że ludzie żyjący w stanie niewolniczym ujrzą, że kolonistom lepiej się powodzi, i będą próbować się wyzwolić.”
Starania króla w kwestii wyzwolenia chłopów spotykały się jednak z niewielkim poparciem ze strony szlachty, a starostowie — przeważnie również wywodzący się z tego stanu — nie wspierali go w tych dążeniach. Dlatego też Fryderyk forsował kolonizację, często wbrew woli urzędników i szlachty. Kolonizacja — ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami — powinna być uznana za osobiste dzieło Fryderyka Wielkiego.
Budowa królewskich kolonii w 1771 roku
W roku 1771 rozpoczęto budowę tzw. królewskich kolonii, czyli osad zakładanych na państwowych gruntach. W pierwszym roku powstały cztery wsie: Hirschfelde (Kaniów), Salzbrunn (Ładza), Kreuzthal (Krzyżowa Dolina, zob. ilustrację) i Tempelhof (Niwki) w powiecie opolskim. Salzbrunn otrzymało 18 gospodarstw po 18 mórg każde, pozostałe wsie — po 20 gospodarstw z 24 morgami ziemi. W okolicach Brzegu rozpoczęto również budowę Neuköln (Nowe Kolnie) z 15 gospodarstwami.
Lokalna ludność, z której wywodzili się pierwsi koloniści, nie dała się przekonać, by budować domy zgodnie z życzeniem króla — w konstrukcji szkieletowej i kryte słomą. Naczelny leśniczy był zdania, że żadna kolonia nie powstanie, jeśli nie zostanie dopuszczona tradycyjna technika budowy z drewna ciosanego, ponieważ ludzie musieli budować domy samodzielnie. Nie udało się też nakłonić ich do rezygnacji z tradycyjnego pokrycia dachów gontem.
W jednym przypadku spośród dziewięciu kolonistów sześciu zgodziło się na budowę w konstrukcji szkieletowej, ale stanowczo odmówiło krycia słomą; trzej pozostali byli gotowi użyć słomy, ale nie chcieli budować w konstrukcji szkieletowej.
W roku 1772 zrealizowano trzynaście kolonii według warunków ustalonych w 1770 roku. W powiecie opolskim były to: Tauenzinow (Okoły), Plümkenau (Radomierowice), Süßenrode (Młodik), Georgenwerk (Bukowo), Seidlitz (Grabice), Gräfenort (Grotowice), Heinrichsfelde (Kaniów), Podewils (Kały); w okolicach Brzegu — Neu-Lemburg (Błota), Piastenthal (Piastowice), Karlsburg (Karłowiczki) oraz wcześniej wspomniane Neu-Köln (Nowe Kolnie).
Jednak już w 1771 roku okazało się, że jednolita kolonizacja według zasad z 1770 roku nie była możliwa. Osoby zgłaszające się do osiedlenia były przeważnie bardzo ubogie i wymagały znacznego wsparcia.
Trudności w obsadzeniu kolonii ujawniły się np. w Neu-Köln (Nowe Kolnie), gdzie w wyznaczonym terminie nie zgłosił się żaden chętny do budowy. Dopiero później pojawiło się trzech entuzjastów, z których część się wycofała. Osoby wcześniej zapisane do Gräfenort (Grotowice) i Tempelhof (Niwki) również zrezygnowały.
Ponieważ szczególnie cudzoziemcy przybywali bez żadnych środków, król zdecydował, że powinni być wspierani z funduszu dobroczynnego. Utworzono specjalną kasę osadniczą, a izba administracji królewskiej powołała komisję do spraw kolonizacji. W jej skład wszedł również starszy Langhans.
Budowa kolonii i propozycje organizacyjne z 1771 roku
Choć dotychczas działki i miejsca budowy były wytyczane przez urzędników państwowych, co zapewniało charakterystyczną dla epoki regularność układu osad, budowa wsi często się przeciągała, ponieważ nie zawsze udawało się zgromadzić kolonistów jednocześnie.
Z tego powodu — a szczególnie w celu wyeliminowania budownictwa z drewna ciosanego — minister von Hoym zaproponował w czerwcu 1771 roku, by domy były budowane przez państwo, a następnie sprzedawane kolonistom lub oddawane im za niewielką opłatą.
Dzięki temu możliwe było równoczesne wznoszenie domów kolonijnych i uzyskanie jednolitego wyglądu osady. Warunkiem realizacji tego planu było jednak zapewnienie przez króla odpowiednich środków finansowych.
Dążenie ministra do budowy murowanej — jak na Błotach Nadwarciańskich — nie powiodło się z powodu odległości placów budowy. Cegielnie były zbyt daleko, a kamienie polne niedostępne. Koszt budowy jednego gospodarstwa w technologii murowanej wynosiłby 260 talarów, podczas gdy dostępne środki wynosiły tylko 150 talarów.
Mimo to budownictwo szkieletowe z murowanym kominem można uznać za postęp w porównaniu z dotychczasową techniką z drewna ciosanego. Domy z lat 1771 i część z roku 1772 były jeszcze wybudowane w tej technologii.
Do roku 1771 zasiedlanie kolonii było trudne, lecz sytuacja zmieniła się w połowie tego roku, o czym świadczy poniższy list komisji do ministra z 17 czerwca 1771 roku:
„Wasza Ekscelencjo wie, że obecnie wielu ludzi z Rzeszy przybywa od pewnego czasu z powodu wysokich cen zboża i wynikającego z tego niedoboru chleba, prosząc o możliwość osiedlenia się na Śląsku. Ludzie ci są przeważnie całkowicie bez środków i domagają się, by bez żadnych kosztów otrzymać gospodarstwa na terenach wiejskich — wraz z niezbędnym sprzętem rolniczym i inwentarzem żywym. Powołują się przy tym na to, że urzędnicy w Rzeszy rozdawali drukowane patenty, w których zapewniano ich, że jeśli osiedlą się na ziemiach królewskich, wszystko to zostanie im przekazane za darmo.”
Napływ był tak duży, że nie wiedziano, co zrobić z taką liczbą ludzi, i tylko ograniczoną ich część można było ulokować w budowanych koloniach.
Z ankiety wynikało, że większość tych osób miała być osiedlona w Błotach Nadwarciańskich i na Pomorzu.
Przy zasiedlaniu kolonii kierowano się zasadą, by nie osiedlać już wcześniej zamieszkałych osób z innych terenów Prus, „ponieważ intencją nie było zakładanie nowych kolonii i wsi kosztem upadku starych ani odbieranie gospodarzy innym administracjom królewskim.”
Pod koniec 1771 roku izba dominialna wysłała komisarza Schlucha do Niemiec Zachodnich, by zwerbował kolonistów potrzebnych na Śląsku i zorganizował ich przybycie w uporządkowany sposób.
Pruski konsul we Frankfurcie, von Hochstetter, wystawił od 1771 do kwietnia 1772 roku przepustki dla 992 osób udających się na Śląsk. Spośród nich 528 pochodziło z Hesji-Darmstadt, pozostali z hrabstwa Hanau, Solms-Laubach i księstwa Isenburg.
Motywy, które skłoniły tych ludzi do porzucenia ojczyzny między Westerwaldem a Spessartem na rzecz Górnego Śląska, stają się zrozumiałe, gdy spojrzy się na mapę tamtego okresu: w tej okolicy istniało wiele małych i najmniejszych państewek, z odpowiednią liczbą władców i dworów, których utrzymanie wymagało od nielicznych poddanych znacznych danin i osobistych świadczeń. W Prusach natomiast byli wolnymi ludźmi na własnej ziemi, chociaż była ona uboga.
Wsie założone w roku 1772 zostały w większości zasiedlone przez kolonistów z Hesji. Trzynaście kolonii z tego roku obejmowało łącznie około 250 gospodarstw. Większość z nich miała po 20 gospodarstw, niektóre 15, a Neu-Lemburg (Błota) aż 30. W roku 1773 mieszkało w tych wsiach ponad 1000 osób.
Przeciętne gospodarstwo obejmowało 12 mórg ziemi ornej i 4 morgi łąk. Osiedlenie Hesów przyniosło — przynajmniej na początku — rozczarowanie zarówno dla administrującej królewską ziemią izby dominialnej, jak i dla samych kolonistów.
Z raportu komisarza Schucha, który w maju odwiedził kolonie, do których wcześniej werbował osadników, wynika, że Niemcy z zachodu nie byli przygotowani na tutejszy klimat ani na trud pracy. Większość zapadła na gorączkę. Tylko w Georgenwerk (Bukowo) spośród 83 osób aż 20 było chorych.
Głównym problemem była dla Hesów ciężka praca przy karczowaniu. Otrzymywali tylko jeden mórg ziemi już oczyszczonej, a resztę musieli zagospodarować samodzielnie. Pod koniec 1772 roku wiele kolonii zgłaszało dezercje — m.in. . z Neu-Limburg (Błota) i Gräfenort (Grotowice).
Zmiana strategii kolonizacyjnej i plany na rok 1773
Po dezercjach w Neu-Limburg i Gräfenort następca naczelnego leśniczego Süßenbacha zaproponował w 1773 roku, by w kolejnych koloniach osiedlać miejscowych — Górnoślązaków lub Austriaków — którzy lepiej rozumieli trud pracy przy karczowaniu. W Gräfenort pięć gospodarstw opuszczonych przez Hesów zostało obsadzonych Austriakami.
W sierpniu 1772 roku król wyraził zamiar założenia kolejnych 100 wsi na Śląsku, przy czym nowe kolonie miały być lokowane możliwie jak najdalej od Odry — przy granicy z Polską. Na rok 1773 zaplanowano kolejne 13 wsi.
Pod koniec 1772 roku król wysłał ministra von Hoyma do regionów Netzebruch (Łęgi Nadnoteckie) i Warthebruch (Błota Nadwarciańskie), by zbadał tamtejsze działania kolonizacyjne. W liście z 21 października pisał: „Zobaczycie tam wiele dobrych i pożytecznych rzeczy. Jednak tylko niewiele z tego da się zastosować w koloniach opolskich. Do tych mam już zatwierdzono środki w wysokości 100 000 talarów.”
Jednak śmierć naczelnego leśniczego Süßenbacha w październiku 1772 roku opóźniła przygotowania do budowy nowych kolonii. Nikt nie wiedział, gdzie miały powstać. Musiały więc zostać zrealizowane w przyspieszonym tempie, ponieważ król oczekiwał, że w sierpniu będą już gotowe.
W roku 1773 założono kolonie: Kupferberg (miedziana), Derschau (Suchy Bór), Schulenburg (Walidrogi), Camerau (Spórok), Münchhausen (Mnichus), Zedlitz (Grabice), Neuwedel (Święciny), Finkenstein (Brzezie) oraz Horst (Świerkle) — ta ostatnia powstała na gruntach klasztoru Czarnowąsy. Na ziemiach biskupich w okolicach Reichthal (Rychtal) zbudowano jeszcze cztery zespoły osadnicze z 90 gospodarstwami, głównie zasiedlonymi przez husytów.
Pomimo wszelkich starań nie udało się dotąd nakłonić szlachty do budowy kolonii. Süßenbach pisał w sierpniu 1772 roku: „Prywatni właściciele, mimo królewskiego wsparcia, nie wykazują ciekawości wobec przyjmowania kolonistów. Trzeba by ich przekonać poprzez specjalne inspekcje, gdzie i w jaki sposób mogliby zakładać osady, aby było to korzystne, wymagało by to także pozytywnej deklaracji króla, aby sprawa nabrała wagi.”
Wcześniej wyznaczone przez izbę domen 34 lokalizacje nie zostały uwzględnione. Dopiero deklaracja króla z 28 sierpnia 1773 roku, która przewidywała 150 talarów dotacji budowlanej na każde gospodarstwo, przyniosła przełom.
Początkowo niechętnie, ale stopniowo w coraz większej liczbie zaczęły napływać oferty ze strony szlachty dotyczące zakładania nowych wsi. Ponieważ plan na rok 1774 był już ustalony, wiele projektów musiało zostać przesuniętych na kolejny rok.
Król nie ustawał w naciskach na rozwój kolonizacji. W odpowiedzi na zestawienie wsi założonych w 1773 roku odparł: „To mnie bardzo cieszy, ale musicie przesłać również plan wsi, które mają powstać w nadchodzącym roku.”
Naczelny leśniczy von Wedell przewidział na rok 1774 budowę 40 wsi z 526 gospodarstwami na gruntach prywatnych oraz 7 wsi ze 128 gospodarstwami na ziemiach królewskich.
W rzeczywistości zrealizowano tylko 30 wsi.
Im bardziej udawało się zaangażować szlachtę w budowę kolonii, tym bardziej państwo mogło ograniczyć własne działania budowlane — dlatego kolonie założone w 1775 roku zostały niemal całkowicie przekazane administracji domen królewskich.
Wsie zakładane przez szlachtę miały początkowo po 15 gospodarstw i rzadko więcej niż przewidziane w deklaracji 8 mórg ziemi na jedno gospodarstwo, ponieważ nie było zainteresowania dostarczaniem więcej niż absolutne minimum.
Zamieszczone plany sytuacyjne Kesselsdorf, Friedrichswille (Kolonia Biskupska) i Königswille (Królewska Wola) są przykładami kolonizacji prywatnej.
Często izba królewska otrzymywała wnioski o dotacje dla kolonii założonych już we wcześniejszych latach. Wszystkie zostały odrzucone, ponieważ izba nie była zainteresowana wydawaniem pieniędzy na osady, które już istniały.
Z czasem okazało się, że szlachta była mniej zainteresowana gospodarstwami o powierzchni 8 mórg, a bardziej tzw. gospodarstwami bez ziemi — czyli domami z samym ogrodem, których mieszkańcy byli zależni od pracy na majątku.
Dlatego w 1776 roku wydano nową deklarację, która przewidywała 100 talarów dotacji na takie gospodarstwo, jeśli właściciel musiał kupić drewno budowlane, oraz 70 talarów, jeśli dostarczał je samodzielnie.
Król życzył sobie, by nie powstawało zbyt wiele takich gospodarstw obok siebie — zwłaszcza by nie tworzyć całych wsi złożonych wyłącznie z domów bez ziemi. Rozważał też osiedlenie ogrodników z Palatynatu na terenach górskich, szlachta jednak próbowano osiedlać tkaczy lnianych.
Na rok 1775 zaplanowano w okręgu wrocławskim kolejne 30 wsi z 466 gospodarstwami, co wymagało dotacji w wysokości 69 900 talarów.
Kapituła katedralna we Wrocławiu miała założyć 3 wsie z 40 gospodarstwami w powiecie oleśnickim, a klasztor w Trzebnicy również 40 gospodarstw. W 1775 roku po raz pierwszy zatwierdzono budowę 20 wsi w okręgu głogowskim — wcześniej powstawały tam tylko gospodarstwa bez ziemi.
Do roku 1777 planowano łącznie 200 nowych wsi. Że dla króla najważniejszy był wzrost liczby ludności, świadczy jego list z lutego 1776 roku, w którym przewidywał, że Śląsk w następnym roku osiągnie 1 400 000 mieszkańców.
Okres do roku 1777 można uznać za szczytowy moment kolonizacji śląskiej. Choć wojna o sukcesję bawarską nie przyniosła rozlewu krwi, wywołała duże zamieszanie i na kilka lat zahamowała działalność osadniczą.
Program budowlany zlecony przez króla został ukończony w 1777 roku. W odpowiedzi na jego zapytanie minister poinformował, że na Górnym i Dolnym Śląsku powstało 200 wsi z 2815 gospodarstwami z pomocą królewską, a także 1236 gospodarstw bez ziemi oraz 1299 takich gospodarstw bez dotacji budowlanej — łącznie 5348 nowych siedlisk, zasiedlonych przez 21 499 osób, które uprawiały 22 503 morgi ziemi i posiadały 17 862 sztuki bydła.
Dziś kolonii Hüttendorf [wieś hutnicza] nie znajdziesz na żadnej mapie, gdyż w roku 1929 została włączona do Ozimka. Teren starej kolonii pokrywa się z dzisiejszą ulicą Wyzwolenia.
A jak sama nazwa mówi, jej początki były ściśle związane z hutą.
W roku 1753 wybudowano jak wiadomo hutę Malapane, która potrzebowała spore ilości węgla drzewnego do produkcji. Z tego powodu powstała potrzeba założenia osady pracowników leśnych i węglarzy na prawym brzegu Małej Panwi. Jednakże pomysł na początku napotkał na trudności. Królewski Radca Kamery Wojennej i Dominialnej Plümicke pisał z Opola w roku 1765 tak: „Dziś nakazałem urzędnikom Izby zwerbowane wystarczającej ilości 20 mężczyzn, którzy osiedlą się jako węglarze i pracownicy leśni oraz będą pracować wyłącznie na rzecz huty. Bardzo niewielu ma ochotę puścić w niepamięć uprzedzenia do huty, wielu zastrzega sobie prawo do uprzedniego zbadania terenu dla nich przeznaczonego. Jeżeli jednakże znajdzie się kilku, urzędnicy huty będą musieli osłodzić im wizję osiedlenia, więc Izba będzie musiała zapewnić umownie: 10 lat wolnych od podatków, 2 morgi ziemi, 1 morgę łąki dla 1 do 2 sztuk bydła, darmowe drewno budowlane, odszkodowanie za padnięte bydło, odszkodowanie za szkody pożarowe, darmowe drewno opałowe, zwolnienie z zakwaterowania wojska.”
Dopiero rok później znalazło się 7 osób z okolicznych wsi: Krasiejowa, Schodni i Szczedrzyka, które zgłosiły gotowość osiedlenia się. Żądali oni jednakże więcej pola i łąk dla 3 do 4 sztuk bydła i dowolność budowy domów wedle ich tradycyjnej technologii z belek ręcznie ciosanych [pruskie przepisy zakazywały takich budowli ze względu na ich łatwopalność] i krytych gontami drewnianymi (śl. lajstkami). Izba Wojenno-Dominialna odrzuciła te żądania, gdyż większe pola odwodziły by osadników od pracy w hucie oraz ze względu na brak wystarczającej ilości łąk. Planowano osadzenie 15-20 rodzin. Negocjacje z kandydatami trwały przez kolejne lata. Niektórzy wycofali się, inni doszli, wszyscy z okolicznych wiosek Krasiejów, Schodnia i Szczedrzyk.
Ostatecznie ustalono 11 warunków, które zostały zatwierdzone 13 stycznia 1768 przez Królewską Pruską Izbę Wojenno-Dominialną we Wrocławiu, a które obowiązywały dla wszystkich kolonistów Hüttendorfu:
1. Budowa domów dowolna, czy to z drewna ciosanego, czy to konstrukcja szachulcowa, kryte słomą lub gontami, jednakże wedle możliwości zalecano konstrukcję szachulcową i dach słomiany
2. darmowe drewno konstrukcyjne
3. darmowe drewno opałowe
4. 2 morgi pola, 1 morga łąki
5. 10 lat zwolnienia z podatku gruntowego
6. po latach zwolnionych, za morgę pola i łąki miesięcznie 1 grosz podatku gruntowego
7. poza tym żadnych innych podatków
8. zwolnieni z świadczeń feudalnych, praca tylko w hucie za normalnym wynagrodzeniem
9. jako koloniści hutniczy są zwolnieniu z obowiązku zakwaterowania wojska
10. ich dzieci zwolnione mają być z feudalnej służby obowiązkowej na rzecz Urzędu w Opolu ze względu na służbę w hucie
11. każdy chętny do budowy otrzyma zaliczkę w wysokości 25 talarów, którą będzie spłacał z wypłaty w wysokości 8 groszy miesięcznie.
W roku 1768 raporty urzędu hutniczego zgłaszały wybudowanie 8 domów z oborami z drewna oraz wykarczowanym polem, a to przez kolonistów: 1. Grzesch, 2. Drzymalla, 3. Hadamek, 4. Mrochin, 5. Mimietz, 6. Sladek, 7. Czingoin, 8. Kokot. Są to więc pierwsi koloniści kolonii Hüttendorf.
Kolonia stopniowo się rozrastała. Raporty mówią o tym, że osiedlił się czyściciel bomb Kirchstein z Paulau (Skarbimierz) koło Brzegu, ale musiał wcześniej dostać zezwolenie od urzędu królewskiego w Brzegu zwalniające go z tamtejszego poddaństwa. W roku 1772 kolonia miała już 13 domów. W wyniku przestoju produkcji amunicji mistrzowie formierscy Krigar i Taeschner w roku 1775 zostali przeniesieni na wypłatę przestojową i otrzymali posesje w kolonii na własność dla siebie, swoich wdów i dzieci. Otrzymali też 45 talarów zasiłku budowlanego i zwrot kosztów karczowania.
W roku 1776 w kolonii było już 17 posesji. Z lewej strony z kierunku huty do Krasiejowa mieszkał kowal wiejski Kokott, nadawacz Drzymała, robotnik dniówkowy Mimietz, cieśla hutniczy Sladek, węglarz Orliczek, mierniczy węgla Kirchstein, mistrz kowalski Janiczek.
Z prawej strony w kierunku od huty do Krasiejowa mieszkali:
węglarz Dziewior, załadowczy węgla Oelsner, robotnik dniówkowy Jungnickel, fryszer Strassil, robotnik dniówkowy Czingon, kopacz gliny Fiola, mistrz formierski Teschner, nadawacz Orzesz, mistrz wielkopiecowy Krigar.
Do tego dochodził też karczmarz Wenzel Grigar pochodzący z Czech, który kupił karczmę w roku 1769 ze wszelkimi prawami do sprzedaży alkoholu, wypieku chleba, uboju i handlu.
Co do narodowości w raportach informowano, że koloniści częściowo są obcokrajowcami z Niemiec i z Czech.
W kolejnych latach kolonia prawie się nie powiększała. Jeszcze w roku 1811 liczyła 19 mężczyzn, 18 kobiet, z dziećmi łącznie 175 dusz. Z akt można wyczytać, że pierwszym sołtysem był Thomek Drzymalla, zaprzysiężony w roku 1783.
A wszystkie informacje wyżej opisane spisał nauczyciel Chodura w Malapane i opublikował w roku 1932 w Oppelner Heimatblatt.
Poniżej już kolejny artykuł architekta Johannesa Reischela. Jego materiały są niezwykle wartościowym źródłem historycznym, ponieważ posiadał on dostęp do kompletnych przedwojennych archiwów wrocławskich. Niestety wojna i powodzie te archiwa bezpowrotnie uszkodziły. Dziś prezentuję tłumaczenie pierwszego artykułu z serii o koloniach zakładanych przez Fryderyka Wielkiego na Śląsku.
Ziemie, które zdobył w 1742 roku król Prus, miały za sobą ciężkie czasy. Wojna trzydziestoletnia spustoszyła region, a kontrreformacja wypędziła wielu mieszkańców. Około 3000 gospodarstw chłopskich w Śląsku pozostawało opuszczonych. Do tego dochodziły straty spowodowane nowymi wojnami.
Jeszcze w trakcie walk z Austriakami Fryderyk skierował uwagę na zasiedlenie tych terenów nowymi mieszkańcami. Głód, nietolerancja religijna w krajach sąsiednich oraz ucisk ze strony książąt w mniejszych państwach dały królowi Prus okazję do pozyskania kolonistów poprzez zręczną rekrutację.
Na początku starał się zasiedlić pojedyncze, opuszczone miejsca, które leżały odłogiem już od czasów wojny trzydziestoletniej. Dopiero państwowe domeny (tereny należące do państwa) i lasy, zwłaszcza na Górnym Śląsku, umożliwiły Fryderykowi tworzenie większych, zwartej struktury osadniczej.
Rozwój osadnictwa i przemysłu żelaznego na Górnym Śląsku
Fryderyk II wielokrotnie zalecał w swoich rozkazach zakładanie nowych osad w lasach Górnego Śląska.
Duża osada między majątkiem książęcym Carlsruhe (Pokój) a miastem Opole zawdzięcza swoje powstanie przede wszystkim przemysłowi żelaznemu, który król Prus rozwinął w tym regionie.
Występowanie rudy darniowej w pobliżu kompleksów leśnych skłoniło króla do założenia huty Malapane (Ozimek) w 1752 roku oraz Huty Kluczborksiej (Zagwiździe) w 1755 roku. Zakłady te miały produkować materiały wojenne na potrzeby kampanii militarnych. Choć żelazo i drewno były dostępne, brakowało ludzi do wycinki drzew i transportu surowca do hut.
W lasach, gdzie powstały te zakłady przemysłowe, istniało niewiele osad.
Nowe osady wokół huty kluczborskiej (Zagwiździe)
W bezpośrednim sąsiedztwie huty w Zagwiździu znajdowało się niewiele wsi — jedynie Budkowicem. Siołkowice, Brynica i Dąbrówka leżały w odległości od 1 do 20 km, a nieliczna siła robocza z tych miejscowości była dostępna tylko częściowo.
Dlatego król Prus założył w 1764 roku Kuźnię Domaradzką, a w 1765 roku Nowe Budkowice zaraz obok istniejącej osady. Ponieważ jednak pozyskiwanie drewna nadal pozostawało wiele do życzenia, Fryderyk był zmuszony do zakrojonego na większą skalę osadnictwa.
W latach 1773 i 1774 polecił założyć szereg nowych osad wokół huty w Zagwiździu. Kolonie powstawały wzdłuż Budkowiczanki, Bogacicy, a także w samym środku lasu. Większość kolonii zakładano z 20 gospodarstwami. Wyjątkiem było Sacken (Lubienia), założone w 1780 roku, które od razu otrzymało 40 gospodarstw; Plümkenau (Radomierowice) i Süßenrode (Młodnik) miały odpowiednio tylko 15 i 16.
Tauenzinow (Okoły), Plümkenau (Radomierowice), Süßenrode (Młodnik), Georgenwerk (Bukowo), Neuwedel (Święciny) i Zedlitz (Grabice) — otrzymały po 17 mórg ziemi: 12 mórg pola uprawnego, 4 mórg łąki i 1 mórg na zagrodę i ogród. Osady Blumethal (Krzywa Góra), Massow (Masów) i Finkstein (Brzezie), podlegające urzędowi w Kup, otrzymały po 16 mórg, natomiast Hirschfelde (Kaniów) — 18 mórg pola i 6 mórg łąki, czyli łącznie 24 morgi.
Pokazany tu projekt kolonii Neuwedel (Święciny) pochodzi z archiwum we Wrocławiu.
Warunki osadnictwa i przywileje kolonistów
Koloniści mieli poza tym prawo wypasać kilka sztuk bydła w państwowych lasach. Ze strony państwa dla osadnika karczowano jedną morgę ziemi, na którym wznoszono dom z izbą, dwoma komorami oraz zabudowaniami gospodarczymi. Stodołę osadnik musiał zbudować samodzielnie, ale drewno otrzymywał od państwa. Pozostałą część ziemi musiał wykarczować we własnym zakresie.
Król nie zdołałby przyciągnąć tak wielu kolonistów, gdyby nie przyznał im istotnych przywilejów: zwolnienia z podatków na kilka lat, zwolnienia z poboru wojskowego i innych obowiązków pańszczyźnianych. Przede wszystkim jednak osadnicy byli wolnymi ludźmi i właścicielami swoich gospodarstw.
Zrozumiałe jest, że miejscowa ludność nie była szczególnie przychylnie nastawiona do obcych. Również urzędy nie były zachwycone dodatkowymi obowiązkami, jakie nakładała na nie kolonizacja. Jednak rozkazy króla były jednoznaczne i trzeba było się im podporządkować — choćby niechętnie.
Fryderyk Wielki przywiązywał dużą wagę do osadzania jak największej liczby cudzoziemców w nowo utworzonych koloniach, aby powiększyć populację swojego kraju.
Struktura kolonii i pochodzenie osadników
W północnych koloniach takich jak Georgenwerk (Bukowo), Plümkenau (Radomierowice), Süßenrode (Młodnik) i Tauenzinow (Okoły) osiedlono niemal wyłącznie Hesów. W Salzbrunn (Ładza) i Hirschfelde (Kaniów) zamieszkali Polacy, a w Massow (Masów) i Seidlitz (Grabice) — Czesi. Pozostałe kolonie miały głównie niemieckich mieszkańców pochodzących z różnych regionów.
Król założył w lasach opolskich łącznie 33 kolonie wiejskie. Liczbę osadników sprowadzonych przez niego na Śląsk szacuje się na 61 000, z czego 43 000 osiedliło się na terenach równinnych.
W 1744 roku Fryderyk Wielki przeznaczył 80 000 talarów na 30 wsie na Górnym Śląsku. W 1775 roku wydał 70 000 talarów na 466 gospodarstw obejmujących 3728 mórg ziemi. W latach 1776 i 1777 ponownie przeznaczył po 70 000 talarów na osadnictwo w Górnym Śląsku. W kolejnych latach dotacje uległy zmniejszeniu.
Król próbował również osiedlać inwalidów wojennych, lecz napotkał opór ze strony urzędów i wielkich właścicieli ziemskich, którzy nie postrzegali ich jako pełnowartościowych pracowników.
Układ zabudowy i warunki glebowe w koloniach
W strukturze poszczególnych kolonii wiejskich wyróżnia się dwa podstawowe typy. Większość osad miała po obu stronach drogi — zazwyczaj obsadzonej dwoma rzędami lip — po 10 gospodarstw o szerokości około 40 metrów. Parterowe domy mieszkalne z zabudowaniami gospodarczymi były ustawiane równolegle do drogi, przy granicy działki, a za nimi znajdowała się stodoła. Obok zabudowań powstawał około 25-metrowy ogród trawiasty, w którym umieszczano studnię z żurawiem, sadzono nieco krzewów jagodowych i kilka rachitycznych drzew owocowych.
Zrozumiałe jest, że gleba w osadach wykarczowanych z lasów sosnowych była bardzo uboga, a koloniści zmuszeni byli do pracy w lesie, ponieważ wielkość gospodarstwa nie wystarczała na utrzymanie.
Drugi typ zabudowy zakładał, że po jednej stronie drogi znajdował się tylko dom mieszkalny (przy szerokości działki 38–40 metrów), a po drugiej stronie — stajnia i stodoła pod wspólnym dachem. Tak zaplanowano Neuwedel (Święciny). W Plümkenau (Radomierowice) dom mieszkalny był połączony ze stajnią. W Hirschfelde (Kaniów) na działkach o szerokości 25 metrów dom i stajnia ustawione były prostopadle do drogi, a stodoła — podobnie jak w Plümkenau (Radomierowice) — po przeciwnej stronie drogi.
Ten typ zabudowy prawdopodobnie wybrano ze względu na zagrożenie pożarowe.
Plümkenau (Radomierowice), założone w 1773 roku, otrzymało po 12 latach budynek szkolny i kościół. Zadziwia, z jaką prostotą i naturalnością nowe budynki zostały wkomponowane w istniejącą strukturę osady.
Regularność zabudowy i styl kolonii
Kolonie wiejskie z czasów Fryderyka Wielkiego wyróżniają się absolutną regularnością — aż po najdrobniejsze szczegóły. Choć każda wieś miała swój własny typ, to w jej obrębie wszystkie gospodarstwa były jednakowe pod względem wielkości i układu przestrzennego.
Pierwotny obraz, jaki stworzył król Prus, zachował się dziś jedynie w bardziej odległych koloniach. Liczba gospodarstw często się podwoiła, wiele z nich zostało podzielonych; na miejscu ogrodu lub po przeciwnej stronie drogi, tam gdzie wcześniej była stodoła, powstały nowe domy mieszkalne. Tak jest na przykład w Plümkenau (Radomierowice) i Hirschfelde (Kaniów), gdzie dawny układ wsi trudno już rozpoznać.
Choć Fryderyk w innych regionach wymagał budowy domów murowanych z dachami z dachówki, w tych odległych leśnych terenach nie dało się tego zrealizować. Kolonistom pozwolono więc budować domy z glinianych plecionek, ale nakazano wznosić murowane kominy. Nie dało się też uniknąć typowych dachów ze słomy.
Obecnie niemal wszystkie budynki mieszkalne są już murowane.
Polityka osadnicza i przeszkody migracyjne
Choć Fryderyk dążył do osiedlania niemieckich kolonistów wśród ludności mówiącej po polsku, napotykał przy tym na znaczne trudności. Władcy niemieckich państw często nakładali wysokie kary za emigrację, co zmusiło króla do osiedlania również Polaków i Czechów.
Trzeba przy tym pamiętać, że państwa tamtej epoki nie były narodowymi państwami w dzisiejszym rozumieniu. Ich mieszkańcy byli poddanymi króla pruskiego.
Choć Fryderyk nie zwracał uwagi na to, czy osadnicy mówili po niemiecku czy po polsku, to jednak preferował Niemców — głównie dlatego, że pragnął podnieść poziom kulturowy miejscowej ludności. Szczególnie zależało mu na osiedlaniu ogrodników i sadowników.
Z powodzeniem próbował również nakłonić śląską szlachtę do zakładania kolonii. W rezultacie powstało kilka trwałych osad, zwłaszcza przy północnej granicy Śląska — m.in. . Friedrichswille (Kolonia Biskupska) koło Olesna, Königswille (Królewska Wola) koło Sycowa oraz kolonie nad Baryczą. Państwo wspierało te przedsięwzięcia dotacjami w wysokości około 10 talarów na każde gospodarstwo.
Każdy ma swoje narzędzia pracy. Z prawej narzędzia strzeleckiego kata o nazwisku Gausert (zmarłego 1877). Tak pisze The Illustrated London News w roku 1907.
Znajdujemy jednak inny ślad kata z roku 1850. Intelligenz- und Wochenblatt für Frankenberg mit Sachsenburg und Umgegend pisze, że strzelecki kat Anton Ganser dokonał egzekucji toporem dwóch przestępców: krawca Johanna Gottlieba Hüttiga i Heinricha Wilhelma Hanspacha, którzy zostali skazani w Zgorzelcu na karę śmierci za zabójstwo chałupnika Johanna Georga Manna.
Początkowa kara brzmiała: łamanie kołem, ale została złagodzona na „topór”.
Widocznie miał dobrą opinię, skoro dostawał zlecenia na całym Śląsku.
A teraz robi się ciekawiej: Wöchentlicher Anzeiger für die Königl. Preuss. Kreisstadt Lauban und ihre Umgegend z dnia 01.10.1862 opisuję pracę „naszego” kata ze szczegółami.
Skazany za morderstwo syna Ernst Rille z Baumgarten zjadł rano o 5 ostatni posiłek. O godzinie 6:30 został doprowadzony na plac więzienny w Brzegu ze związanymi rękami. Blady wysłuchał jeszcze raz z ust sędziego sentencję wyroku i został przekazany katu Ganserowi z Gross Strelitz. Kat rozwiązał ręce skazańcowi i rozebrał go do pasa (Francuzi w czasach rewolucji zwali ten proceder „Toilette”).
Zamocowanie skazańca do bloku przez pomocników kata i sama jego czynność egzekucyjna nie zajęła nawet dwóch minut. Topór spadł na szyję skazańca spokojnie i szybko. Kolejne dwie minuty zajęło umieszczenie ciała w trumnie i jej zamknięcie. Widzowie nawet nie zdążyli uporządkować tłoczących się myśli i uczuć w związku z egzekucją.
Z prasy ówczesnej możemy się też dowiedzieć, że po wykonaniu roboty Ganser wysyłał do zleceniodawcy rachunek. 6 lipca 1855 Królewski Sąd Okręgowy w Raciborzu dostał notę obciążeniową za ścięcie głowy parobka Paula Wylezola z Pławniowic. Pozycje na rachunku brzmiały:
Zbliża się 21 styczeń, data zniszczenia miasta Groß Strehlitz.
Publikuję tekst opisujący tamte dni z perspektywy niedalekiego Izbicka, gdzie mieszka rodzina Strachwitz. Maria Luise zebrała po wojnie informacje o powiecie strzeleckim w publikacji „Geschichte des Annaberglandes”. Oto przedostatni rozdział: Koniec: Nadchodzą Rosjanie.
Tekst opisuje krytycznie tamte dni i zachowanie włodarzy. Autorka ujmuje w nim wiele ciekawych spostrzeżeń.
Nie można jednak zapomnieć, że rodzina Strachwitz zasadniczo była elementem i beneficjentem tamtego systemu. Podobnie jak ci, którzy te miasto w pośpiechu opuszczali 20 stycznia 1945 roku.
Dr. Maria Luise hrabina von Strachwitz
Koniec: Nadchodzą Rosjanie
Górny Śląsk przez długi czas był oszczędzony od trudów wojny. Dopiero latem 1944 roku rozpoczęły się naloty lotnicze w powiecie Groß Strehlitz (Strzelce Opolskie). Ich głównym celem była duża fabryka uwodornienia w Deschowitz (Zdzieszowice). Od czerwca 1944 do końca roku zakład doznał poważnych uszkodzeń w wyniku dziesięciu ciężkich ataków, które jednak za każdym razem udawało się naprawić. Były też ofiary wśród ludności. Miasto Groß Strehlitz zostało zaatakowane, choć nie poniosło większych szkód. Bomby wielokrotnie spadały w pobliżu stacji kolejowej Groß Stein (Kamień Śląski), być może celując w linię kolejową Groß Strehlitz–Oppeln (Strzelce Opolskie–Opole), a może w duże lotnisko położone między Ottmütz (Otmice) a Stubendorf (Izbicko); zawsze jednak lądowały w pobliskim lesie.
Naloty odbywały się zawsze w dzień, najczęściej w porze obiadowej. Samoloty nadlatywały z południa. Przy dobrej pogodzie alarmy ogłaszano co kilka dni. Ludność nie przejmowała się nimi zbytnio. Uważano, że nie ma poważnego zagrożenia. Środki ochrony przeciwlotniczej na wsi były skrajnie prymitywne. Mimo częstych nalotów życie w dużej części powiatu toczyło się nadal stosunkowo spokojnie.
Latem 1944 roku pojawiły się poważniejsze obawy. Radziecka ofensywa na południu posuwała się tak szybko, że inwazja wydawała się całkiem możliwa. Gdy jesienią wrogie armie zatrzymały się, bezpośrednie zagrożenie minęło, ale niepokój o przyszłość pozostał. Późną jesienią 1944 roku w starostwie powiatowym w Groß Strehlitz odbyło się ściśle tajne spotkanie dotyczące ewakuacji maszyn z zakładów przemysłowych w przypadku zbliżenia się wroga. Większość zakładów miała zostać ewakuowana. Jako miejsce docelowe wskazano okolice Hirschberg (Jelenia Góra). Co miało się stać, jeśli zagrożenie dotarłoby także tam, pozostawało niewiadome.
Na pytania w tej sprawie odpowiadano milczącą dezaprobatą.
To spotkanie ukazało powagę sytuacji. Po raz pierwszy władze przyznały możliwość inwazji. Aż do Bożego Narodzenia 1944 panował jednak jeszcze spokój. Potem, 13 stycznia 1945 roku, Sowieci rozpoczęli swoją wielką ofensywę. Początkowo ludność Górnego Śląska nie zdawała sobie sprawy z jej znaczenia. Co prawda pojawiały się oznaki nadciągającego zagrożenia: szeptano, że nocami na stacji kolejowej Groß Stein (Kamień Śląski) odbywają się intensywne załadunki z lotniska. Nagle stało się niemożliwe uzyskanie wagonów kolejowych do transportu towarów niezbędnych do życia. O sytuacji militarnej nie można było się niczego dowiedzieć. Radio milczało na temat walk na wschodzie. Nikt nie potrafił powiedzieć, gdzie znajdujemy się my, a gdzie znajdują się jednostki wroga.
W całkowitej niepewności rozpoczął się tydzień poprzedzający ewakuację. Na zewnątrz instytucje państwowe do samego końca podtrzymywały wiarę w zwycięstwo. Uzgodnione spotkania odbywały się jeszcze do 18 stycznia (czwartek) włącznie. Przedstawiciele Luftgau VIII, którzy przybyli z Wrocławia na rozmowy dotyczące lotniska, zapewniali 15 stycznia, jak obiecująca jest sytuacja; przedstawiciel rządu z Opola pojawił się jeszcze 17 stycznia punktualnie na szacowanie szkód, jakby nie było żadnych innych zmartwień. Jednak oznaki zagrożenia narastały. W nocy z 15 na 16 stycznia powołano oddziały Volkssturmu. W wsiach i miastach pozostało niewielu mężczyzn. To wywołało silny niepokój wśród ludności – bardziej niż pogłoski, że powołanych nie da się uzbroić, gdyż brakowało broni i amunicji.
Potem wydarzenia potoczyły się lawinowo. W środę, 17 stycznia, zaczęto — oczywiście tylko nieoficjalnie — mówić, że u naczelnika gminy znajduje się rozkaz ewakuacji kobiet i dzieci. Zakłady przemysłowe otrzymały swoje tajne instrukcje przewidziane na wypadek zagrożenia, dotyczące planowej ewakuacji urządzeń. Jednak z rozpoczęciem przenosin jeszcze zwlekano. (Gdy w sobotę, 20 stycznia, hasło do ewakuacji zostało oficjalnie wydane, było już za późno, by cokolwiek zorganizować. Każdy myślał już tylko o własnym ratunku.) Krążyły pogłoski, że sowieckie oddziały przebiły się pod Baranowem i stoją już pod Częstochową. Jednocześnie lokalni przywódcy NSDAP i urzędnicy twierdzili, że sytuacja się ustabilizowała, a bezpośrednie zagrożenie zostało zażegnane. Dlaczego ta farsa była jeszcze podtrzymywana, pozostaje niezrozumiałe. Tylko pogłębiała chaos. Ludność nie dawała wiary tym uspokajającym słowom. Ludzie byli zdezorientowani, niespokojni, nie wiedzieli, na czym stoją. A mimo to wciąż byli nieliczni, którzy ufali i nie chcieli dostrzec beznadziejności sytuacji.
Sytuacja wcale się nie ustabilizowała. Wrogie oddziały rzeczywiście znajdowały się pod Częstochową i mogły w każdej chwili wkroczyć na Górny Śląsk. Podjęcie niezbędnych działań było jednak niemożliwe, ponieważ lokalni narodowosocjalistyczni decydenci jeszcze bardziej niż wcześniej kontrolowali, co i jak się mówi, grożąc doniesieniami i aresztowaniami. Swoje własne rodziny jednak już w połowie tygodnia zdążyli ewakuować.
Najważniejsze wydawało się już tylko wywiezienie kobiet i dzieci z zagrożonego obszaru. Pociągi kursowały jeszcze do piątku, 19 stycznia, choć nieregularnie i tak przepełnione, że za każdym razem pozostawali na dworcu ludzie, których nie udało się zabrać.
Znów musieli zostać ludzie. W sobotę, 20 stycznia, ruch pociągów został wstrzymany. Po południu, wbrew oczekiwaniom, na trasie Groß Strehlitz–Oppeln (Strzelce Opolskie–Opole) przejechał pociąg z Tarnau (Tarnów Opolski) do Oppeln; był niemal pusty, nikt już nie liczył na taką możliwość. Na szosie Groß Strehlitz–Oppeln panował w tych dniach wyjątkowo intensywny ruch cofających się oddziałów. 20 stycznia, o świcie, wydano rozkaz wymarszu dla jeńców wojennych przydzielonych do zakładów pracy. Strach wśród ludności narastał. Pozostanie na miejscu wydawało się najbezpieczniejsze. Dokąd mieli uciekać? Ludzie obawiali się niepewności, bezcelowego opuszczenia ojczyzny, utraty dobytku. Wiele kobiet i dzieci, które chciały wyjechać i miały już spakowany skromny majątek, w ostatniej chwili zdecydowało się zostać. Byli jak sparaliżowani. Wciąż na nowo powtarzano 20 stycznia: „To już za późno, to nie ma sensu.” Większość tych ludzi nie potrafiła sobie wyobrazić, co ich czeka. Nigdy nie byli narodowymi socjalistami, prowadzili skromne życie i nie wierzyli, że wróg będzie chciał mścić się na nich za zbrodnie Hitlera.
Dodatkowo ich dwujęzyczność dawała im przekonanie, że będą w stanie porozumieć się z nadciągającymi oddziałami. Zostali.
Inaczej było z ludnością niemieckojęzyczną. Oczywiście wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób pracowali dla NSDAP, uciekli. Ale także większość pozostałych, którzy nie mieli nic wspólnego z partią lub byli jej przeciwni, również opuściła domy — potrafili dobrze ocenić sytuację. Wielu opuściło ojczyznę w czwartek i piątek, 18 i 19 stycznia, częściowo pociągami, a kto mógł — samochodem lub wozami konnymi, ale także pieszo, z wypchanymi wózkami dziecięcymi lub na sankach. Mosty na Odrze były ściśle strzeżone. Aby przedostać się przez nie z pojazdem, potrzebny była przepustka wystawiona przez naczelnika gminy lub burmistrza. Wielu wybierało drogę przez most w Krappitz (Krapkowice), by uniknąć zatłoczonego szlaku uchodźców w rejonie Oppeln (Opole). W Stubendorf (Izbicko) rozkaz ewakuacji ogłoszono w sobotę, 20 stycznia, wieczorem. Obowiązywał od następnego dnia, niedzieli 21 stycznia, godziny 7:00 rano. Nie podano żadnego celu podróży. Lokalny przywódca partyjny, który miał wskazać miejsce docelowe, był już nieosiągalny. Ponieważ nikt nie zajął się organizacją ewakuacji wsi, ludność pozostała zdezorientowana na miejscu.
W nocy z soboty na niedzielę, podobnie jak poprzedniej nocy, ogłoszono alarm lotniczy: radzieckie samoloty zrzucały bomby na domy przy szosie, powodując szkody materialne. Wieczorem 20 stycznia wycofał się oddział, który przebywał jeszcze na lotnisku w Stubendorf. Około godziny 22:00 w nocy pojawił się u jednego z naszych robotników folwarcznych trzyosobowy oddział, który przeprowadził ostatnie wysadzenia w Malapane (Ozimek). Oddział zniknął po krótkim czasie — była to przenikliwie zimna noc — i ruszył dalej w pośpiechu.
Według ich relacji, w powiecie Groß Strehlitz nie było już niemieckich oddziałów. O godzinie 23:00 w nocy słychać było strzały w kierunku Groß Strehlitz, a w powietrzu unosił się wyraźny zapach pożarów, niesiony wschodnim wiatrem. Rosjanie byli już w Groß Strehlitz, zaledwie 12 kilometrów dalej… O godzinie 3:00 nad ranem — nie jak „nakazano” dopiero o 7:00 — wyruszył konwój z majątku Stubendorf: trzynaście wozów, dwadzieścia osiem koni, ponad sześćdziesiąt osób — członkowie majątku ze swoimi rodzinami oraz kilku innych, którzy chcieli dołączyć. Była to piękna, cicha, jasna i lodowato zimna noc zimowa, rano silny szron. Ulice były opustoszałe, most nad prawie zamarzniętą Odrą w Krapkowicach również pusty. Nikt już nie kontrolował przejazdu. Mówiono, że Rosjanie są już w Gogolinie… Dopiero po drugiej stronie Odry napotkano tłumy uchodźców. Powiat Groß Strehlitz dostał się w ręce wojsk sowieckich bez walki.
Uwaga: Opis dni poprzedzających wkroczenie Rosjan — od 13 do 21 stycznia 1945 roku — oparty jest na notatkach autorki relacji, która opuściła Stubendorf, powiat Groß Strehlitz, we wczesnych godzinach porannych 21 stycznia. Te ostatnie dni, pełne niewyobrażalnej niepewności i chaosu, prawdopodobnie przebiegały podobnie w całym powiecie.
Głęboko pod ziemią mamy skarb. Wodę. Zbiornik podziemny zwany fachowo GWZP 333. Jednakże pomiary wykazują, że zaczyna wysychać. Prasa sugeruje, że winne są kopalnie kamienia, a dokładnie ich odwadnianie.
A może jest inny czynnik. Widać to wyraźnie na starych mapach: dolina rzeki Jemielnica – jako jedyna przepływająca nad zbiornikiem, była od wieków rezerwuarem wody.
Mapa z roku 1736 pokazuje stawy jak koraliki nawinięte na sznurek. W każdym z nich gromadzono zasób wody potrzebnej do napędzania młynów, fryszerek, młotowni i wysokich pieców w zakładach hutniczych nad Jemielniczanką (Centawa, Osiek, Kadłub, Dębska Kuźnia).
Na mapie widać staw przed hutą w Osieku, potem dwa stawy przed młynem Barwinek, jeden przed hutą na Piecu, i olbrzymi staw w okolicach dzisiejszej drogi do Krasiejowa.
Kolejna mapa z roku 1750 jest jeszcze ciekawsza. Pokazuje ona, jak szeroki pas zajmowały rozlewiska Jemielnicy (obszar zakreskowany na szaro-niebiesko).
Natomiast mapa z 1827 pokazuje, jak nasi przodkowie radzili sobie z wylewającą wodą: widać tu cały system wałów spiętrzających wodę na terenach leśnych i mokrych łąkach.
Ciekawy jest wał w lasach na wschód od Kadłuba. Tamuje on wodę z lasów w stronę Zawadzkiego i kieruję wodę do potoku Grabowiec, który dziś wpada do rzeki Jemielnicy tuż przed Kadłubem Wsią. Zlewnia Grabowca jest duża i obejmuje prawie całe lasy od Kadłuba aż po Zawadzkie. Kiedyś wał ten więc gromadził ogromny zasób wody.
Starsi z nas pamiętają jeszcze to zjawisko: na wiosnę Jemielnica występowała z brzegów i zalewała pola między Kadłubem a Piecem. Dlaczego?
Wtedy istniał jeszcze system wałów spiętrzających wodę. Wały gromadziły wodę w lasach i na mokrych łąkach przed wioską, i kierowały ją do koryta rzeki. Miało to podwójny efekt: retencji wody i ochrony przeciwpożarowej.
System ten jeszcze widać na mapach z roku 1886. Na żółto wały, na niebiesko tereny zalewowe.
Uważny czytelnik rozpozna, że tereny zalewowe na Banatkach pokrywają się z pierwotnym korytem rzeki.
Dziś z tamtego systemy nie pozostało wiele. Suche piwnice i suche łąki są pożądanym stanem dla mieszkańców i rolników, jednakże skutkować mogą pustym zbiornikiem wód głębinowych.
Dziś możemy sprawdzić, które z tych wałów jeszcze istnieją dzięki mapom LIDAR na Geoportalu.
Istnieją jeszcze oba wały w lasach w stronę Zawadzkiego spiętrzające Grabowca:
Istnieje jeszcze stary wał na Piecu spiętrzający staw hutniczy:
Jednakże wał przed samym Kadłubem już tylko istnieje szczątkowo. Z tego powodu przy powodziach woda wdziera się do wioski.
Trwa wojna trzydziestoletnia. Biją się w niej zasadniczo katolicy z protestantami. Peter Ernst II. von Mansfeld, najemnik na służbie króla duńskiego, pokonany przez katolickiego generała Wallensteina pod Dessau w roku 1626, przedziera się wraz ze swoimi żołdakami z północy na Węgry, gdzie zamierza wspólnie z Bethlenem Gaborem (władca Górnego Śląska 1620-22) zaatakować katolickich Habsburgów.
Moneta z podobizną Bethlena Gábora bita w Opolu za czasów jego panowania
Gdy jego wojska zbliżają się do Strzelec Wielkich, protestanccy mieszczanie przyjmują je z radością i zaprowadzają do klasztoru cystersów w Jemielnicy, który mansfeldczycy plądrują. Mansfelda popiera wtedy wielu Ślązaków. Wkrótce po przegonieniu wojsk protestanckich, w marcu 1628 roku, 251 osób szlacheckiego i mieszczańskiego pochodzenia obojga płci z Górnego Śląska zostało oskarżonych przez cesarskiego fiskusa przed komisją egzekucyjno-deklaracyjną utworzoną w Opolu — za jawne, tajne wspieranie pochodu mansfeldzkiego. Wyrok zapadł w maju tego samego roku: 96 oskarżonych zostało skazanych na grzywny o łącznej wysokości około 574 000 talarów. Część tej kwoty została przeznaczona na cele pobożne, np. dla kolegiaty i kościoła parafialnego oraz klasztoru w Jemielnicy.
Der Tod des Grafen von Mansfeld. Nach dem im Besitze des Crefelder Museumsvereins befindlichen Oelgemälde von Robert Forell.
Cystersi w Jemielnicy mieli się nigdy w pełni nie podnieść po wojnach husyckich. Przetrwali wprawdzie reformację, lecz zostali splądrowani podczas najazdu wojsk Mansfelda, a później także przez Sasów. Cały Górny Śląsk ucierpiał niezmiernie wskutek wojny 30-letnej. Zginęło lub umarło w skutek wojny i głodu 200.000 z 800.000 populacji całego Śląska.
Górny Śląsk w 16 wieku był konglomeratem różnorakich terytoriów. Najważniejsze stanowiły dobra należące do kamery królewskiej, potem dobra właścicieli ziemskich i ostatecznie dobra kościelne.
Archiprezbiteriat Strzelce Wielkie
W archiprezbiteriacie strzeleckim stosunki między ewangelikami a katolikami przedstawiały się niekorzystnie dla ewangelików. Wynika to z prawa patronatu (prawo do mianowania proboszcza na parafii), które w tym regionie znajdowało się w szczególnym stopniu w rękach katolickich. Mimo to życie ewangelickie, przynajmniej w zalążku, zdołało się rozwinąć — co można wywnioskować z informacji zawartych w katolickich raportach wizytacyjnych. Na przykład w miejscowości Centawa wizytator zauważył podejrzane zbiory biblioteki parafialnej, a w niej książki kalwińskie. W Obrowcu koło Żyrowej odbywano pochówki w lasach bez wiedzy i zgody proboszcza, powołując się na ewangelickiego właściciela ziemskiego Pücklera. Wskazówką na reformację w danym kościele był też brak obrazów świętych i ołtarza, który to protestanci usuwali.
W Kamieniu Śląskim było 16 luteranów, nie licząc szlachty tu i ówdzie w okolicznych wsiach; o Tarnowie mówi się, że ołtarze zostały zbezczeszczone i że trzeba odprawiać mszę nad przenośnym ołtarzem. W połowie XVI wieku mogło się sporadycznie pojawiać życie luterańskie nawet w parafiach, które później uchodziły za całkowicie katolickie. Jednak dzięki trosce rodziny Oppersdorffów, a później Gaschinów, Kościół katolicki zyskał bardzo aktywnych bojowników swojej sprawy — jako bastion przeciwko postępującej reformacji. Wymienić można kilka miejscowości: Wysoka, Jesiona i Żyrowa. Natomiast Kalinów stał się pod panem feudalnym Warlowskim gminą luterańską i dopiero w toku kontrreformacji został przyłączony do Wysokiej.
Klasztor w Jemielnicy
W miejscowościach Strzelce, Raszowa, Dębie, Rozmierz, Sucha, Grodzisko, Dolna i Tarnów prawo patronatu sprawowała komora w imieniu cesarza. Izbicko, Szymiszów i Poznowice miały luterańskich właścicieli ziemskich i były przed kontrreformacją luterańskie. W porównaniu ze średniowiecznym systemem kościelnym pięć parafii utraciło swoją samodzielność: Dębie, Sucha, Kalinów, Żyrowa i Poznowice. Dwie z tych parafii były z pewnością luterańskie, jedna prawdopodobnie, a o pozostałych nie wiadomo dokładnie. Poznowice określane są jako „adiuncta”, czyli posiadała status samodzielnej parafii i z jakiegoś powodu była obsługiwana przez sąsiedniego proboszcza. W przypadku tej parafii powodem musi być luterański kolator (patron uprawniony do mianowania proboszcza). Warto wspomnieć, że kościół na Górze Św. Anny był krótki czas luterański. Ostatecznie w dekanacie strzeleckim 10 kościołów pozostało katolickimi a 5 lub 4 stało się ewangelickimi (Szymiszów, Dębie, Centawa, Kamień Śląski, Tarnów).
W archiprezbiteriacie Opole sytuacja Kościoła katolickiego była korzystniejsza. Zarówno kapituła opolska, jak i śląska komora skutecznie prowadziły działania obronne przeciwko postępującej reformacji, wykorzystując prawa patronatu.
W rezultacie wyłania się następujący obraz: w miastach Opole i Prószków, obok parafii katolickich, powstały również wspólnoty protestanckie — z inicjatywy mieszczaństwa. Rogów, Laskowice, Kobylno, Kotórz Wielki i Ligota Turawska miały protestanckich właścicieli ziemskich, którzy wprowadzili reformację. Pozostałe parafie pozostały katolickie. Spośród 21 kościołów 13 pozostało katolickich, 7 stało się luterańskimi, a w przypadku jednego status wyznaniowy pozostaje niepewny.
Strzelce pozostawały cały czas katolickie. Dopiero gdy kupiła je rodzina Redern, powstała tam gmina ewangelicka.
Sarkofag Margarethe Rederin z domu Tschammer von Osten, żony Georga, znaleziony w strzeleckiej baszcie podczas remontu.
W roku 1552 rodzina von Redern otrzymała w formie zastawu m.in. dobra Strzelce Wielkie, Suche Łany, Mokre Łany, Rozmierz, Staniszcze, Półwieś i Zalesie, a później także Dolną, Żędowice, Dąbrówkę, Wierchlesie i Grodzisko. W 1572 zastaw został przedłużony na 18 lat. W 1553 Georg von Redern zakupił dobra Toszek i Pyskowice. Redernowie byli protestantami. Udało im się wprowadzenie reformacji tylko tam, gdzie posiadali prawo patronatu. Kościoły w Rozmierzy z Grodziskiem, Sucha i Dolna pozostały katolickie. W dobrach Toszek i Pyskowice prawie wszystkie parafie miały luterańskich pastorów. W 1583 Redern nabył Krapkowice, gdzie w tym czasie rodzina Buchta prowadziła działalność reformatorską.
Georg von Redern, był człowiekiem bardzo energicznym. Odbudował zamek, ożywił rolnictwo i rządził z dużą rozwagą. Był protestantem i aktywnie wspierał reformację. Usunął katolickiego proboszcza z Zalesia i powołał luterańskich kaznodziejów do Leśnicy oraz okolicznych wsi.
W dniu 3 czerwca 1615 cesarz Matthias sprzedał dobra Strzelce jako wolne alodium Georgowi von Redernowi młodszemu. Cesarz zastrzegł sobie prawo patronatu, co jednak nie miało znaczenia dla pozostania tam pastorów aż do roku 1629, a częściowo nawet dłużej.
Odnotowani w aktach strzeleccy protestanccy pastorzy to:
Thomas Kozyraczek (Capricornus), ustanowiony po 1565 roku, wspomniany jeszcze w roku 1613.
W chwili śmierci Georga Rederna w Strzelcach funkcjonowało 2 pastorów.
Valentin Gorisch, od 1575 proboszcz, przedtem mistrz szkolny
Nikolaus Dubiel, 1593.
Johann Rubus, około 1611 roku. W dniu 5 listopada 1611 napisał do Bytomia, że przyjmuje powołanie na pastora.
Andreas Alopinus, od około 1611 roku. W dniu 25 listopada 1611 napisał do Bytomia, że będzie za 2 tygodnie, żeby doradzić w sprawach kościelnych.
Johann Hennemann, urodzony w 1600 roku w Kłodzku
Mimo że 5 kwietnia 1629 roku w Wielkich Strzelcach głosił kazanie wiedeński jezuita Wolfgang Cygnaüs, akta potwierdzają pierwszego katolickiego proboszcza dopiero z dniem 1 stycznia 1638 roku.
W roku 1653 powstaje komisja do zamykania kościołów protestanckich i usuwania ich „heretyckich” duchownych. Składała się z duchownych i urzędników, którzy szli od parafii do parafii, żądali wydania kluczy do kościoła, wydalali ewangelickich pastorów i ponownie konsekrowali kościoły wedle potrzeby.
Podczas takiej wizytacji w 1654 roku w Strzelce były jeszcze w trzech czwartych protestanckie, co ściśle wiązało się z protestanckimi właścicielami dóbr. Byli nimi: Georg von Redern młodszy, który zmarł w 1632 roku; jego siostra, wdowa Kolowrat, przekazała majątek swojej córce Małgorzacie, zamężnej Promnitz, oraz Annie Sidonii, baronowej von Colonna. W 1659 roku majątek przypadł synowi młodszej córki, Gustawowi, baronowi Colonna von Fels. Ojciec Gustawa był protestantem i zarządzał majątkiem w imię syna. W czasie wojny trzydziestoletniej, aby uchronić swoje dobra i majątki syna przed konfiskatą, przeszedł na katolicyzm. Gustaw pozostał w sercu protestantem, na ile pozwalały ówczesne warunki i protegował ewangelickich poddanych. W połowie lat siedemdziesiątych XVII wieku katolicki proboszcz skarżył się z tego powodu u cesarza.
W roku 1657 strzelecki kościół zostaje odebrany protestantom. Wynika to z rachunku kosztów dziekana opolskiego Iwanickiego z roku 1657, członka komisji do zamykania kościołów protestanckich i usuwania ich „heretyckich” duchownych. Na liście odebranych kościołów znajdują się również Wielkie Strzelce.
Jednakże podczas wizytacji w latach 1687/88 jedna czwarta ludności była jeszcze luterańska; poza miastem Strzelce Wielkie heretycy mieli cmentarz, gdzie grzebali swoich zmarłych bez księdza, z dzwonami i śpiewem.
O sytuacji protestantów i katolików w innych miejscowościach mówi wizytacja z roku 1687/88/
Centawa Znajdowała się pod wpływem klasztoru cystersów w Jemielnicy i pozostała zawsze katolicka.
Centawa – kościół.
W raporcie wizytacyjnym z 1687/88 stwierdzono, że wszyscy parafianie są katolikami, z wyjątkiem jednego chłopa i szlachcica o nazwisku Bloch von Blotnicza; kolatorem jest Larisch, katolik. Czterech heretyków nawróciło się. Podczas wojny trzydziestoletniej ołtarze zostały sprofanowane (wówczas oznaczało to usunięcie świętych obrazów i relikwii, a nawet demontaż ołtarza). Zarówno raport z 1679, jak i ten z 1687/88 zawierają wykaz ksiąg parafialnych; lista z 1687/88 obejmuje znacznie więcej pozycji i szereg książek z kręgu kalwińskiego. Choć parafia nigdy nie była dłużej ewangelicka, to jednak księgi wskazują na czasowy wpływ reformacji.
Dębie
Miejscowość była filią Raszowej. Wizytacja z 1687/88: czy kościół jest konsekrowany, jest wątpliwe. Nabożeństwo odprawia się przy ołtarzu przenośnym. Kościół nie ma dochodów. Dwóch luteran nawróciło się.
Ligota Turawska
Wszyscy parafianie są luterańscy — tak stwierdza wizytacja z 1679 roku.
Grodzisko.
Wszyscy parafianie są katolikami.
Kędzierzyn.
W raporcie wizytacyjnym z 1687/88: kaplicę zbudowali heretycy. Melchior Milian, kapitan zamku w Bierawie, odstąpił od wiary katolickiej, chociaż w młodości był katolikiem; podobnie przed dwoma laty jedna kobieta i czworo dzieci. Jeden szlachcic przeszedł na katolicyzm. Miejscowość pojawia się na trasie komisji religijnej, która w 1653 roku zamykała luterańskie kościoły.
Kielcza.
W raporcie wizytacyjnym z 1679 roku; właściciel Gustav Colonna, luteranin. Kościół św. Bartłomieja miał „białe tynkowane ściany bez ozdób” [oznaka reformacji]. Nabożeństwo odprawiano przy ołtarzu przenośnym – raport 1687/88.
Klucz.
W raporcie wizytacyjnym z 1679 roku; kościół z 2 niepoświęconymi ołtarzami, bez ozdób, zimne ściany. Wizytator wątpi w konsekrację kościoła.
Krasiejów.
Wizytacja z 1679 r.: miejscowość jest majątkiem kamery królewskiej. Kościół św. Marcina i św. Małgorzaty, konsekrowany w 1518 r. Oprócz ołtarza głównego są jeszcze dwa ołtarze; te są konsekrowane, tamten (główny) sprofanowany.
Wizytacja z 1687/88: w kościele nie są pochowani luteranie; poza czterema luteranami wszyscy są katolikami.
Rokicze.
Wizytacja z 1687/88: kościół Wszystkich Świętych, niekonsekrowany. W nim pochowani są heretycy. Poza czterema osobami i kolatorem, panem von Larisch z Leśnicy, wszyscy parafianie są katolikami.
Rozmierz.
Wizytacja z 1687/88: kościół św. Michała, którego konsekracja jest niepewna. Nie ma dochodów. Wszyscy parafianie są katolikami. Kolatorem jest cesarz. Na mocy zarządzenia biskupa wrocławskiego z 12 maja 1565 roku proboszcz Jan von Losmietz (z Rozmierzy) został mianowany archiprezbiterem.
Szymiszów.
Wizytacja z 1687/88: tutaj w czasie reformacji luterański właściciel ziemski Skrzidlowski wzniósł kościół luterański. Jest on zanieczyszczony i zrujnowany. W krypcie pochowani są luteranie. Obecny właściciel Warlowski, luteranin, twierdzi, że jest zbyt biedny, by doprowadzić kościół do remontu.
Izbicko.
W 1598 roku urzędował tu luterański proboszcz Stanislaus Ducius, ojciec proboszcza w Dobrej Daniela Duciusa. Innym proboszczem był oławianin Simon Baumann, który 25 sierpnia 1607 roku w Legnicy został ordynowany na proboszcza Izbicka. Wizytacja z 1679 roku: w kościele nie ma obrazów; ołtarz główny został sprofanowany. Wizytacja z 1687/88: kościół św. Jana Chrzciciela; kolatorem jest Karl Ferdinand baron von Franckenberg, zatwardziały luteranin. Konsekracja kościoła jest niepewna; wcześniej odbywały się w nim nabożeństwa luterańskie.
Sucha.
Wizytacja z 1687/88: kościół św. Bartłomieja; parafianie są wszyscy katolikami. Kolatorem jest Franckenberg, luteranin.
Kamień Śląski.
Wizytacja z 1687/88: Do parafii należą pięć wsi, w których parafianie są wszyscy katolikami. W Kamieniu wciąż jest 16 luteran. Należący do parafii kościół w Poznowicach znajdował się w rękach luteran. Panem na tych ziemiach jest Georg von Kochczicki, urodzony i wychowany w luteranizmie; przez żonę był faktycznie katolikiem, aż na łożu śmierci ponownie popadł w luterański błąd.
Stary Ujazd.
Wizytacja z 1679 roku: kościół św. Michała jest konsekrowany; nie jest ozdobny, lecz przypomina jaskinię. Ołtarz Trójcy Świętej jest sprofanowany. Tabernakulum istnieje, ale bez Najświętszego Sakramentu. Wizytacja z 1687/88: kościół św. Michała nie jest (!) konsekrowany; ołtarz jest obecny, lecz niepoświęcony.
Ujazd
wraz z miejscowościami Stary Ujazd, Klucz, Zimna Wódka, Jaryszów, Poniszowice, Niewiesze, Niekarmia, Biskupce, Sośnica i Zabrze należał do roku 1524 bezpośrednio do biskupa wrocławskiego. W tym roku Ujazd przeszedł na własność Mikołaja z Bierawy.
12 maja 1563 biskup wrocławski napisał do kolejnego właściciela, Kaspara von Dluhomil, że proboszczowie okręgu ujazdowskiego skarżyli się na niektórych szlachciców, którzy odmawiali im posługi, częściowo odbierali dochody i żądali od nich udzielania sakramentów według własnego uznania. Również sam Dluhomil pozbawił proboszcza Simona niektórych dochodów. Później z powodu właścicieli ziemskich kościół przeszedł całkowicie w ręce luterańskie.
Wizytacja z 1687/88: kościół św. Andrzeja. Parafianie wszyscy katolicy. 150 konwertowało. Kolatorem jest Praschma.
Po oficjalnym zamknięciu kościołów, protestanci skrycie praktykowali swoją wiarę. Świadczy o tym ilość wniosków o zgodę na kościół w roku 1742 do króla, kierowanych przez śląskich protestantów zaraz po podbiciu Śląska przez Prusy. Fryderyk bowiem był zdania, że każdy ma prawo iść do świętości swoją własną ścieżką. Już w roku 1742/3 powstały wspólnoty w Graczach pod Prudnikiem, Niemodlinie, Tarnowskich Górach czy Pszczynie.
Joanna Mrohs
Źródła
Die Reformation in Oberschlesien: Ausbreitung und Verlauf, Karzel, Othmar
Acta publica. Verhandlungen und Correspondenzen der schlesischen Fürsten und Stände. Bd. 7, Jg. 1628
Jest to opowiadanie o radykalizacji nauczycieli i uczniów strzeleckiego liceum. O ty, że nawet ksiądz nauczył się salutu niemieckiego. O ty, że strzeleccy żydzi byli trzydniowi i nie chcieli wyjechać, bo czuli się Niemcami.
Autorem jest Ezra Feinberg, urodzony 22.4.1922 w Würzburgu, ocalały z zagłady, zmarły w Izraelu.
Jego ojciec to Dr. phil. Gerson Feinberg, który zostaje rabinem okręgowym w Gross Strehlitz w roku 1929. W 1936 zostaje zwolniony. Rozstrzelany w Rydze w 1942 roku.
W Groß-Strehlitz moja rodzina miała doświadczyć końca demokracji weimarskiej i początku Trzeciej Rzeszy. Jakże mało wtedy przeczuwałyśmy, przez co przyjdzie nam przejść w nadchodzących latach!
Miasto, liczące około dwanaście tysięcy mieszkańców, prowadziło wówczas raczej spokojne życie. Przebiegająca przez nie droga krajowa pozostała jego główną arterią. W centrum miejscowości droga ta rozszerzała się w plac otoczony czterema rzędami domów, zwany „Ringiem”. Na Ringu znajdował się ratusz oraz pomnik poległych w wojnie 1914-18.
W dni targowe po jego brukowanej nawierzchni turkotały wozy chłopskie z okolicznych wiosek, a ze wszystkich stron słychać było okrzyki „Hotta-hü” oraz pomruki, gdakanie i kwakanie oferowanych do sprzedaży zwierząt.
W niedzielę miasteczko roiło się od uczestników nabożeństw. Czasami maszerowało stowarzyszenie weteranów wojennych i otaczało pomnik poległych kultowymi hołdami. W pozostałe dni nad miastem panowała nudna, spokojna cisza. Na progach swoich sklepów stali właściciele, wpatrywali się w ulicę i śledzili przechodzących pieszych.
W Groß-Strehlitz niewiele się działo — narzekali sami mieszkańcy. A jednak było to prawdziwe miasto powiatowe ze wszystkim, co do tego należy. Miało burmistrza i radę miejską. Lekarze, adwokaci, sędzia miejski, proboszcz, pastor i rabin pełnili swoje obowiązki. Istniała szkoła podstawowa, liceum humanistyczne, synagoga z około pięciuset miejscami siedzącymi, protestancki kościół o podobnej wielkości oraz znacznie większy kościół katolicki.
Przy drogach wylotowych z miasta leżały wszędzie wsie o polsko brzmiących nazwach. W mieście dominowała niemiecka cywilizacja, na wsiach — polska, mimo wszelkich wysiłków germanizacyjnych. Chłopi mówili bardzo słabą niemczyzną. Ich właściwym językiem był polski dialekt, tak zwany „Wasserpolnisch”. Mieszkańcy miasta posługiwali się stosunkowo poprawnym niemieckim, przesiąkniętym jedynie kilkoma polskimi wyrażeniami.
Nasz południowoniemiecki dialekt i obce obyczaje, które przywieźliśmy z Heilbronn, były przez mieszkańców Groß-Strelitz wyśmiewane, czasem nawet szyderczo komentowane. To jednak wcale nie osłabiło naszej szkolnej dumy. Moim kolegom szkolnym przypominałem często, że życzę sobie szacunku wobec mnie, urodzonego w szlachetnym kraju Szwabii.
Także moje starsze rodzeństwo patrzyło z pogardą na Górnoślązaków. Mój ojciec zdawał się odczuwać to inaczej. Nasze powtarzające się zarzuty, dlaczego spośród wszystkich regionów Niemiec wybrał właśnie tę odległą miejscowość targową z jej zadziornym typem ludzi, skłoniły go do bardziej szczegółowego wyjaśnienia.
Powinniśmy — mówił — nie pogardzać Górnoślązakami ani ich nietolerancyjnie odrzucać tylko dlatego, że nie są tak uprzejmi jak mieszkańcy Wirtembergii. Zawsze wiedli ciężkie życie. Od wielu pokoleń musieli zmieniać barwy i kolejno okazywać polski, austriacki i pruski patriotyzm. Nie można oczekiwać od dzieci z tak nieszczęsnego regionu, że będą tak prostolinijne i ufne jak dzieci z południowych Niemiec. Powinniśmy po prostu uzbroić się w cierpliwość — z czasem przestaną wydawać się nam obcy.
Ojciec chętnie posłuchał wezwania do Gross Strehlitz. Chciał pozyskać żydów z tego górnośląskiego miasteczka dla nauk żydowskich i uczynić ich pobożnymi.
„Trzydniowi żydzi”
Zaczynałem stopniowo rozumieć, co mój ojciec miał na myśli, mówiąc „uczynić pobożnymi”, gdy codziennie przychodziłem na nabożeństwa do synagogi i przebywałem w żydowskich domach.
Jako budynek synagoga w Groß-Strehlitz była znacznie większa i bardziej okazała niż ortodoksyjna synagoga w Heilbronn. Jednak przez większość dni w roku sprawiała wrażenie opuszczonej. Nieliczni wierni, którzy przychodzili na nabożeństwo w szabat, gubili się w rzędach ławek i znikali w półmroku. Kto chciał zastać członków gminy żydowskiej w szabat, powinien był ich szukać w ich geszeftach, gdyś większość z nich była sklepikarzami i święty dzień spędzali w pracy. Natomiast w żydowski Nowy Rok synagoga była niemal całkowicie zapełniona. Według Biblii i żydowskiej tradycji to szabat posiada wyższy stopień świętości niż Nowy Rok. Ale żydzi strzeleccy zrobili z szabatu dzień roboczy i wszystkie obrzędy skumulowali na trzy dni w roku. Z tego powodu ortodoksyjni żydzi nazywali ich prześmiewczo „żydami trzydniowymi”.
W gminie było niewielkie grono pobożnych żydów. Większość stanowili „trzydniowi żydzi”. Była też pewna liczba żydów, którzy poprzez małżeństwo z chrześcijańską kobietą całkowicie odcięli się od wspólnoty wyznaniowej judaizmu.
Zachowanie trzydniowych żydów stanowiło dla mojego dziecięcego umysłu irytującą zagadkę. Z kręgu życia tradycyjnej wspólnoty w Heilbronn wyniosłem wyraźne wyobrażenie o tym, co odróżnia żydów od chrześcijan. Teraz po raz pierwszy zobaczyłem, że są też ludzie, którzy przyznają się do judaizmu tylko werbalnie. Ich nabożeństwo nie było zabawą, ale też nie było poważne, było czymś, co nie potrafiłem ubrać w słowa. Byli w stanie w środku modlitwy rozmawiać spokojnie ze sobą między ławkami. Gdy kantor zaintonował pieśń za zbawienie zmarłych, płakali ze wzruszenia. Naruszało i dezorientowało to moją dziecięcą naiwność, tym bardziej, że strzeleccy żydzi sami wzruszali ramiona wobec swoich praktyk religijnych i równocześnie domagali się szacunku.
Byli zadowoleni, że kantor załatwiał ceremonię za nich, jako że czuli się sami nieporadni w odprawianiu rytuałów, które mogły sprzyjać zapewnieniu zbawienia duszy. Kantor, urzędnik synagogi o stałym uposażeniu, posiadał umiejętności, jakich oczekuje się od zawodowego specjalisty: potrafił nie tylko odmawiać wieczorne modlitwy, ale także — zależnie od potrzeby — wygłaszać je uczuciowo i melodyjnie albo czytać je z kartki z zadziwiającą szybkością języka. Ponadto udzielał najmłodszym dzieciom ze wspólnoty podstawowych lekcji hebrajskiego i dokonywał uboju kur i gęsi zgodnie z rytuałem. Jego ulubionym miejscem był pulpit kantora. W czasie wielkich świąt był nieodzowny. Czasami dawał się nawet namówić, by w swoim mieszkaniu zaprezentować próbkę swojej sztuki śpiewu i modlitwy.
Próby ratunku
Ojciec postawił sobie za cel nawrócenie małomiasteczkowych żydów górnośląskich. Pociągiem odwiedzał po kolei swoje 12 gmin. Z radością przyjął propozycję nauczania religii w strzeleckim liceum. Uczniowie słuchali w bezruchu i dziwili się, że z takim entuzjazmem można mówić o starych zwyczajach zakładania skórzanych pasków do modlitwy i koszernym jedzeniu.
Nawracanie opornych strzeleckich żydów przyniosło w końcu niewielki sukces. Ojcu udało się przekonać coraz większą liczbę żydowskich rodzin do przestrzegania zasad koszerności. Jednakże nie udało mu się doprowadzić do zamknięcia sklepów w szabat. Trzydniowi żydzi przestali jedynie stawać w szabat ostentacyjne przed wejściem do sklepiku, a gdy ojciec przechodził, chowali się w głębi pomieszczeń.
Częste zmiany rządów w Berlinie, burzliwe walki partyjne, które poprzedzały początek Trzeciej Rzeszy, odbijały się echem aż w Groß Strelitz. To, co mogłem pojąć moim dziecięcym rozumem, mogę oddać jedynie w ogólnym zarysie. Natłok wydarzeń był tak dezorientujący, że nawet dorosły miałby trudności…
Wystawy sklepowe, mury i fasady domów pokrywały się coraz to nowymi plakatami propagandowymi. Czego właściwie chciały partie, które nawzajem tak ordynarnie się obrzucały wyzwiskami, my – dziesięciolatki – oczywiście nie rozumieliśmy. Jedno było pewne: musiało im bardzo zależeć na swojej sprawie. Widzieliśmy na własne oczy, jak bili się o nią do krwi.
W czasie kryzysu i częstych zmian rządów ojciec głosował na katolicką Partię Centrum, „ponieważ trzyma się z dala od wszelkiego ekstremizmu i skupia wielu bogobojnych ludzi w swoich szeregach.” Nawet krótko po mianowaniu Hitlera kanclerzem Rzeszy, gdy żydzi wciąż mieli prawa wyborcze, ojciec pozostał wierny Centrum. A ta partia 24 marca 1933 roku zagłosowała za przyznaniem Hitlerowi pełnomocnictw, przyczyniając się tym samym do zakończenia własnej działalności i do upadku konstytucji weimarskiej!
Pewnego dnia w szkole ogłoszono, że wieczorem odbędzie się uroczystość. Każdy, kto miał ochotę, był zaproszony do udziału. Gdy o wyznaczonej godzinie przyszedłem do szkoły, uczniowie byli już ustawieni klasami w kolumny i szykowali się, by pod przewodnictwem nauczycieli maszerować przez miasto. Szybko dołączyłem do nich i – jak wszyscy – dostałem do ręki pochodnię.
Gdy dotarliśmy do lepiej oświetlonych ulic w centrum miasta, zauważyłem, że w pochodzie maszerowały nie tylko uczniowie naszego gimnazjum, lecz także innych szkół – a nie tylko szkół, również członkowie Hitlerjugend i SA. „Orkiestra” okazała się być orkiestrą marszową SA. Co to miało znaczyć? Czy to nie była impreza organizowana przez hitlerowców? Co ja miałem z nimi wspólnego? Nie, to nie mogło być zgromadzenie Hitlera! Przecież nie zaproszono by nas wtedy do szkoły!
Dopiero długo po tamtym pamiętnym wieczorze zrozumiałem, że naszym pochodem z pochodniami świętowaliśmy mianowanie Hitlera na kanclerza Rzeszy. Dlaczego dr Paulus i inni znani z lojalności nauczyciele w tym uczestniczyli? Czy byli tak samo nieświadomi jak my, uczniowie pierwszej klasy gimnazjum?
Już kilka tygodni po tamtym wieczorze z pochodniami zaczęto szeptem przekazywać nowiny: „Zabrali go w środku nocy…” Co to wszystko miało oznaczać, tego nam – dzieciom – nikt nie wyjaśnił. Wiedzieliśmy tylko tyle, ile sami potrafiliśmy sobie dopowiedzieć: działy się jakieś złowrogie rzeczy i miały one coś wspólnego z brunatnymi mundurami hitlerowców, którzy nosili białe opaski z napisem „Hilfspolizei” i patrolowali ulice uzbrojeni w gumowe pałki. Dlaczego nagle zwykła policja przestała wystarczać i w czym ci brunatni mieli jej pomagać – tego się nie dowiedzieliśmy.
Według szeptanych pogłosek kilku komunistów i socjaldemokratów z Groß-Strehlitz nagle zniknęło. Niektórzy pojawili się ponownie po dwóch, trzech dniach z obandażowanymi kończynami; inni nadal przebywali w „areszcie ochronnym”. Takie wyrażenia jak „policja pomocnicza” i „areszt ochronny” nigdy wcześniej nie dotarły do naszych uszu.
Na pierwszy rzut oka w Groß-Strehlitz było spokojniej niż wcześniej. Tumulty i bójki już się nie zdarzały. Zamiast tego przez ulice szły pochody z fanfarami i bębnami, z domów zwisały flagi ze swastyką. Ludność wychodziła na ulice, żeby śledzić ten spektakl. Piekarz Przywacs zostawił swoich klientów bez słowa i wyszedł w swoim białym fartuchu na chodnik.
Z naszego mieszkania mogliśmy dobrze obserwować pochody. Mój ojciec również szedł do okna, żeby je obserwować. Nasz sąsiad z domu naprzeciwko, adwokat dr Kurz, także wychylał głowę. Z jego mieszkania nie zwisała flaga ze swastyką. Kurz wcześniej nigdy nie miał kontaktu z moim ojcem. Od czasu przejęcia władzy zaczął go pozdrawiać, a gdy spotykał go na ulicy, nie pozostawiał wątpliwości, co myślał o nowych rządach. Gdy brunatne kolumny maszerowały z bębnami i fanfarami, Kurz wymachiwał ręką, jakby chciał uderzyć w bęben z okna, po czym zakończył gestem pogardliwego odrzucenia w stronę pochodu. Ojciec i my, dzieci, patrzyliśmy na niego z rozbawieniem. „Nie, nie jesteśmy sami!” powiedział wtedy ojciec, „są jeszcze Niemcy, którzy nie chcą mieć z nazistami nic wspólnego”
Podczas ferii wielkanocnych w 1933 roku nie spotkałem żadnego z moich kolegów z klasy – z wyjątkiem Antona Krutzschecka, którego wolałbym nie widzieć; uchodził za leniwego, fałszywego i kłamliwego. Na ulicy ledwo bym się za nim obejrzał, gdyby nie to, że kilkakrotnie pojawił się w nietypowym stroju. Naprawdę – ten cherlak maszerował na czele oddziału Jungvolk i uderzał w bęben landsknechta, aż dudniło po całej ulicy. W Hitlerjugend najwyraźniej odgrywał bardziej błyskotliwą rolę niż w szkolnej ławce.
Wiosną 1933 roku w synagodze w Groß-Strehlitz zaobserwowano znaczącą zmianę. Przez wiele lat dom modlitwy stał jak samotna skała – cichy, smutny, dostojny, porośnięty mchem, utrzymywany przez kilku urzędników, rzadko odwiedzany. Teraz znów stał się centrum życia. Kto chciał zobaczyć zgromadzoną wspólnotę, nie musiał już czekać do święta Nowego Roku. Rzadko mijał tydzień, by sala na górnym piętrze nie wypełniła się ludźmi. Jednakże zgromadzeni nie przychodzili na modlitwy, ale żeby dyskutować o sytuacji żydów. „Jesteśmy narodem albo wspólnotą religijną? Niemcami czy Żydami?
Po kilku wieczorach dyskusyjnych zaczęto mówić o podziale wspólnoty na dwa obozy. Po jednej stronie rosło poparcie dla lokalnej grupy syjonistycznej. Po drugiej stronie ludzie gromadzili się pod sztandarami „Centralnego Związku Niemieckich Obywateli Państwa Wyznania Mojżeszowego” oraz „Reichsbundu Żydowskich Żołnierzy Frontowych”. Pod ich wpływem powstała także lokalna grupa „Związku Niemiecko-Żydowskiej Młodzieży”. Syjoniści również założyli własną grupę młodzieżową.
Spór między syjonistami a niemieckimi Żydami rozgrywał się w wielu mieszkaniach prywatnych. Rodzeństwo poróżniło się, przyjaciele się rozeszli, synowie o syjonistycznych skłonnościach buntowali się przeciwko ojcom. Zdarzały się nawrócenia osób o niemiecko-patriotycznym nastawieniu na syjonizm – mimo fali drwin i plotek, jakimi mieszkańcy małych miasteczek karali każdą zmianę flagi.
Pewnego dnia wszyscy nauczyciele i uczniowie zgromadzili się w auli. Dyrektor wszedł na mównicę i wygłosił przemówienie. Nagle z szeregów uczniów rozległy się okrzyki. Wszyscy spojrzeli oburzeni: kto śmiał przerwać przemowę dyrektora? Wtedy dostrzeżono winowajcę: unterbannführera Hitlerjugend. Wstał z miejsca w pierwszym rzędzie i zażądał, by dyrektor natychmiast zszedł z podium – na oczach wszystkich nauczycieli i uczniów. Stało się coś niewiarygodnego: dyrektor Bergmann był zmuszony podporządkować się żądaniu niedoinformowanego młodzieńca. Następnie przywódca Hitlerjugend wszedł na podium i ogłosił, że dyrektor zostaje odwołany z powodu braku wiarygodności.
Wakat dyrektor pozostawał kilka tygodni pusty. Aż pojawił się nowy dyrektor. Mężczyzna, około czterdziestki, przedstawił się w auli jako „pełniący obowiązki dyrektora”. Był niskiego wzrostu, szczupły, ubrany w ciemnobrązowy garnitur, z wąsem przypominającym wąs Hitlera. Jego wyraźne zęby, pełne wargi i rysy twarzy przywodziły na myśl osobę o cechach afrykańskich. Spoza okularów spoglądały oczy, których nie dało się przeniknąć, a jego wyraz twarzy był poważny. Szybki chód nie pasował do jego wątłej sylwetki. Nazywał się Pierke i pochodził z Gliwic. Uczył matematyki i biologii w tej placówce. Krążyła pogłoska, że Pierke, jako asesor, był członkiem partii – jednym ze „starych bojowników”.
Nowy dyrektor rozpoczął wprowadzanie zmian. Na ścianach zwisły od razu portrety Hitlera. Do programu nauczania dodano nowe przedmioty; spośród dotychczasowych niewiele pozostało bez zmian. Do lekcji rysunku jako przedmiot dodatkowy dołączono zajęcia praktyczne. Poświęcano je głównie budowie modeli samolotów. Zajęcia gimnastyczne przekształcono w trening wojskowy. Boks, ćwiczenia terenowe, rzucanie granatami i tym podobne zajęcia zajęły obok musztry ważne miejsce.
Całkowicie nowy przedmiot nosił nazwę „Nauczanie narodowo-polityczne”.
Wprowadzenie porannych apeli szkolnych było jedną z ważniejszych nowości. Pamiętam zakończenie roku szkolnego, kiedy po rozdaniu świadectw wszyscy uczniowie i nauczyciele zgromadzili się razem. Uczniowie wykonywali swoje zadania w sposób uporządkowany – byli „podoficerowie” i „naczelny dowódca”. Podczas uroczystego podniesienia flagi dyrektor Pierke wygłosił przemówienie. Mówił o tym, że każdy powinien wykorzystywać swoje siły i zdolności dla dobra szkoły, i wychwalał przywódcę za jego dzieło odbudowy.
W latach 1934–35 w gimnazjum w Groß-Strehlitz doszło do istotnych zmian kadrowych. Dyrektora wspierała teraz część nowego grona pedagogicznego – wielu z nich było członkami SA i nosiło brunatne koszule z symbolami narodowosocjalistycznymi. Jedyny starszy nauczyciel Schmiedhammer, krytycznie nastawiony do narodowych socjalistów, został wkrótce karnie przeniesiony w inne miejsce.
Pamiętam jeszcze, jak zbladłem, gdy odczytano nowy dekret ministra nauki, wychowania i edukacji narodowej. Dekret brzmiał: „Nauczyciele i uczniowie okazują sobie nawzajem niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski) – zarówno w szkole, jak i poza nią. Nauczyciel rozpoczyna każdą lekcję salutem.
Tam, gdzie dotąd lekcje religii katolickiej rozpoczynały się i kończyły zwrotem: „Pochwalony Jezus Chrystus – Na wieki wieków. Amen”, odtąd należało na początku lekcji wykonać niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski), a tradycyjny zwrot wypowiadać dopiero na zakończenie lekcji.”
„Aryjczycy”, niezależnie czy nauczyciele, czy uczniowie, musieli oddawać hołd Hitlerowi dziesięć do dwunastu razy dziennie. Kto nie uczestniczył, nie mógł pozostać w gimnazjum. Warto od razu zaznaczyć: w gimnazjum w Groß-Strehlitz nie odnotowano ani jednego przypadku odmowy.
Nawet tak wierzący katolik jak dr. Paulus nauczył się wymawiać te pozdrowienie. Twarz wykrzywia mu wtedy grymas. Akcentował słowo Heil [zbawienie], jak przystało chrześcijaninowi – podkreślał.
Schmiedhammer nie wahał się tak długo jak Paulus; wypowiedział pozdrowienie Hitlera z takim zapałem, jakby gryzł soczyste jabłko – tylko że zaraz potem skrzywił twarz, jakby trafił na robaka. Zawsze obserwowałem jego figlarną mimikę z mieszaniną niepokoju i rozbawienia.
Gdy katolicki duszpasterz szkolny, ksiądz Zylka, szeptał „Heil Hitler”, jego łysina pokrywała się lekkim rumieńcem, a wodnobłękitne oczy stawały się małe i okrągłe jak oczy kury.
W pierwszym roku po przejęciu władzy około połowa naszych nauczycieli uczestniczyła w brunatnym kulcie tylko niechętnie. To było w pewnym sensie pocieszające. Ich głębokie zakłopotanie, widoczny konflikt sumienia świadczyły o tym, że poczucie godności i człowieczeństwa zostało naruszone, ale nie całkowicie zniszczone. W ciągu jednego roku szkolnego nasi nauczyciele musieli publicznie oddać hołd Hitlerowi około dwa tysiące pięćset razy. Czy można się dziwić, że ksiądz Zylka w końcu wypowiadał „Heil Hitler” bez rumieńca? Nawet dr Paulus zdawał się już nie toczyć tak ciężkiej walki z samym sobą. Ja również stopniowo obojętniałem na potworność kultu Führera.
Asesor Billig powiedział pewnego dnia, że nie ma bardziej pouczającego zajęcia niż zapoznanie się z tymi ludźmi, którym zawdzięcza się istnienie, wiarę i zdolności. Jednostka uświadamia sobie swoje znaczenie dla narodu dopiero wtedy, gdy postrzega siebie w kontekście łańcucha swoich przodków. Nikt nie jest do tego zobowiązany, ale on, Billig, chętnie widziałby, gdyby każdy uczeń sporządził drzewo przodków. Należałoby uwzględnić daty urodzenia, zawód, służbę wojskową i inne główne wydarzenia z życiorysu przodków. Szczególną uwagę należałoby zwrócić także na ich cechy osobiste: czy mieli gwałtowny temperament czy spokojną krew, czy skłaniali się ku przygodom, czy raczej prowadzili uporządkowane życie.
Te słowa, wypowiedziane przez Billiga w jego pogodnym, gawędziarskim tonie, oczarowały mnie. Nagle ogarnęła mnie niepohamowana ciekawość: jak wyglądali moi przodkowie, jak żyli, jak im się powodziło. Mój ojciec mógł zaspokoić moją żądzę wiedzy tylko w ograniczonym stopniu. Jego relacje sięgały zaledwie czterech pokoleń wstecz. Ujawniło się następujące: moi przodkowie byli, z jednym wyjątkiem, wszyscy rabinami. Tylko mój prapradziadek był kupcem. Moi przodkowie mieszkali od dwóch pokoleń w Bawarii. Przybyli tam z Prus Wschodnich. Istniały również przesłanki, że mój praprapradziadek pochodził pierwotnie z Litwy. Dalsze informacje o przodkach nie zachowały się. Jedyną rzeczą, jaką mój ojciec znalazł jeszcze w jednej szufladzie, była fotografia dziadka. Była jednak tak zamazana, że nie dało się na niej rozpoznać niczego poza mężczyzną z pełną brodą.
Musiały się wydarzyć jeszcze gorsze rzeczy, zanim mój ojciec mimo swojego wieku, zdecydował się opuścić Niemcy. Wykluczenie żydów z życia publicznego, oczernianie w prasie i radiu, deklasacja przez prawo zmusiło wielu żydów strzeleckich do emigracji. Jeden z moich kolegów wyjechał do Palestyny, inni wyjechali do Ameryki lub Australii. Pozostali patrioci z kręgu Związku Rzeszy Żydowskich Żołnierzy Frontowych, ludzie bez zawodu odpowiedniego do emigracji, biedni, którzy nie byli w stanie zapłacić wyjazdu. Ze znajomych w strzeleckiej gminie żydowskiej został też głuchoniemy robotnik Markus i niepełnosprawny Guli.
Ostatecznie ojciec został zwolniony z funkcji rabina z braku środków i wyjechaliśmy do Schönlake.
Jadąc od strony Rozmierki, zaraz za Kronospanem po lewej stronie przy wjeździe do znajduje się jedno z najstarszych cmentarzysk w naszej okolicy.
Około 3000 lat temu wykształca w naszej części Śląska kultura, którą wyróżniają podobne zwyczaje pogrzebowe i kultura materialna. Nazwano to zjawisko kulturą łużycką. Wspólną cechą grupy, która zamieszkiwała naszą część Śląska, był birytualizm dla obrządku pogrzebowego. Na większości cmentarzysk tej kultury równolegle stosowano kremację i inhumację.
Groby szkieletowe były orientowane na osi N-S. Zmarłych układano w pozycji na wznak lub lekko skurczonych na boku. Pochówki były wyposażane w ceramikę, ozdoby, czasem narzędzia. Do cmentarzysk z tego okresu zalicza się m.in. Strzelce Opolskie-Adamowice (111 grobów, w tym 98 szkieletowych, 13 ciałopalnych).
Na adamowickich polach znajdywano dziwne przedmioty już od 150 lat. Trafiały one potem do lokalnych muzeów, np. w Strzelcach, Wrocławiu czy Gliwicach.
Pierwsze wykopaliska sprzed roku 1900 zidentyfikowały 80 grobów w 12 rzędach. Ciała leżały wyprostowane na plecach, głowa skierowana była zazwyczaj na północ. Groby znajdywały się na głębokości około 1m, obłożone ze wszystkich stron kamieniami, tworząc swego rodzaju „kamienną skrzynię”. W okolicy głowy składano 1 do 5 naczyń glinianych. W grobach znaleziono dobrze zachowane szkielety osób średniego wzrostu, czaszki posiadały zdrowe zęby.
Lista przedmiotów znajdywanych na tym cmentarzysku jest imponująca. Najładniejsze trafiły do Wrocławia, gdzie częściowo są podobno do dziś: gliniane naczynia z uchem, brązowa biżuteria, w tym bransolety, pierścienie, obejmy na ramię, nogę, szyję, włosy, także dziecięce, zapinki, koraliki, żelazne noże, żelazne szpice do lancetów, brązowe toporki.
Cmentarzysko było użytkowane od późnego brązu (900–700 p.n.e) do wczesnej epoki żelaza (600 p.n.e).
Wedle najnowszych badań genetycznych tereny europejskie charakteryzowała zasadniczo ciągłość osadnicza. Jest wielce prawdopodobne, że pochowani są tam nasi prapraprapra….….dziadkowie.
Joanna Mrohs
Źródła: Altschlesien, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu