Funkcja

Plebiscyt a klątwa Matki Boskiej Częstochowskiej

Dnia 20. marca mija rocznica plebiscytu na Śląsku. Z tej okazji prezentujemy zapisy dotyczące tamtych wydarzeń w kadłubskiej kronice szkolnej.

Pełna treść kroniki w języku niemieckim i polskim znajduje się w publikacji: Parafia i szkoła w Kadłubie : kronika katolickiej szkoły w Kadłubie, autor ks. Franciszek Wolnik

Kronika szkoły w Kadłubie została uratowana w 1945 roku przez Josepha Miensoka przypadkiem, ze sterty niemieckich książek palonych przed szkołą przez nowo przybyłą administrację polską. Przechowywana była w tajemnicy przez lata przez rodzinę Miensok. Została przepisana i przetłumaczona przez Pana Henryka Grinera.

Wpis w kronice w latach 1920 / 1921 dokonywał nauczyciel Meyer

Rok szkolny 1920/21

Zgodnie z zarządzeniem z początkiem roku szkolnego wprowadzono do planu naukę języka polskiego i religii w tym  języku.

Zajęcia prowadził nauczyciel Karhan. Pomimo, iż z ambony  wszystkimi środkami, a nawet przymusem, zachęcano do brania udziału w tych lekcjach, tylko 19% dzieci uczestniczyło w lekcjach religii, a 8% w nauce języka polskiego. Z 48 dzieci pierwszokomunijnych tylko 3 brało udział w przygotowaniu do tego sakramentu prowadzonym w języku polskim. Liczba uczniów w szkole ciągle maleje. Teraz, kiedy przezwyciężono już trudności żywnościowe w miastach i Okręgu Przemysłowym, wracają do siebie wszyscy ci, którzy w czasie wojny przybyli do nas. Do szkoły przyjęto 27 dzieci, a 11 zwolniono przedwcześnie. Należy jednak stwierdzić, że wyniki nauczania obecnie zwalnianych ze szkoły są znacznie gorsze niż u dzieci kończących szkołę przed wojną. Stało się tak dlatego, że w czasie wojny dzieci wykonywały najróżniejsze prace, między innymi przeprowadzały różne zbiorki, skracano im zajęcia szkolne, tak, że nie zdążono osiągnąć pożądanych wyników. Te niedociągnięcia ujawniły się w czasie ostatniego poboru do wojska i agitacji za Polską. W kuszący sposób zarzucono przynętę przynoszącą zgubę naszej Ojczyźnie. Zupełnie swobodnie i zgodnie z prawem. Brak szacunku do cesarza i administracji państwowej. Do tego doszła walka plebiscytowa, okrutna walka między niemiecko- i polskojęzycznymi Górnoślązakami. Wskutek tego ucierpiała również szkoła. Dotychczas szkoła była traktowana, przynajmniej przez lud wiejski, jako świętość, jako córka Kościoła, a nauczycieli traktowano jako przywódców naszej społeczności, prowadzących ją ku dającym szczęście ziemskim i duchowym celom. Szkoła znajdowała w tej pracy skuteczne wsparcie w duchowieństwie. Niedawno zmarły proboszcz ks. Paweł Conrad nie przeoczył żadnej okazji by wyróżnić szkołę i jej nauczycieli. Obcy nam, przekupieni podżegacze uznali naszą szkołę za placówkę tresury germańskiej, w której nauczyciele są hakatystami pragnącymi wytępić język polski. Na polskim zebraniu główny nauczyciel poprosił mówcę, aby przedstawił chociaż jeden dowód na te zarzuty – milczenie było odpowiedzią. Również taki sam skutek przyniosło to pytanie zadane wszystkim zebranym.

Sięgnięto więc po inne metody. Niektórych ludzi kupiono dla Polski, przekonano miejscowego duchownego. „Polski powiatowy inspektor szkolny” Kulig namawiał po domach, by składać oskarżenia przeciwko głównemu nauczycielowi. Kulig obiecywał, że na nowym, polskim Górnym Śląsku wszyscy nauczyciele, którzy nie znają języka polskiego powinni być przeniesieni do dużych miast. Miejscowy duchowny, który 8 dni wcześniej w pierwszej klasie wypowiedział swe pełne uznanie dla osiągnięć szkoły w wychowaniu religijnym i w nauczaniu, wypowiedział swoje zdanie na temat niemieckiej szkoły w gospodzie. Wziął on udział w pochodzie polskich sokolistów, ubrany w ornat.

3 maja 1920, pochód przez Osiek, zorganizowany przez Alojzego Szulca (niesie sztandar). Zdjęcie pochodzi z książki: Ryszard Kaczmarek „Powstania Śląskie – Nieznana wojna polsko-niemiecka”

Na próżno zwracało się do niego 21 nauczycieli naszej parafii, by zwrócić uwagę na fakt, że przy tej jego postawie wykluczona jest współpraca ze szkolą. Mieliśmy ten „zaszczyt” zobaczyć w naszej gospodzie naszego duchownego wśród brzęczących kieliszków, który wygłaszał nowe nauki. Ale na zebrania organizowane w szkole, mające na celu zbudowanie kościoła nikt z nich nie przychodził. W ten sposób poddawany był naciskom i wpływom prostoduszny nasz lud, a jako ostatni argument używana była „Matka Boska Częstochowska” grożąca swą klątwą [jeżeli ktoś zagłosuje za Niemcami]. Bał się nasz lud przyznawać do kontaktów ze szkołą. Łatwo można było być podejrzanym, że jest się Niemcem. A co to znaczy u Polaków okazało się 6 lipca. Trzystu Polaków przybyło w świątecznym pochodzie, dowiadując się, kto jest Niemcem. W szkole pobili do nieprzytomności pana Mrohsa [Thomasa Mrohsa, właściciela gospody], a kupca Meyera zabili. Mrohs kandydował z ramienia Partii Niemieckiej do nowo wybranego zarządu gminy. Partia Niemiecka obsadziła w nim 10 miejsc, a Polacy 5. Zebrania gminne, które z reguły kończyły się bójkami, dają obraz obecnej sytuacji politycznej. Związek miłości i zaufania pomiędzy niemiecko- i polskojęzycznymi obywatelami, pomiędzy gminą i szkolą, który utrzymywany był uczciwie od pradawnych czasów, niszczono. Szkoła stała się placem boju i dzikiej walki narodowościowej, zamiast pielęgnować miłość do Boga, do Ojczyzny, do własnego kraju, do niemieckich zwyczajów i niemieckiej kultury, dzięki której kraj mógł się rozwijać. Ta szkoła nigdy nie była miejscem, gdzie uczono nienawiści.

Nie chcę tu opisywać, jakie zniesławiające nas pozwy kierowane były do inspektora powiatowego i innych urzędów. Nie udały się jednak manipulacje przeciwko nauczycielom. Również bezskutecznie poszukiwania broni w szkole nie dały podstaw do zastosowania restrykcji wobec nauczycieli. Najważniejszą jednak rzeczą były próby zdyskredytowania w oczach  mieszkańców miejscowości naszych przywódców.

Na jeden dzień przed głosowaniem plebiscytowym zastosowano ostatni środek. Celem „oświecenia” zarządzona została powszechna spowiedź. Poprzez niegodne wykorzystanie władzy duchownej obowiązkiem religijnym stało się głosowanie za Polską. Głosowanie odbyło się 20 marca 1921 roku. 547 osób głosowało w naszej miejscowości (330 osób za Polską, 273 za Niemcami). W porównaniu z sąsiednimi miejscowościami jest to wynik stosunkowo dobry. W powiecie Strzelce Wielkie uzyskaliśmy wynik 49% za Niemcami, a na całym Górnym Śląsku 60%. Chwała niech będzie naszej Ojczyźnie, która po przeżyciu trwogi i ciężkich dni wraca w ramiona matki Germanii.

Rok szkolny 1921/22

Bezpośrednio po plebiscycie nie wszyscy chcieli podać sobie pojednawczo rękę by zapoczątkować pokój. Od 2 maja Kadłub odcięty był od świata. Wszystkie sąsiednie wioski zajęte były przez powstańców, również i miasto Strzelce Wielkie. Był jeszcze czas by uciec – wiedzieliśmy, że jako osoby przewodzące innym jesteśmy na listach osób do zlikwidowania – często nam o tym mówiono. Ale przecież w czasie wojny było podobnie. W Kadlubie zorganizowano dzielną straż obywatelską, która czuwała każdej nocy. Jeszcze w piątym dniu powstania, nowy zarząd szkoły i gminy, który na polecenie proboszcza zaprezentował się  głównemu nauczycielowi, został wyproszony za drzwi.
Dopiero w momencie gdy uznaliśmy naszą walkę za bezsensowną złożyliśmy broń w ukrycie. Już następnego dnia przybył do mnie w czasie zajęć uczeń Kowalski, wychowanek polskiego przywódcy z wiadomością, że przybyli Polacy by mnie aresztować. Pożegnałem się z moją rodziną i poszedłem do lasu w ukrycie. Po drodze spotkałem uzbrojonych powstańców w rogatywkach, pytających  o moje mieszkanie. W lesie ukrywało się nas wielu wiernych ojczyźnie mężczyzn. Jak horda wdarli się powstańcy do szkoły. Nauczyciel Karhan był w tym dniu u swoich teściów.  Nauczyciel Hübner został wyciągnięty ze swego ukrycia – grożono mu rozstrzelaniem. Podobnie postąpiono z moją żoną i 2-letnim synem Hellmuthem. Postawiono ich wszystkich pod ścianą, mieli zdradzić miejsce mojego ukrycia i magazyn broni. Wieczorem zebraliśmy się w nadleśnictwie i postanowiliśmy próbować uciekać następnego dnia. Wkrótce po wyjściu zaskoczył nas ogień z karabinów maszynowych. W ogniu tym przebiegliśmy do oddalonego o dwa kilometry lasu. Na szczęście powstańcy byli złymi strzelcami.
Również w lesie byliśmy często ostrzeliwani. Pojedynczo i grupkami przedarliśmy się do Ozimka. W moim mieszkaniu powybijano  okna, zerwano podłogi, zbito obrazy. Książki i pisma podarto, wszystko zabrudzono ludzkim kałem. Tylko większe meble pozostały, ich odtransportowanie zaplanowano na później, przeszkodził temu Selbstschutz. Nauczyciele prowadzili teraz życie uciekinierów, tułaczy. Pomimo obietnic pozostawiono ich własnemu losowi. Nie lepiej działo się niemieckim gospodarzom.
W dniu 21 sierpnia nauczyciele powrócili do szkoły i rozpoczęły się zajęcia. Szkoła była spustoszona, rząd nie ma pieniędzy. Rodziny zmuszone były nocować u sąsiadów. Panowała czerwonka. Wszystkie moje dzieci zaraziły się a nasz ukochany, chorujący od powstania Hellmuth doznał ataku serca, a 14 dni później strzelano zamiast do mnie do mojego najstarszego syna. Kto może żądać ode mnie bym żył wśród takich ludzi, przez których tyle lat bylem uwielbiany. Nie mogę już patrzeć na to, jak Polakom uchodzi każdy nikczemny czyn bezkarnie, a Niemcy pozostają całkowicie bezbronni. Nawet dzisiaj, po przydzieleniu Kadłuba do Niemiec, czują się Polacy i ich proboszcz jakby kontrolowali sytuację. Na moje życzenie zostałem przeniesiony z dniem 8 lipca 1921 roku do Gliwic. Stanowisko głównego nauczyciela pozostało nieobsadzone do 1 lipca 1922 roku. Nauczyciel – uciekinier Thomas Pannek, urodzony w Rozmierzy, który ukończył seminarium nauczycielskie w Pyskowicach w latach 1905-1908, przybył w zastępstwie i przejął klasę wyższą. Dnia 1 lipca 1922 roku stanowisko głównego nauczyciela objął nauczyciel Hermann Teich z miejscowości Łęg, powiat Racibórz.

Funkcja

Najnowsze wydarzenia na profilu FB

Chcesz wiedzieć, co u nas słychać? Wejdź na profil Kadłuba w serwisach społecznościowych

Reformacja na ziemi strzeleckiej

Trwa wojna trzydziestoletnia. Biją się w niej zasadniczo katolicy z protestantami. Peter Ernst II. von Mansfeld, najemnik na służbie króla duńskiego, pokonany przez katolickiego generała Wallensteina pod Dessau w roku 1626, przedziera się wraz ze swoimi żołdakami z północy na Węgry, gdzie zamierza wspólnie z Bethlenem Gaborem (władca Górnego Śląska 1620-22) zaatakować katolickich Habsburgów.

Moneta z podobizną Bethlena Gábora bita w Opolu za czasów jego panowania

Gdy jego wojska zbliżają się do Strzelec Wielkich, protestanccy mieszczanie przyjmują je z radością i zaprowadzają do klasztoru cystersów w Jemielnicy, który mansfeldczycy plądrują. Mansfelda popiera wtedy wielu Ślązaków. Wkrótce po przegonieniu wojsk protestanckich, w marcu 1628 roku, 251 osób szlacheckiego i mieszczańskiego pochodzenia obojga płci z Górnego Śląska zostało oskarżonych przez cesarskiego fiskusa przed komisją egzekucyjno-deklaracyjną utworzoną w Opolu — za jawne, tajne wspieranie pochodu mansfeldzkiego. Wyrok zapadł w maju tego samego roku: 96 oskarżonych zostało skazanych na grzywny o łącznej wysokości około 574 000 talarów. Część tej kwoty została przeznaczona na cele pobożne, np. dla kolegiaty i kościoła parafialnego oraz klasztoru w Jemielnicy.

Der Tod des Grafen von Mansfeld.
Nach dem im Besitze des Crefelder Museumsvereins befindlichen Oelgemälde von Robert Forell.

Cystersi w Jemielnicy mieli się nigdy w pełni nie podnieść po wojnach husyckich. Przetrwali wprawdzie reformację, lecz zostali splądrowani podczas najazdu wojsk Mansfelda, a później także przez Sasów. Cały Górny Śląsk ucierpiał niezmiernie wskutek wojny 30-letnej. Zginęło lub umarło w skutek wojny i głodu 200.000 z 800.000 populacji całego Śląska.  

Górny Śląsk w 16 wieku był konglomeratem różnorakich terytoriów. Najważniejsze stanowiły dobra należące do kamery królewskiej, potem dobra właścicieli ziemskich i ostatecznie dobra kościelne.

Archiprezbiteriat Strzelce Wielkie

W archiprezbiteriacie strzeleckim stosunki między ewangelikami a katolikami przedstawiały się niekorzystnie dla ewangelików. Wynika to z prawa patronatu (prawo do mianowania proboszcza na parafii), które w tym regionie znajdowało się w szczególnym stopniu w rękach katolickich. Mimo to życie ewangelickie, przynajmniej w zalążku, zdołało się rozwinąć — co można wywnioskować z informacji zawartych w katolickich raportach wizytacyjnych. Na przykład w miejscowości Centawa wizytator zauważył podejrzane zbiory biblioteki parafialnej, a w niej książki kalwińskie. W Obrowcu koło Żyrowej odbywano pochówki w lasach bez wiedzy i zgody proboszcza, powołując się na ewangelickiego właściciela ziemskiego Pücklera. Wskazówką na reformację w danym kościele był też brak obrazów świętych i ołtarza, który to protestanci usuwali.

W Kamieniu Śląskim było 16 luteranów, nie licząc szlachty tu i ówdzie w okolicznych wsiach; o Tarnowie mówi się, że ołtarze zostały zbezczeszczone i że trzeba odprawiać mszę nad przenośnym ołtarzem. W połowie XVI wieku mogło się sporadycznie pojawiać życie luterańskie nawet w parafiach, które później uchodziły za całkowicie katolickie. Jednak dzięki trosce rodziny Oppersdorffów, a później Gaschinów, Kościół katolicki zyskał bardzo aktywnych bojowników swojej sprawy — jako bastion przeciwko postępującej reformacji. Wymienić można kilka miejscowości: Wysoka, Jesiona i Żyrowa. Natomiast Kalinów stał się pod panem feudalnym Warlowskim gminą luterańską i dopiero w toku kontrreformacji został przyłączony do Wysokiej.

Klasztor w Jemielnicy

W miejscowościach Strzelce, Raszowa, Dębie, Rozmierz, Sucha, Grodzisko, Dolna i Tarnów prawo patronatu sprawowała komora w imieniu cesarza. Izbicko, Szymiszów i Poznowice miały luterańskich właścicieli ziemskich i były przed kontrreformacją luterańskie. W porównaniu ze średniowiecznym systemem kościelnym pięć parafii utraciło swoją samodzielność: Dębie, Sucha, Kalinów, Żyrowa i Poznowice. Dwie z tych parafii były z pewnością luterańskie, jedna prawdopodobnie, a o pozostałych nie wiadomo dokładnie. Poznowice określane są jako „adiuncta”, czyli posiadała status samodzielnej parafii i z jakiegoś powodu była obsługiwana przez sąsiedniego proboszcza. W przypadku tej parafii powodem musi być luterański kolator (patron uprawniony do mianowania proboszcza). Warto wspomnieć, że kościół na Górze Św. Anny był krótki czas luterański. Ostatecznie w dekanacie strzeleckim 10 kościołów pozostało katolickimi a 5 lub 4 stało się ewangelickimi (Szymiszów, Dębie, Centawa, Kamień Śląski, Tarnów).

W archiprezbiteriacie Opole sytuacja Kościoła katolickiego była korzystniejsza. Zarówno kapituła opolska, jak i śląska komora skutecznie prowadziły działania obronne przeciwko postępującej reformacji, wykorzystując prawa patronatu.

W rezultacie wyłania się następujący obraz: w miastach Opole i Prószków, obok parafii katolickich, powstały również wspólnoty protestanckie — z inicjatywy mieszczaństwa. Rogów, Laskowice, Kobylno, Kotórz Wielki i Ligota Turawska miały protestanckich właścicieli ziemskich, którzy wprowadzili reformację. Pozostałe parafie pozostały katolickie. Spośród 21 kościołów 13 pozostało katolickich, 7 stało się luterańskimi, a w przypadku jednego status wyznaniowy pozostaje niepewny.

Strzelce pozostawały cały czas katolickie. Dopiero gdy kupiła je rodzina Redern, powstała tam gmina ewangelicka.

Sarkofag Margarethe Rederin z domu Tschammer von Osten, żony Georga, znaleziony w strzeleckiej baszcie podczas remontu.

W roku 1552 rodzina von Redern otrzymała w formie zastawu m.in. dobra Strzelce Wielkie, Suche Łany, Mokre Łany, Rozmierz, Staniszcze, Półwieś i Zalesie, a później także Dolną, Żędowice, Dąbrówkę, Wierchlesie i Grodzisko. W 1572 zastaw został przedłużony na 18 lat. W 1553 Georg von Redern zakupił dobra Toszek i Pyskowice. Redernowie byli protestantami. Udało im się wprowadzenie reformacji tylko tam, gdzie posiadali prawo patronatu. Kościoły w Rozmierzy z Grodziskiem, Sucha i Dolna pozostały katolickie. W dobrach Toszek i Pyskowice prawie wszystkie parafie miały luterańskich pastorów. W 1583 Redern nabył Krapkowice, gdzie w tym czasie rodzina Buchta prowadziła działalność reformatorską.

Georg von Redern, był człowiekiem bardzo energicznym. Odbudował zamek, ożywił rolnictwo i rządził z dużą rozwagą. Był protestantem i aktywnie wspierał reformację. Usunął katolickiego proboszcza z Zalesia i powołał luterańskich kaznodziejów do Leśnicy oraz okolicznych wsi.

W dniu 3 czerwca 1615 cesarz Matthias sprzedał dobra Strzelce jako wolne alodium Georgowi von Redernowi młodszemu. Cesarz zastrzegł sobie prawo patronatu, co jednak nie miało znaczenia dla pozostania tam pastorów aż do roku 1629, a częściowo nawet dłużej.

Odnotowani w aktach strzeleccy protestanccy pastorzy to:

Thomas Kozyraczek (Capricornus), ustanowiony po 1565 roku, wspomniany jeszcze w roku 1613.

W chwili śmierci Georga Rederna w Strzelcach funkcjonowało 2 pastorów.

Valentin Gorisch, od 1575 proboszcz, przedtem mistrz szkolny

Nikolaus Dubiel, 1593.

Johann Rubus, około 1611 roku. W dniu 5 listopada 1611 napisał do Bytomia, że przyjmuje powołanie na pastora.

Andreas Alopinus, od około 1611 roku. W dniu 25 listopada 1611 napisał do Bytomia, że będzie za 2 tygodnie, żeby doradzić w sprawach kościelnych.

Johann Hennemann, urodzony w 1600 roku w Kłodzku

Mimo że 5 kwietnia 1629 roku w Wielkich Strzelcach głosił kazanie wiedeński jezuita Wolfgang Cygnaüs, akta potwierdzają pierwszego katolickiego proboszcza dopiero z dniem 1 stycznia 1638 roku.

W roku 1653 powstaje komisja do zamykania kościołów protestanckich i usuwania ich „heretyckich” duchownych. Składała się z duchownych i urzędników, którzy szli od parafii do parafii, żądali wydania kluczy do kościoła, wydalali ewangelickich pastorów i ponownie konsekrowali kościoły wedle potrzeby.

Podczas takiej wizytacji w 1654 roku w Strzelce były jeszcze w trzech czwartych protestanckie, co ściśle wiązało się z protestanckimi właścicielami dóbr. Byli nimi: Georg von Redern młodszy, który zmarł w 1632 roku; jego siostra, wdowa Kolowrat, przekazała majątek swojej córce Małgorzacie, zamężnej Promnitz, oraz Annie Sidonii, baronowej von Colonna. W 1659 roku majątek przypadł synowi młodszej córki, Gustawowi, baronowi Colonna von Fels. Ojciec Gustawa był protestantem i zarządzał majątkiem w imię syna. W czasie wojny trzydziestoletniej, aby uchronić swoje dobra i majątki syna przed konfiskatą, przeszedł na katolicyzm. Gustaw pozostał w sercu protestantem, na ile pozwalały ówczesne warunki i protegował ewangelickich poddanych. W połowie lat siedemdziesiątych XVII wieku katolicki proboszcz skarżył się z tego powodu u cesarza.

W roku 1657 strzelecki kościół zostaje odebrany protestantom. Wynika to z rachunku kosztów dziekana opolskiego Iwanickiego z roku 1657, członka komisji do zamykania kościołów protestanckich i usuwania ich „heretyckich” duchownych. Na liście odebranych kościołów znajdują się również Wielkie Strzelce.

Jednakże podczas wizytacji w latach 1687/88 jedna czwarta ludności była jeszcze luterańska; poza miastem Strzelce Wielkie heretycy mieli cmentarz, gdzie grzebali swoich zmarłych bez księdza, z dzwonami i śpiewem.

O sytuacji protestantów i katolików w innych miejscowościach mówi wizytacja z roku 1687/88/

Centawa
Znajdowała się pod wpływem klasztoru cystersów w Jemielnicy i pozostała zawsze katolicka.

Centawa – kościół.

W raporcie wizytacyjnym z 1687/88 stwierdzono, że wszyscy parafianie są katolikami, z wyjątkiem jednego chłopa i szlachcica o nazwisku Bloch von Blotnicza; kolatorem jest Larisch, katolik. Czterech heretyków nawróciło się. Podczas wojny trzydziestoletniej ołtarze zostały sprofanowane (wówczas oznaczało to usunięcie świętych obrazów i relikwii, a nawet demontaż ołtarza). Zarówno raport z 1679, jak i ten z 1687/88 zawierają wykaz ksiąg parafialnych; lista z 1687/88 obejmuje znacznie więcej pozycji i szereg książek z kręgu kalwińskiego. Choć parafia nigdy nie była dłużej ewangelicka, to jednak księgi wskazują na czasowy wpływ reformacji.

Dębie

Miejscowość była filią Raszowej. Wizytacja z 1687/88: czy kościół jest konsekrowany, jest wątpliwe. Nabożeństwo odprawia się przy ołtarzu przenośnym. Kościół nie ma dochodów. Dwóch luteran nawróciło się.

Ligota Turawska

Wszyscy parafianie są luterańscy — tak stwierdza wizytacja z 1679 roku.

Grodzisko.

Wszyscy parafianie są katolikami.

Kędzierzyn.

W raporcie wizytacyjnym z 1687/88: kaplicę zbudowali heretycy. Melchior Milian, kapitan zamku w Bierawie, odstąpił od wiary katolickiej, chociaż w młodości był katolikiem; podobnie przed dwoma laty jedna kobieta i czworo dzieci. Jeden szlachcic przeszedł na katolicyzm. Miejscowość pojawia się na trasie komisji religijnej, która w 1653 roku zamykała luterańskie kościoły.

Kielcza.

W raporcie wizytacyjnym z 1679 roku; właściciel Gustav Colonna, luteranin. Kościół św. Bartłomieja miał „białe tynkowane ściany bez ozdób” [oznaka reformacji]. Nabożeństwo odprawiano przy ołtarzu przenośnym – raport 1687/88.

Klucz.

W raporcie wizytacyjnym z 1679 roku; kościół z 2 niepoświęconymi ołtarzami, bez ozdób, zimne ściany.  Wizytator wątpi w konsekrację kościoła.

Krasiejów.

Wizytacja z 1679 r.: miejscowość jest majątkiem kamery królewskiej. Kościół św. Marcina i św. Małgorzaty, konsekrowany w 1518 r. Oprócz ołtarza głównego są jeszcze dwa ołtarze; te są konsekrowane, tamten (główny) sprofanowany.

Wizytacja z 1687/88: w kościele nie są pochowani luteranie; poza czterema luteranami wszyscy są katolikami.

Rokicze.

Wizytacja z 1687/88: kościół Wszystkich Świętych, niekonsekrowany. W nim pochowani są heretycy. Poza czterema osobami i kolatorem, panem von Larisch z Leśnicy, wszyscy parafianie są katolikami.

Rozmierz.

Wizytacja z 1687/88: kościół św. Michała, którego konsekracja jest niepewna. Nie ma dochodów. Wszyscy parafianie są katolikami. Kolatorem jest cesarz. Na mocy zarządzenia biskupa wrocławskiego z 12 maja 1565 roku proboszcz Jan von Losmietz (z Rozmierzy) został mianowany archiprezbiterem.

Szymiszów.

Wizytacja z 1687/88: tutaj w czasie reformacji luterański właściciel ziemski Skrzidlowski wzniósł kościół luterański. Jest on zanieczyszczony i zrujnowany. W krypcie pochowani są luteranie. Obecny właściciel Warlowski, luteranin, twierdzi, że jest zbyt biedny, by doprowadzić kościół do remontu.

Izbicko.

W 1598 roku urzędował tu luterański proboszcz Stanislaus Ducius, ojciec proboszcza w Dobrej Daniela Duciusa. Innym proboszczem był oławianin Simon Baumann, który 25 sierpnia 1607 roku w Legnicy został ordynowany na proboszcza Izbicka. Wizytacja z 1679 roku: w kościele nie ma obrazów; ołtarz główny został sprofanowany. Wizytacja z 1687/88: kościół św. Jana Chrzciciela; kolatorem jest Karl Ferdinand baron von Franckenberg, zatwardziały luteranin. Konsekracja kościoła jest niepewna; wcześniej odbywały się w nim nabożeństwa luterańskie.

Sucha.

Wizytacja z 1687/88: kościół św. Bartłomieja; parafianie są wszyscy katolikami. Kolatorem jest Franckenberg, luteranin.

Kamień Śląski.

Wizytacja z 1687/88: Do parafii należą pięć wsi, w których parafianie są wszyscy katolikami. W Kamieniu wciąż jest 16 luteran. Należący do parafii kościół w Poznowicach znajdował się w rękach luteran. Panem na tych ziemiach jest Georg von Kochczicki, urodzony i wychowany w luteranizmie; przez żonę był faktycznie katolikiem, aż na łożu śmierci ponownie popadł w luterański błąd.

Stary Ujazd.

Wizytacja z 1679 roku: kościół św. Michała jest konsekrowany; nie jest ozdobny, lecz przypomina jaskinię. Ołtarz Trójcy Świętej jest sprofanowany. Tabernakulum istnieje, ale bez Najświętszego Sakramentu. Wizytacja z 1687/88: kościół św. Michała nie jest (!) konsekrowany; ołtarz jest obecny, lecz niepoświęcony.

Ujazd

wraz z miejscowościami Stary Ujazd, Klucz, Zimna Wódka, Jaryszów, Poniszowice, Niewiesze, Niekarmia, Biskupce, Sośnica i Zabrze należał do roku 1524 bezpośrednio do biskupa wrocławskiego. W tym roku Ujazd przeszedł na własność Mikołaja z Bierawy.

12 maja 1563 biskup wrocławski napisał do kolejnego właściciela, Kaspara von Dluhomil, że proboszczowie okręgu ujazdowskiego skarżyli się na niektórych szlachciców, którzy odmawiali im posługi, częściowo odbierali dochody i żądali od nich udzielania sakramentów według własnego uznania. Również sam Dluhomil pozbawił proboszcza Simona niektórych dochodów. Później z powodu właścicieli ziemskich kościół przeszedł całkowicie w ręce luterańskie.

Wizytacja z 1687/88: kościół św. Andrzeja. Parafianie wszyscy katolicy. 150 konwertowało. Kolatorem jest Praschma.

Po oficjalnym zamknięciu kościołów, protestanci skrycie praktykowali swoją wiarę. Świadczy o tym ilość wniosków o zgodę na kościół w roku 1742 do króla, kierowanych przez śląskich protestantów zaraz po podbiciu Śląska przez Prusy. Fryderyk bowiem był zdania, że każdy ma prawo iść do świętości swoją własną ścieżką. Już w roku 1742/3 powstały wspólnoty w Graczach pod Prudnikiem, Niemodlinie, Tarnowskich Górach czy Pszczynie.

Joanna Mrohs

Źródła

Die Reformation in Oberschlesien: Ausbreitung und Verlauf, Karzel, Othmar

Acta publica. Verhandlungen und Correspondenzen der schlesischen Fürsten und Stände. Bd. 7, Jg. 1628

„Trzydniowi strzeleccy żydzi”

Jest to opowiadanie o radykalizacji nauczycieli i uczniów strzeleckiego liceum. O ty, że nawet ksiądz nauczył się salutu niemieckiego. O ty, że strzeleccy żydzi byli trzydniowi i nie chcieli  wyjechać, bo czuli się Niemcami.

Autorem jest Ezra Feinberg, urodzony 22.4.1922 w Würzburgu, ocalały z zagłady, zmarły w Izraelu.

Jego ojciec to Dr. phil. Gerson Feinberg, który zostaje rabinem okręgowym w Gross Strehlitz w roku 1929. W 1936 zostaje zwolniony. Rozstrzelany w Rydze w 1942 roku.

Źródło:

David: Aufzeichnungen eines Überlebenden, BenGershôm, Ezra

W Groß-Strehlitz moja rodzina miała doświadczyć końca demokracji weimarskiej i początku Trzeciej Rzeszy. Jakże mało wtedy przeczuwałyśmy, przez co przyjdzie nam przejść w nadchodzących latach!

Miasto, liczące około dwanaście tysięcy mieszkańców, prowadziło wówczas raczej spokojne życie. Przebiegająca przez nie droga krajowa pozostała jego główną arterią. W centrum miejscowości droga ta rozszerzała się w plac otoczony czterema rzędami domów, zwany „Ringiem”. Na Ringu znajdował się ratusz oraz pomnik poległych w wojnie 1914-18.

W dni targowe po jego brukowanej nawierzchni turkotały wozy chłopskie z okolicznych wiosek, a ze wszystkich stron słychać było okrzyki „Hotta-hü” oraz pomruki, gdakanie i kwakanie oferowanych do sprzedaży zwierząt.

W niedzielę miasteczko roiło się od uczestników nabożeństw. Czasami maszerowało stowarzyszenie weteranów wojennych i otaczało pomnik poległych kultowymi hołdami. W pozostałe dni nad miastem panowała nudna, spokojna cisza. Na progach swoich sklepów stali właściciele, wpatrywali się w ulicę i śledzili przechodzących pieszych.

W Groß-Strehlitz niewiele się działo — narzekali sami mieszkańcy. A jednak było to prawdziwe miasto powiatowe ze wszystkim, co do tego należy. Miało burmistrza i radę miejską. Lekarze, adwokaci, sędzia miejski, proboszcz, pastor i rabin pełnili swoje obowiązki. Istniała szkoła podstawowa, liceum humanistyczne, synagoga z około pięciuset miejscami siedzącymi, protestancki kościół o podobnej wielkości oraz znacznie większy kościół katolicki.

Przy drogach wylotowych z miasta leżały wszędzie wsie o polsko brzmiących nazwach. W mieście dominowała niemiecka cywilizacja, na wsiach — polska, mimo wszelkich wysiłków germanizacyjnych. Chłopi mówili bardzo słabą niemczyzną. Ich właściwym językiem był polski dialekt, tak zwany „Wasserpolnisch”. Mieszkańcy miasta posługiwali się stosunkowo poprawnym niemieckim, przesiąkniętym jedynie kilkoma polskimi wyrażeniami.

Nasz południowoniemiecki dialekt i obce obyczaje, które przywieźliśmy z Heilbronn, były przez mieszkańców Groß-Strelitz wyśmiewane, czasem nawet szyderczo komentowane. To jednak wcale nie osłabiło naszej szkolnej dumy. Moim kolegom szkolnym przypominałem często, że życzę sobie szacunku wobec mnie, urodzonego w szlachetnym kraju Szwabii.

Także moje starsze rodzeństwo patrzyło z pogardą na Górnoślązaków. Mój ojciec zdawał się odczuwać to inaczej. Nasze powtarzające się zarzuty, dlaczego spośród wszystkich regionów Niemiec wybrał właśnie tę odległą miejscowość targową z jej zadziornym typem ludzi, skłoniły go do bardziej szczegółowego wyjaśnienia.

Powinniśmy — mówił — nie pogardzać Górnoślązakami ani ich nietolerancyjnie odrzucać tylko dlatego, że nie są tak uprzejmi jak mieszkańcy Wirtembergii. Zawsze wiedli ciężkie życie. Od wielu pokoleń musieli zmieniać barwy i kolejno okazywać polski, austriacki i pruski patriotyzm. Nie można oczekiwać od dzieci z tak nieszczęsnego regionu, że będą tak prostolinijne i ufne jak dzieci z południowych Niemiec. Powinniśmy po prostu uzbroić się w cierpliwość — z czasem przestaną wydawać się nam obcy.

Ojciec chętnie posłuchał wezwania do Gross Strehlitz. Chciał pozyskać żydów z tego górnośląskiego miasteczka dla nauk żydowskich i uczynić ich pobożnymi.  

„Trzydniowi żydzi”

Zaczynałem stopniowo rozumieć, co mój ojciec miał na myśli, mówiąc „uczynić pobożnymi”, gdy codziennie przychodziłem na nabożeństwa do synagogi i przebywałem w żydowskich domach.

Jako budynek synagoga w Groß-Strehlitz była znacznie większa i bardziej okazała niż ortodoksyjna synagoga w Heilbronn. Jednak przez większość dni w roku sprawiała wrażenie opuszczonej. Nieliczni wierni, którzy przychodzili na nabożeństwo w szabat, gubili się w rzędach ławek i znikali w półmroku. Kto chciał zastać członków gminy żydowskiej w szabat, powinien był ich szukać w ich geszeftach, gdyś większość z nich była sklepikarzami i święty dzień spędzali w pracy. Natomiast w żydowski Nowy Rok synagoga była niemal całkowicie zapełniona. Według Biblii i żydowskiej tradycji to szabat posiada wyższy stopień świętości niż Nowy Rok. Ale żydzi strzeleccy zrobili z szabatu dzień roboczy i wszystkie obrzędy skumulowali na trzy dni w roku. Z tego powodu ortodoksyjni żydzi nazywali ich prześmiewczo „żydami trzydniowymi”.

W gminie było niewielkie grono pobożnych żydów. Większość stanowili „trzydniowi żydzi”. Była też pewna liczba żydów, którzy poprzez małżeństwo z chrześcijańską kobietą całkowicie odcięli się od wspólnoty wyznaniowej judaizmu.

Zachowanie trzydniowych żydów stanowiło dla mojego dziecięcego umysłu irytującą zagadkę. Z kręgu życia tradycyjnej wspólnoty w Heilbronn wyniosłem wyraźne wyobrażenie o tym, co odróżnia żydów od chrześcijan. Teraz po raz pierwszy zobaczyłem, że są też ludzie, którzy przyznają się do judaizmu tylko werbalnie. Ich nabożeństwo nie było zabawą, ale też nie było poważne, było czymś, co nie potrafiłem ubrać w słowa. Byli w stanie w środku modlitwy rozmawiać spokojnie ze sobą między ławkami. Gdy kantor zaintonował pieśń za zbawienie zmarłych, płakali ze wzruszenia. Naruszało i dezorientowało to moją dziecięcą naiwność, tym bardziej, że strzeleccy żydzi sami wzruszali ramiona wobec swoich praktyk religijnych i równocześnie domagali się szacunku.  

Byli zadowoleni, że kantor załatwiał ceremonię za nich, jako że czuli się sami nieporadni w odprawianiu rytuałów, które mogły sprzyjać zapewnieniu zbawienia duszy. Kantor, urzędnik synagogi o stałym uposażeniu, posiadał umiejętności, jakich oczekuje się od zawodowego specjalisty: potrafił nie tylko odmawiać wieczorne modlitwy, ale także — zależnie od potrzeby — wygłaszać je uczuciowo i melodyjnie albo czytać je z kartki z zadziwiającą szybkością języka. Ponadto udzielał najmłodszym dzieciom ze wspólnoty podstawowych lekcji hebrajskiego i dokonywał uboju kur i gęsi zgodnie z rytuałem. Jego ulubionym miejscem był pulpit kantora. W czasie wielkich świąt był nieodzowny. Czasami dawał się nawet namówić, by w swoim mieszkaniu zaprezentować próbkę swojej sztuki śpiewu i modlitwy.

Próby ratunku

Ojciec postawił sobie za cel nawrócenie małomiasteczkowych żydów górnośląskich. Pociągiem odwiedzał po kolei swoje 12 gmin. Z radością przyjął propozycję nauczania religii w strzeleckim liceum. Uczniowie słuchali w bezruchu i dziwili się, że z takim entuzjazmem można mówić o starych zwyczajach zakładania skórzanych pasków do modlitwy i koszernym jedzeniu.

Nawracanie opornych strzeleckich żydów przyniosło w końcu niewielki sukces. Ojcu udało się przekonać coraz większą liczbę żydowskich rodzin do przestrzegania zasad koszerności. Jednakże nie udało mu się doprowadzić do zamknięcia sklepów w szabat. Trzydniowi żydzi przestali jedynie stawać w szabat ostentacyjne przed wejściem do sklepiku, a gdy ojciec przechodził, chowali się w głębi pomieszczeń.

Częste zmiany rządów w Berlinie, burzliwe walki partyjne, które poprzedzały początek Trzeciej Rzeszy, odbijały się echem aż w Groß Strelitz. To, co mogłem pojąć moim dziecięcym rozumem, mogę oddać jedynie w ogólnym zarysie. Natłok wydarzeń był tak dezorientujący, że nawet dorosły miałby trudności…

Wystawy sklepowe, mury i fasady domów pokrywały się coraz to nowymi plakatami propagandowymi. Czego właściwie chciały partie, które nawzajem tak ordynarnie się obrzucały wyzwiskami, my – dziesięciolatki – oczywiście nie rozumieliśmy. Jedno było pewne: musiało im bardzo zależeć na swojej sprawie. Widzieliśmy na własne oczy, jak bili się o nią do krwi.

W czasie kryzysu i częstych zmian rządów ojciec głosował na katolicką Partię Centrum, „ponieważ trzyma się z dala od wszelkiego ekstremizmu i skupia wielu bogobojnych ludzi w swoich szeregach.” Nawet krótko po mianowaniu Hitlera kanclerzem Rzeszy, gdy żydzi wciąż mieli prawa wyborcze, ojciec pozostał wierny Centrum. A ta partia 24 marca 1933 roku zagłosowała za przyznaniem Hitlerowi pełnomocnictw, przyczyniając się tym samym do zakończenia własnej działalności i do upadku konstytucji weimarskiej!

Pewnego dnia w szkole ogłoszono, że wieczorem odbędzie się uroczystość. Każdy, kto miał ochotę, był zaproszony do udziału. Gdy o wyznaczonej godzinie przyszedłem do szkoły, uczniowie byli już ustawieni klasami w kolumny i szykowali się, by pod przewodnictwem nauczycieli maszerować przez miasto. Szybko dołączyłem do nich i – jak wszyscy – dostałem do ręki pochodnię.

Gdy dotarliśmy do lepiej oświetlonych ulic w centrum miasta, zauważyłem, że w pochodzie maszerowały nie tylko uczniowie naszego gimnazjum, lecz także innych szkół – a nie tylko szkół, również członkowie Hitlerjugend i SA. „Orkiestra” okazała się być orkiestrą marszową SA. Co to miało znaczyć? Czy to nie była impreza organizowana przez hitlerowców? Co ja miałem z nimi wspólnego? Nie, to nie mogło być zgromadzenie Hitlera! Przecież nie zaproszono by nas wtedy do szkoły!

Dopiero długo po tamtym pamiętnym wieczorze zrozumiałem, że naszym pochodem z pochodniami świętowaliśmy mianowanie Hitlera na kanclerza Rzeszy. Dlaczego dr Paulus i inni znani z lojalności nauczyciele w tym uczestniczyli? Czy byli tak samo nieświadomi jak my, uczniowie pierwszej klasy gimnazjum?

Już kilka tygodni po tamtym wieczorze z pochodniami zaczęto szeptem przekazywać nowiny: „Zabrali go w środku nocy…” Co to wszystko miało oznaczać, tego nam – dzieciom – nikt nie wyjaśnił. Wiedzieliśmy tylko tyle, ile sami potrafiliśmy sobie dopowiedzieć: działy się jakieś złowrogie rzeczy i miały one coś wspólnego z brunatnymi mundurami hitlerowców, którzy nosili białe opaski z napisem „Hilfspolizei” i patrolowali ulice uzbrojeni w gumowe pałki. Dlaczego nagle zwykła policja przestała wystarczać i w czym ci brunatni mieli jej pomagać – tego się nie dowiedzieliśmy.

Według szeptanych pogłosek kilku komunistów i socjaldemokratów z Groß-Strehlitz nagle zniknęło. Niektórzy pojawili się ponownie po dwóch, trzech dniach z obandażowanymi kończynami; inni nadal przebywali w „areszcie ochronnym”. Takie wyrażenia jak „policja pomocnicza” i „areszt ochronny” nigdy wcześniej nie dotarły do naszych uszu.

Na pierwszy rzut oka w Groß-Strehlitz było spokojniej niż wcześniej. Tumulty i bójki już się nie zdarzały. Zamiast tego przez ulice szły pochody z fanfarami i bębnami, z domów zwisały flagi ze swastyką. Ludność wychodziła na ulice, żeby śledzić ten spektakl. Piekarz Przywacs zostawił swoich klientów bez słowa i wyszedł w swoim białym fartuchu na chodnik.

Z naszego mieszkania mogliśmy dobrze obserwować pochody. Mój ojciec również szedł do okna, żeby je obserwować. Nasz sąsiad z domu naprzeciwko, adwokat dr Kurz, także wychylał głowę. Z jego mieszkania nie zwisała flaga ze swastyką. Kurz wcześniej nigdy nie miał kontaktu z moim ojcem. Od czasu przejęcia władzy zaczął go pozdrawiać, a gdy spotykał go na ulicy, nie pozostawiał wątpliwości, co myślał o nowych rządach. Gdy brunatne kolumny maszerowały z bębnami i fanfarami, Kurz wymachiwał ręką, jakby chciał uderzyć w bęben z okna, po czym zakończył gestem pogardliwego odrzucenia w stronę pochodu. Ojciec i my, dzieci, patrzyliśmy na niego z rozbawieniem. „Nie, nie jesteśmy sami!” powiedział wtedy ojciec, „są jeszcze Niemcy, którzy nie chcą mieć z nazistami nic wspólnego”

Podczas ferii wielkanocnych w 1933 roku nie spotkałem żadnego z moich kolegów z klasy – z wyjątkiem Antona Krutzschecka, którego wolałbym nie widzieć; uchodził za leniwego, fałszywego i kłamliwego. Na ulicy ledwo bym się za nim obejrzał, gdyby nie to, że kilkakrotnie pojawił się w nietypowym stroju. Naprawdę – ten cherlak maszerował na czele oddziału Jungvolk i uderzał w bęben landsknechta, aż dudniło po całej ulicy. W Hitlerjugend najwyraźniej odgrywał bardziej błyskotliwą rolę niż w szkolnej ławce.

Wiosną 1933 roku w synagodze w Groß-Strehlitz zaobserwowano znaczącą zmianę. Przez wiele lat dom modlitwy stał jak samotna skała – cichy, smutny, dostojny, porośnięty mchem, utrzymywany przez kilku urzędników, rzadko odwiedzany. Teraz znów stał się centrum życia. Kto chciał zobaczyć zgromadzoną wspólnotę, nie musiał już czekać do święta Nowego Roku. Rzadko mijał tydzień, by sala na górnym piętrze nie wypełniła się ludźmi. Jednakże zgromadzeni nie przychodzili na modlitwy, ale żeby dyskutować o sytuacji żydów. „Jesteśmy narodem albo wspólnotą religijną? Niemcami czy Żydami?

Po kilku wieczorach dyskusyjnych zaczęto mówić o podziale wspólnoty na dwa obozy. Po jednej stronie rosło poparcie dla lokalnej grupy syjonistycznej. Po drugiej stronie ludzie gromadzili się pod sztandarami „Centralnego Związku Niemieckich Obywateli Państwa Wyznania Mojżeszowego” oraz „Reichsbundu Żydowskich Żołnierzy Frontowych”. Pod ich wpływem powstała także lokalna grupa „Związku Niemiecko-Żydowskiej Młodzieży”. Syjoniści również założyli własną grupę młodzieżową.

Spór między syjonistami a niemieckimi Żydami rozgrywał się w wielu mieszkaniach prywatnych. Rodzeństwo poróżniło się, przyjaciele się rozeszli, synowie o syjonistycznych skłonnościach buntowali się przeciwko ojcom. Zdarzały się nawrócenia osób o niemiecko-patriotycznym nastawieniu na syjonizm – mimo fali drwin i plotek, jakimi mieszkańcy małych miasteczek karali każdą zmianę flagi.

Pewnego dnia wszyscy nauczyciele i uczniowie zgromadzili się w auli. Dyrektor wszedł na mównicę i wygłosił przemówienie. Nagle z szeregów uczniów rozległy się okrzyki. Wszyscy spojrzeli oburzeni: kto śmiał przerwać przemowę dyrektora? Wtedy dostrzeżono winowajcę: unterbannführera Hitlerjugend. Wstał z miejsca w pierwszym rzędzie i zażądał, by dyrektor natychmiast zszedł z podium – na oczach wszystkich nauczycieli i uczniów. Stało się coś niewiarygodnego: dyrektor Bergmann był zmuszony podporządkować się żądaniu niedoinformowanego młodzieńca. Następnie przywódca Hitlerjugend wszedł na podium i ogłosił, że dyrektor zostaje odwołany z powodu braku wiarygodności.

Wakat dyrektor pozostawał kilka tygodni pusty. Aż pojawił się nowy dyrektor. Mężczyzna, około czterdziestki, przedstawił się w auli jako „pełniący obowiązki dyrektora”. Był niskiego wzrostu, szczupły, ubrany w ciemnobrązowy garnitur, z wąsem przypominającym wąs Hitlera. Jego wyraźne zęby, pełne wargi i rysy twarzy przywodziły na myśl osobę o cechach afrykańskich. Spoza okularów spoglądały oczy, których nie dało się przeniknąć, a jego wyraz twarzy był poważny. Szybki chód nie pasował do jego wątłej sylwetki. Nazywał się Pierke i pochodził z Gliwic. Uczył matematyki i biologii w tej placówce. Krążyła pogłoska, że Pierke, jako asesor, był członkiem partii – jednym ze „starych bojowników”.

Nowy dyrektor rozpoczął wprowadzanie zmian. Na ścianach zwisły od razu portrety Hitlera. Do programu nauczania dodano nowe przedmioty; spośród dotychczasowych niewiele pozostało bez zmian. Do lekcji rysunku jako przedmiot dodatkowy dołączono zajęcia praktyczne. Poświęcano je głównie budowie modeli samolotów. Zajęcia gimnastyczne przekształcono w trening wojskowy. Boks, ćwiczenia terenowe, rzucanie granatami i tym podobne zajęcia zajęły obok musztry ważne miejsce.

Całkowicie nowy przedmiot nosił nazwę „Nauczanie narodowo-polityczne”.

Wprowadzenie porannych apeli szkolnych było jedną z ważniejszych nowości. Pamiętam zakończenie roku szkolnego, kiedy po rozdaniu świadectw wszyscy uczniowie i nauczyciele zgromadzili się razem. Uczniowie wykonywali swoje zadania w sposób uporządkowany – byli „podoficerowie” i „naczelny dowódca”. Podczas uroczystego podniesienia flagi dyrektor Pierke wygłosił przemówienie. Mówił o tym, że każdy powinien wykorzystywać swoje siły i zdolności dla dobra szkoły, i wychwalał przywódcę za jego dzieło odbudowy.

W latach 1934–35 w gimnazjum w Groß-Strehlitz doszło do istotnych zmian kadrowych. Dyrektora wspierała teraz część nowego grona pedagogicznego – wielu z nich było członkami SA i nosiło brunatne koszule z symbolami narodowosocjalistycznymi. Jedyny starszy nauczyciel Schmiedhammer, krytycznie nastawiony do narodowych socjalistów, został wkrótce karnie przeniesiony w inne miejsce.

Pamiętam jeszcze, jak zbladłem, gdy odczytano nowy dekret ministra nauki, wychowania i edukacji narodowej. Dekret brzmiał: „Nauczyciele i uczniowie okazują sobie nawzajem niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski) – zarówno w szkole, jak i poza nią. Nauczyciel rozpoczyna każdą lekcję salutem.

Tam, gdzie dotąd lekcje religii katolickiej rozpoczynały się i kończyły zwrotem: „Pochwalony Jezus Chrystus – Na wieki wieków. Amen”, odtąd należało na początku lekcji wykonać niemiecki pozdrowienie (salut hitlerowski), a tradycyjny zwrot wypowiadać dopiero na zakończenie lekcji.”

„Aryjczycy”, niezależnie czy nauczyciele, czy uczniowie, musieli oddawać hołd Hitlerowi dziesięć do dwunastu razy dziennie. Kto nie uczestniczył, nie mógł pozostać w gimnazjum. Warto od razu zaznaczyć: w gimnazjum w Groß-Strehlitz nie odnotowano ani jednego przypadku odmowy.

Nawet tak wierzący katolik jak dr. Paulus nauczył się wymawiać te pozdrowienie. Twarz wykrzywia mu wtedy grymas. Akcentował słowo Heil [zbawienie], jak przystało chrześcijaninowi – podkreślał.    

Schmiedhammer nie wahał się tak długo jak Paulus; wypowiedział pozdrowienie Hitlera z takim zapałem, jakby gryzł soczyste jabłko – tylko że zaraz potem skrzywił twarz, jakby trafił na robaka. Zawsze obserwowałem jego figlarną mimikę z mieszaniną niepokoju i rozbawienia.

Gdy katolicki duszpasterz szkolny, ksiądz Zylka, szeptał „Heil Hitler”, jego łysina pokrywała się lekkim rumieńcem, a wodnobłękitne oczy stawały się małe i okrągłe jak oczy kury.

W pierwszym roku po przejęciu władzy około połowa naszych nauczycieli uczestniczyła w brunatnym kulcie tylko niechętnie. To było w pewnym sensie pocieszające. Ich głębokie zakłopotanie, widoczny konflikt sumienia świadczyły o tym, że poczucie godności i człowieczeństwa zostało naruszone, ale nie całkowicie zniszczone. W ciągu jednego roku szkolnego nasi nauczyciele musieli publicznie oddać hołd Hitlerowi około dwa tysiące pięćset razy. Czy można się dziwić, że ksiądz Zylka w końcu wypowiadał „Heil Hitler” bez rumieńca? Nawet dr Paulus zdawał się już nie toczyć tak ciężkiej walki z samym sobą. Ja również stopniowo obojętniałem na potworność kultu Führera.

Asesor Billig powiedział pewnego dnia, że nie ma bardziej pouczającego zajęcia niż zapoznanie się z tymi ludźmi, którym zawdzięcza się istnienie, wiarę i zdolności. Jednostka uświadamia sobie swoje znaczenie dla narodu dopiero wtedy, gdy postrzega siebie w kontekście łańcucha swoich przodków. Nikt nie jest do tego zobowiązany, ale on, Billig, chętnie widziałby, gdyby każdy uczeń sporządził drzewo przodków. Należałoby uwzględnić daty urodzenia, zawód, służbę wojskową i inne główne wydarzenia z życiorysu przodków. Szczególną uwagę należałoby zwrócić także na ich cechy osobiste: czy mieli gwałtowny temperament czy spokojną krew, czy skłaniali się ku przygodom, czy raczej prowadzili uporządkowane życie.

Te słowa, wypowiedziane przez Billiga w jego pogodnym, gawędziarskim tonie, oczarowały mnie. Nagle ogarnęła mnie niepohamowana ciekawość: jak wyglądali moi przodkowie, jak żyli, jak im się powodziło. Mój ojciec mógł zaspokoić moją żądzę wiedzy tylko w ograniczonym stopniu. Jego relacje sięgały zaledwie czterech pokoleń wstecz. Ujawniło się następujące: moi przodkowie byli, z jednym wyjątkiem, wszyscy rabinami. Tylko mój prapradziadek był kupcem. Moi przodkowie mieszkali od dwóch pokoleń w Bawarii. Przybyli tam z Prus Wschodnich. Istniały również przesłanki, że mój praprapradziadek pochodził pierwotnie z Litwy. Dalsze informacje o przodkach nie zachowały się. Jedyną rzeczą, jaką mój ojciec znalazł jeszcze w jednej szufladzie, była fotografia dziadka. Była jednak tak zamazana, że nie dało się na niej rozpoznać niczego poza mężczyzną z pełną brodą.

Musiały się wydarzyć jeszcze gorsze rzeczy, zanim mój ojciec mimo swojego wieku, zdecydował się opuścić Niemcy. Wykluczenie żydów z życia publicznego, oczernianie w prasie i radiu, deklasacja przez prawo zmusiło wielu żydów strzeleckich do emigracji. Jeden z moich kolegów wyjechał do Palestyny, inni wyjechali do Ameryki lub Australii. Pozostali patrioci z kręgu Związku Rzeszy Żydowskich Żołnierzy Frontowych, ludzie bez zawodu odpowiedniego do emigracji, biedni, którzy nie byli w stanie zapłacić wyjazdu. Ze znajomych w strzeleckiej gminie żydowskiej został też głuchoniemy robotnik Markus i niepełnosprawny Guli.

Ostatecznie ojciec został zwolniony z funkcji rabina z braku środków i wyjechaliśmy do Schönlake.

Tłumaczenie Joanna Mrohs

Cmentarzysko prapraprapra…dziadów

Jadąc od strony Rozmierki, zaraz za Kronospanem po lewej stronie przy wjeździe do znajduje się jedno z najstarszych cmentarzysk w naszej okolicy.

Około 3000 lat temu wykształca w naszej części Śląska kultura, którą wyróżniają podobne zwyczaje pogrzebowe i kultura materialna. Nazwano to zjawisko kulturą łużycką. Wspólną cechą grupy, która zamieszkiwała naszą część Śląska, był birytualizm dla obrządku pogrzebowego. Na większości cmentarzysk tej kultury równolegle stosowano kremację i inhumację.

Groby szkieletowe były orientowane na osi N-S. Zmarłych układano w pozycji na wznak lub lekko skurczonych na boku. Pochówki były wyposażane w ceramikę, ozdoby, czasem narzędzia. Do cmentarzysk z tego okresu zalicza się m.in. Strzelce Opolskie-Adamowice (111 grobów, w tym 98 szkieletowych, 13 ciałopalnych).

Na adamowickich polach znajdywano dziwne przedmioty już od 150 lat. Trafiały one potem do lokalnych muzeów, np. w Strzelcach, Wrocławiu czy Gliwicach.

Pierwsze wykopaliska sprzed roku 1900 zidentyfikowały 80 grobów w 12 rzędach.  Ciała leżały wyprostowane na plecach, głowa skierowana była zazwyczaj na północ. Groby znajdywały się na głębokości około 1m, obłożone ze wszystkich stron kamieniami, tworząc swego rodzaju „kamienną skrzynię”. W okolicy głowy składano 1 do 5 naczyń glinianych. W grobach znaleziono dobrze zachowane szkielety osób średniego wzrostu, czaszki posiadały zdrowe zęby.

Lista przedmiotów znajdywanych na tym cmentarzysku jest imponująca. Najładniejsze trafiły do Wrocławia, gdzie częściowo są podobno do dziś: gliniane naczynia z uchem, brązowa biżuteria, w tym bransolety, pierścienie, obejmy na ramię, nogę, szyję, włosy, także dziecięce, zapinki, koraliki, żelazne noże, żelazne szpice do lancetów, brązowe toporki.

Cmentarzysko było użytkowane od późnego brązu (900–700 p.n.e) do wczesnej epoki żelaza (600 p.n.e).

Wedle najnowszych badań genetycznych tereny europejskie charakteryzowała zasadniczo ciągłość osadnicza. Jest wielce prawdopodobne, że pochowani są tam nasi prapraprapra….….dziadkowie.

Joanna Mrohs

Źródła: Altschlesien, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu

Morderstwo z miłości w Carmerau

Małe miejscowości trafiają zazwyczaj do gazet tylko w kilku przypadkach: wojna lub mord.

Tak też jest w przypadku Spóroka. Pojawia się w gazetach w roku 1921 i potem w 1929, gdy Johann Kokott zabił swoją narzeczoną Konstantine.

Oto szczegółowy raport z sali sądowej:

Zbrodnia i kara w Carmerau

7 lat więzienia dla mordercy dziewczyny

Opole, 19 grudnia.

Po jedenastogodzinnym procesie Sąd Rejonowy w Opolu skazał oskarżonego Johanna Kokotta na siedem lat więzienia za umyślne zabójstwo narzeczonej Konstantine Kokott z Gräflich Carmerau (Spórok Hrabiowski). Okoliczności łagodzące nie zostały przyznane oskarżonemu, gdyż czyn został popełniony z nadzwyczajną brutalnością, a oskarżony powinien był być w pełni świadomy konsekwencji swoich czynów.

Jak do tego doszło

Kiedy w godzinach porannych 16 września 1929 córka chałupnika, Konstantine Kokott, została znaleziona martwa w Carmerau w pobliżu posiadłości swoich rodziców, społeczność i okolica wpadły w zrozumiałe wzburzenie. Śledztwo władz wkrótce doprowadziło do zidentyfikowania mordercy w osobie 23-letniego spawacza Johanna Kokotta z Gräflich Carmerau, który został aresztowany 17 września i wkrótce po aresztowaniu złożył wyczerpujące zeznania. W czwartek stanął przed opolskim sądem przysięgłych za to morderstwo. Posiedzeniu przewodniczył dyrektor Sądu Okręgowego Kunze, natomiast prokuraturę reprezentował prokurator Scholz. Adwokat Kubrisch z Opola i dr Cohn z Wrocławia występowali jako obrońcy. Na rozprawę wezwano łącznie 22 świadków i 2 biegłych.

Najpierw przesłuchano oskarżonego Kokott. Ze łzami w oczach opisywał relację, jaka łączyła go z zamordowaną kobietą przez trzy lata. Zarówno on, jak i zamordowana Kokott wielokrotnie obiecywali sobie, że się pobiorą i zapewniali o swojej wielkiej miłości. Oskarżony opisał, że często bywał w domu swojej narzeczonej, a także otrzymywał prezenty od jej rodziców. Zamordowana kobieta była jedyną córką chałupnika, który żył zamożnych warunkach. Matka zamordowanej kobiety wydawała się nie do końca zgadzać na małżeństwo. Jakiś czas przed zbrodnią chałupnik Kokott wybudował w swojej posiadłości kuźnię i rodzicom spodobałoby się, gdyby ich córka wyszła za mąż za kowala. W czasie zabawy córka poznała kowala K. i również obdarzyła go swoim uczuciem i nawiązała z nim pisemną korespondencję, ale raz po raz zapewniała starego narzeczonego, że wyjdzie za mąż tylko za niego. Opisał swoją narzeczoną jako niezwykle oszczędną. Po południu w dniu zbrodni odwiedził swoją narzeczoną, która pasła krowy w pobliżu domu. Towarzyszył jej kowal K. Przepełniony wielką zazdrością i gniewem, wrócił do domu, wypił kilka likierów ze szwagrem, a w końcu odszukał przyjaciela, któremu poskarżył się na swój gniew. W godzinach wieczornych udał się na stację kolejową, aby sprawdzić, czy jego rywal już odjechał. Kiedy tak się nie stało, poszedł ponownie do domu swojej narzeczonej i stwierdził, że siedzi on w pokoju. Znowu odszedł, by wrócić tam późnym wieczorem. W końcu udało mu się porozmawiać ze swoją narzeczoną, która obiecała mu, że wyjdzie za mąż tylko za niego.

Następnie wrócił do swojego przyjaciela. Ale późnym wieczorem poszedł z powrotem do domu narzeczonej. Tu zaobserwował serdeczne pożegnanie z nowym kawalerem. Kiedy ten odszedł na dworzec, znów spotkał się ze swoją narzeczoną na wiejskiej drodze. Tu ona wyjaśniła mu, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Oskarżony twierdzi, że wpadł w bezgraniczną wściekłość i chwycił ją za gardło. Zeznał jednak, że nie pamięta zbyt wiele o samej zbrodni. Oskarżony zeznał, że jego narzeczona nagle straciła przytomność. Zaciągnął je do rowu, gdzie miał nadzieję znaleźć wodę, aby spróbować ją ożywić. Nie znalazłszy jednak wody, zaciągnął swoją ofiarę na łąkę w pobliżu posiadłości rodziców, gdzie znaleziono ją następnego ranka. Początkowo ukrywał się w lesie i na strychu na siano w posiadłości rodziców, aby następnie oddać się w ręce władz, gdy dowiedział się o powadze swojej zbrodni.

Pierwszymi świadkami, którzy zostali przesłuchani, byli rodzice zamordowanej kobiety, którzy zeznali, że w ich obecności nie było żadnej wzmianki o małżeństwie ich córki z oskarżonym i że nie wyrazili na to zgody.

W dalszej kolejności przesłuchano dr Wiesnera w charakterze biegłego, który stwierdził, że na ciele zamordowanej kobiety widoczne były niezwykle silne ślady uduszenia. Powiatowy Radca Lekarski Dr. Lange twierdzi, że oskarżony jest histerykiem. Jednakże zaburzenie woli w chwili popełnienia przestępstwa lub upośledzenie umysłowe nie wchodziło w rachubę, a paragraf 51 nie mógł być w żadnym wypadku zastosowany.

Po przeprowadzeniu wszystkich czynności dowodowych prokurator doszedł do wniosku, że oskarżony był winny nieumyślnego spowodowania śmierci w afekcie i złożył wniosek o karę 12 lat pozbawienia wolności bez zastosowania okoliczności łagodzących.

Obrona stwierdziła, że oskarżony był mocno poirytowany zachowaniem zamordowanej kobiety, po tym jak ona równocześnie korespondowała z nowym kochankiem i pokazała oskarżonemu listy miłosne od niego. Był w zrozumiałej zazdrości i popełnił zbrodnię w przypływie wściekłości. Obaj powoływali się na uszkodzenie ciała skutkujące śmiercią i prosili, aby nie odmawiać oskarżonemu okoliczności łagodzących.

Joanna Ania Mrohs

Izbicko – tabernakulum z trumien

Frankenbergów

Przepastne archiwa jemielnickiego klasztoru zawierają pamięć naszego regionu. Między innymi znajdują się w nich odpisy aktów fundacyjnych dla lokalnych kościołów. Obok aktów fundacyjnych dla Jemielnicy, Rozmierzy, Wysokiej, Żyrowej, Otmic, Dolnej, Kamienia Śląskiego i Szymiszowa, znajdujemy fundacje dla kościoła w Izbicku.

Najstarszy wpis pochodzi z roku 1761. Siegfried i Anna Rosalia Kreutzer, właściciele wolnego (od pańszczyzny) gospodarstwa w Stubendorf wnoszą kapitał fundacyjny w wysokości 83 talarów. W zamian za to w parafii Izbicko należało odczytać dwanaście cichych mszy, przy czym organista miał odśpiewać litanię do Serca Jezusa w akompaniamencie organów. Roczne odsetki w wysokości 4 talarów i 50 groszy mają być podzielone tak, że kościół otrzymuje 25 groszy, proboszcz 2 talary i 20 groszy a organista 20 groszy.

Kolejnym fundatorem z roku 1781 jest Franz Georg von Larisch właściciel Izbicka. Ufundował on 200 talarów. W zamian miał otrzymać 200 cichych mszy i litanię śpiewaną w akompaniamencie organów. Roczne odsetki w wysokości 10 talarów podzielono podobnie jak wyżej.

Kolejnymi fundatorami są:

Carl Mechnik z Heinrichsdorf w roku 1846 w kwocie 40 talarów

von Frankenberg w roku 1844 w kwocie 20 Talarów

proboszcz Wislucha w Izbicku w roku 1816 w kwocie 25 talarów

Co do Frankenbergów, ich fundacja ma ciekawą historię!

Na marginesie tej fundacji jest adnotacja:

Tą fundację dokonałem z dochodów uzyskanych ze sprzedaży miedzianych trumien, w których pochowani byli von Frankenbergowie. Te trumny ukradł z krypty dawny nauczyciel szkolny. Ale został złapany i dlatego leżały one w pańskim spichlerzu aż do mojego przybycia do Izbicka. Jako że kościół nie miał nawet tabernakulum, dlatego poprosiłem urząd o zgodę na sprzedaż tych trumien, zgodę dało 3 żyjących krewnych von Frankenbergów. Z dochodu dałem zrobił tabernakulum a resztę wpłaciłem na fundację.

Kolejni fundatorzy to już Strachwitze, właściciele Izbicka, a dokładnie Hyazinth w roku 1855 i kwocie 200 talarów z trudną do rozszyfrowania informacją, że na „utrzymanie pomieszczeń. Tymczasowo właściciel dostanie 8m, wtedy nastąpi remont, a reszta jest zarezerwowana”.

W roku 1863 fundatorem jest Joseph Niestroy wolny chałupnik z Utraty z kwotą 60 talarów w zamian za dwie kantaty.

W roku 1860 Johann Schenzel krawiec z Izbicka, w 1870 Josepha Gisa względnie Andreas i Josepha Jonietz z Utraty, Urban i Marianna Glinka z Tarnowa w roku 1873, Johannes Jaschek ksiądz w Izbicku w roku 1883, panna Constantine Schotka z Ligoty Czamborowej w roku 1884, w roku 1885 Anton Jaschkowitz z Izbicka, Elisabeth Filla z Izbicka, Hedwig Brummer młynarka wycużniczka z Utraty, Josefa Pasztuszka z Ligoty Czamborowej, Maria Kozieł, Thomas Niestroy, Joseph Sobek, Valentin Pytel, Henne Franz, Elisabeth von Schymonski z Opola, Anton Jasch, Franz Gawlik z Izbicka, Magdalena Kleemann z Haleńska, Henriette Mehlich z Izbicka, Anna Lepich z Izbicka.

Zazwyczaj fundację obejmowały czytanie mszy, także żałobnych za zmarłych członków rodziny i oprocentowane były w wysokości 4%. Odsetki roczne otrzymywał proboszcz, organista i kościół.

Ile warte były wtedy te fundacje?

W roku 1991 Elisabeth von Schymonski z Opola wpłaca 300 marek, w przeliczeniu na Euro wg tabeli historycznych wartości Banku Federalnego było by to dziś około (300 Marek x 8 EUR) 2.400 EUR.

Joanna Ania Mrohs

Przepis na tragedię – sąsiedzka wrogość w czasach politycznej zawieruchy

Będzie to historia o czasach, gdy wielka polityka była w stanie obudzić w ludziach najniższe instynkty, nakręcić spiralę nienawiści w najmniejszych lokalnych społecznościach, robiąc z sąsiadów wrogów i zbrodniarzy.

Nazwiska i imiona głównych aktorów zostały przeze mnie zmienione, gdyż misją tego artykułu jest pokazanie mechanizmów. I przestroga: nigdy więcej.

Historia będzie o Gablerze i Sołtysiku – sąsiadach w Spóroku. Najstarsi mieszkańcy pamiętają te zdarzenia, ale nie chcą o nich mówić publicznie. Bo po co wspominać czasy, w których co niektórzy zapominali o szacunku do bliźniego – mówią.

Pierwszy akt mojej opowieści dzieje się zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Traktat Wersalski kończący wojnę przewidywał przekazanie całego Górnego Śląska Polsce, jednakże po gwałtownych protestach Ślązaków proniemieckich, zadecydowano o przeprowadzeniu plebiscytu. Obie strony interesów zaczęły więc przygotowania do agresywnej walki propagandowej. Na śląskich wioskach powstawały koła Heimattreue Oberschlesier (Wierni Ojczyźnie Górnoślązacy), walczące o pozostanie w granicach Niemiec oraz Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska zrzeszająca bojowników o przyłączenie Śląska do Polski. Wiemy na pewno, że proniemiecki Peter Gabler wstąpił w szeregi tzw. „Heimattreuerów”. Znajdujemy go na liście wrogów, którą sporządziła Polska Organizacja Wojskowa (źródło Archiwum Państwowe w Katowicach) na podstawie informacji lokalnych działaczy propolskich. Co do Karla Sołtysika nie mamy pewności, czy był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, ale był znany z propolskich sympatii.

Na zdjęciu linia walki wojsk polskich grupy Bogdana i oddziałów niemieckiego Selbstschutzu.

Polityczna agitacja stron prowadzi do radykalizacji nastrojów. Bojówki jednej i drugiej strony na siebie napadają, dochodzi do wzajemnych pobić i nawet zabójstw.

Także w Spóroku, jak donosi prasa:

4 maja do zagrody Friedricha H. w Spóroku (niem. Carmerau, pow. strzelecki) wtargnęło 10 polskich insurgentów, między którymi został rozpoznany Joseph A. z Szymiszowa. Złoczyńcy wywlekli wpierw żonę Franziskę a potem córkę gospodarza, którego nie zastali, z domu, po czym sromotnie je pobili. Kilka dni później bandyci ponownie nawiedzili gospodarstwo, aczkolwiek tym razem nie zastali nikogo, kobiety bowiem zdołały zawczasu uciec wraz z gospodarzem i skrywały się w pobliżu. Nie zastawszy mieszkańców bandyci udali się do mieszkającej w pobliżu Marie K. szwagierki, u której obie kobiety się ukrywały. Grożąc jej pistoletem bandyci na próżno żądali, by wydała uciekinierów. Ale gdy kobieta nie wydała ukrywających się, mężczyźni zaczęli przeszukiwać jej gospodarstwo, niszcząc przy okazji drzwi, kradnąc lub niszcząc ubrania i odzież. Na koniec stłuczono jej talerze oraz uprowadzono bydło.

Sytuacja eskaluje tak dalece, że dochodzi w Spóroku do zabójstwa. Ofiarą jest Augustyn Guzner – trzeci aktor tej historii – dziś patron jednej z ulic w Spóroku. Oto historia dochodzenia w sprawie.

Guzner urodził się w Lipinach w roku 1889. Gdy w roku 1913 żeni się w Świętochowicach z Anną Burek, już jest kupcem z Spóroku. W roku 1919 nagle zaczyna się pojawiać w gazetach jako aktywny działacz polityczny na rzecz przyłączenia Śląska do Polski. W Nowinach w roku 1919 jest wymieniany jako „pracownik na niwie narodowej” w wyborach do rad gmin (Nowiny, Śląska Biblioteka Cyfrowa). 

W roku 1920 jest już właścicielem drogerii i domu wysyłkowego w Spóroku (Nowiny Codzienne, 1920, SBC), pisarzem gminy Osiek, zastępcą związku sikawek gminnych w Małych Staniszczach. Przemawia także w Ligocie podczas założenia polskiego związku oświaty Św. Jacka.

W roku 1920 Guzner jako radny miejski w Strzelcach Wielkich często zabiera głos na zebraniach.  

Nagle we wrześniu 1921 pojawiają się informacje o jego zaginięciu i zgonie (Goniec Śląski, SBC).

Z jego aktu zgonu dowiadujemy się, że jego zwłoki znaleziono 17 sierpnia w lesie nadleśnictwa Krasiejów, 1,5 km do wjazdu do lasu od strony Spóroka, czyli 2 miesiące po zakończeniu walk i opuszczeniu Spóroka przez polskie oddziały grupy Bogdan. Nie jest to sytuacja odosobniona. Przez ten last przechodziła linia walk, i zwłoki są znajdowane nawet po roku.   

Co wspólnego sąsiedzi mają z tą śmiercią, dowiadujemy się z akt dochodzeniowych z lat 1945-50 przechowywanych w archiwum.

Zaraz po wkroczeniu administracji polskiej w roku 1945 propolski Sołtysik donosi na proniemieckiego sąsiada Gablera. Na tej podstawie Urząd Bezpieczeństwa w Wielkich Strzelcach wszczyna postępowanie i stawia mu zarzut „zamordowania powstańca Guznera i oskarżania mieszkańców przed gestapem niemieckim”.  

Gabler zostaje osadzony w obozie dla Niemców w Błotnicy Strzeleckiej dnia 6.08.1945. W obozie był do października 1945, potem wrócił do Spóroka do domu córki. Jego dom zarekwirowano i przekazano repatriantowi.

Urząd zaczyna przesłuchania oskarżonego i świadków. Świadek Helena Gabler, córka oskarżonego, oświadcza, że „jestem Polka, bo teraz są już wszyscy Polakami, słabo mówię po polsku, bo nie miałam czasu jeszcze się nauczyć.”

Kolejny zeznaje autor donosu Karol Sołtysik. W roku 1921 roku Gabler miał oskarżyć Sołtysika, że ten jest dobrym Polakiem i że trzeba go zniszczyć. Sołtysik ukrył się więc w zbożu przed ścigającymi go Gablera i kompanami. Siedząc w zbożu, zauważył grupę Gablera i usłyszał, jak spiskowali, że „skoro nie potrafimy złapać Sołtysika, to pójdziemy po sklepikarza Guznera”. W tą samą noc Guzner zaginął. Sołtysik oświadcza też, że Gabler miał być hitlerowcem zagorzałym i jak widział Polaka, to pluł na niego. Dodaje, że w 1944 roku Gabler wysłał na niego Gestapo i sugerował im, żeby wywieźli go do obozu.

 

Na Gablera donosi też razem z Sołtysikiem Franciszka M. Zeznaje, że Guznera znaleziono zamordowanego w lesie powieszonego głową w dół. Dwa tygodnie przed jego śmiercią na weselu w karczmie u Wolnego widziała, jak przyszli po Guznera Heimattreuerzy, jednego z Krzyżowej Doliny poznała. Chcieli go wyciągnąć na dwór, ale wtedy on uciekł. Ale i tak został potem zamordowany.  Słyszała, że Gabler miał być wśród tych, co Guznera zamordowali. A samego Guznera miał wydać Wincenty K.

Następnie zeznaje naczelnik kolei w Spóroku, że w czasach niemieckich (1942) dostał pismo z naganą dla Gablera, że tenże, mimo że jest zagorzałym działaczem niemieckim, rozmawia na służbie po polsku. Doniesienie było podpisane przez Sołtysika.

W kolejnych zeznaniach Sołtysik informuje, że Gabler z kolei skarżył go do Gestapo w 1942 roku, że ten jawnie wypowiada się za Polską. Gestapo go przesłuchiwało, ale zwolniło z braku dowodów. Sołtysik dodaje też, że zaraz po powstaniu nieznani sprawcy uprowadzili go do Krasiejowa, zawiązali oczy i zbili.

Gabler zostaje w toku postępowania ponownie przesłuchany i opowiada: „W okresie plebiscytu byłem za Niemcami i przeciwnikiem Polaków, miałem u nich dużo przeciwników, dlatego uciekłem ze Spóroka do Ozimka. A ze mną wielu innych ze Spóroka. Wszystko co zrobiłem, to z osobistej zemsty na sąsiedzie Sołtysiku, z którym żyję od dawna w niezgodzie. Najpierw on doniósł do mnie do dyrekcji kolei w Opolu, że mówię po polsku, więc ja doniosłem na niego do Gestapo” – tak uzasadnia swoje postępowanie Gabler.  

Powojenne nastroje

Akta opisujące powojenne dochodzenie urzędu bezpieczeństwa zawierają także inne ciekawe zeznania, które pokazują, jakie były nastroje w Spóroku zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. 

Znajdują się w nich zaznania repatrianta, który dostał zarekwirowany dom Gablera. „Do Spóroka przyjechałem w roku 1945, wówczas do polskości przyznawały się tam cztery rodziny, reszta to wszystko rozmawiało po niemiecku. I dziś także większość rozmawia po niemiecku, mając polskie obywatelstwo. Dostałem gospodarstwo po Gablerze, którego wówczas wysiedlono. Znalazłem w domu wiele dokumentów Gablera po niemiecku, ale je spaliłem, bo mówiono, że wysiedleni Niemcy zostaną wywiezieni do Niemiec. Ludzie nie chcą zeznawać przeciw Gablerowi, obawiają się powrotu Niemców, czują się także przede wszystkim Niemcami. Rozmawiają po niemiecku i wychwalają hitlerowskie czasy.”

Oskarżony o donoszenie na mieszkańców Spóroka do Gestapo Gabler i jego obrońca w oświadczeniach do sprawy się łatwo nie poddają. Argumentują, że przecież sam działacz polski Sołtysik donosił niemieckim przełożonym, że Gabler rozmawia po polsku, co dowodzi, że był jednak dobrym Polakiem. Co więcej, w wyniku donosu Sołtysika, Gabler został umieszczony w obozie dla Niemców a jego majątek przekazany repatriantowi, który jako leśniczy jest przełożonym robotnika leśnego Sołtysika. Świadczy to o ciężkim losie autochtonów, którzy nie mogą się bronić przeciw tak bezpodstawnym oskarżeniom – uzasadnia obrońca Gablera.  

Do końca postępowania Gabler powtarzał, że wszelkie działania wynikały z nienawiści do sąsiada. Ostatecznie sąd uznał, że Gabler działał na szkodę Sołtysika, donosząc na niego do gestapo.

Gablera skazano go na 3 lata więzienia, utratę praw publicznych i obywatelskich i przepad  całego mienia na Skarb Państwa. Sprawcy zabójstwa Guznera nie odnaleziono.  

Kiedy polityka i nienawiść wkraczają między sąsiadów, zacierają się granice człowieczeństwa. I tu już tylko krok od zbrodni. Jesteśmy w stanie uczyć się na błędach?  

Joanna Mrohs

1891 – powstaje związek sikawkowy dla gminy Kadłub, Borycz, Krośnica i Osiek

Od kiedy działa straż pożarna w Kadłubie? Wiemy to dzięki książce Piotra Smykała i Edwarda Dalibóg: Dzieje pożarnictwa na ziemie strzeleckiej.

W książce autorzy opisują moment, gdy przepisy prawa nadały powiatom uprawnienie do uregulowania sprawy pożarnictwa w powiecie. Nakazano więc utworzenie związków gminnych, gdyż gminy (kiedyś każda miejscowość stanowiła gminę) same nie były w stanie ponieść kosztów sprzętu i utrzymania.

W gazecie urzędowej dla powiatu strzeleckiego w roku 1891 znajdujemy statut związku sikawkowego, podpisany przez ówczesnych wójtów gmin i zarządców majątków w Kadłubie, Boryczy, Krośnicy i Osieku: Linder, Capla, Pyka, Woznitzka, Ploch, Urbanczyk, Paul Kolodzieczyk, Adamietz, Mross, Hadrian.

Poniżej stara remiza, potem sklep.

Oto jego tłumaczenie:

Statut

dla związku sikawkowego utworzonego przez gminy Boritsch, Kroschnitz, Kadlub i Oschiek z kolonią Karlsthal w powiecie Groß Strehlitz.

§ 1. Związek strażacki zostaje utworzony na podstawie § 139* ustawy o właściwości organów administracyjnych i sądów administracyjnych z dnia 1 sierpnia 1883 roku [ustawa regulowała kompetencje administracji oraz sądów administracyjnych w prowincjach pruskich, w tym na Śląsku] z gmin Boritsch, Kroschnitz, Kadlub i Oschiek wraz z Karlsthal wraz z ich obwodami majątkowymi.

§ 2. Reprezentacja związku składa się z wójtów wymienionych wyżej gmin oraz zarządców ww. obwodów majątkowych lub ich zastępców i ma jedno miejsce w radzie gminy Kadlub.

§ 3. Reprezentacja związku wybiera spośród siebie przewodniczącego oraz jego zastępcę. Pierwsze wybory prowadzi wójt lub wyznaczony przez niego członek reprezentacji związku. Wszystkie czynności jako reprezentant związku sikawkowego są wykonywane społecznie.

§ 4. Reprezentacja związku strażackiego zbiera się tak często, jak często wymagają tego sprawy związku. Zwołanie reprezentacji następuje przez przewodniczącego pisemnie lub ogólnikiem. Zwołanie musi nastąpić, jeżeli żąda tego przewodniczący lub co najmniej połowa przedstawicieli.

§ 5. Liczba głosów zależy od wysokości składki w paragrafie 12, tak że każdy reprezentant ma co najmniej jeden głos. Przedstawiciele każdej gminy mają jeden głos, przedstawiciele danego obwodu majątkowego mają po jednym głosie.

§ 6 Reprezentacja podejmuje uchwały zwykłą większością głosów, bez względu na liczbę obecnych; w przypadku równej liczby głosów decyduje głos przewodniczącego. Wszystkie uchwały należy wpisać do księgi protokołów i podpisać. Przewodniczący prowadzi księgowość dotyczącą przychodów i wydatków.

§ 7. Reprezentacja związku sikawkowego posiada w zakresie zarządzania tym związkiem prawa przysługujące radzie gminy, a przewodniczący ma prawa wójta gminy.

§ 8. Przewodniczący realizuje uchwały podjęte przez reprezentację, reprezentuje związek strażacki na zewnątrz, prowadzi korespondencję i podpisuje odpowiednie dokumenty. Zwołuje wójtów gmin i zarządców majątków, a także pozostałych członków reprezentacji na posiedzenia, którym przewodniczy, oraz zapewnia ogłoszenie uchwał i ich wykonanie, o ile zostały podjęte.

§ 9. Jeśli nie zostanie podjęta uchwała dotycząca koniecznego przedmiotu sprawy, wówczas w miejsce uchwały wchodzi w życie zarządzenie policyjne.

§ 10. Do obowiązków reprezentacji związku strażackiego należy w szczególności uregulowanie punktów określonych w § 8, 9 i 10 rozporządzenia z dnia 26 marca 1857 roku:

  1. mianowanie mistrza strażackiego oraz jego zastępcy;
  2. mianowanie drużyn obsługujących sikawkę w miejscu jej stacjonowania oraz osób odpowiedzialnych w poszczególnych gminach związkowych i obwodach majątkowych, wraz z ich zastępcami;
  3. przydział drużyn gaśniczych w poszczególnych gminach związkowych i obwodach majątkowych oraz ich wykorzystanie, jak również mianowanie dowódców i ich zastępców;
  4. środki pomocy w przypadku wybuchu pożaru poza terenem związku;
  5. zapewnienie niezbędnych zaprzęgów w obrębie gmin związkowych i obszarów majątkowych;

Zapewnienie zaprzęgów dla sikawki oraz jej drużyny następuje za odpłatą przez mieszkańców miejscowości, w której sikawka jest przechowywana.

Kolejność mieszkańców zobowiązanych do zapewnienia zaprzęgu musi być zapisana na odpowiedniej liście.

Jeśli zaprzęg osoby pierwszej na liście nie jest dostępny, musi go zapewnić osoba kolejna na liście na żądanie przewodniczącego. W miejsce tej osoby zaprzęg musi dostarczyć osoba, w zastępstwie której dostarczono zaprzęg.

  • zapewnienie kontroli drużyn, prowadzenie drużyn;
  • przeprowadzanie prób sikawki, jak również wszelkich działań niezbędnych do zapewnienia prawidłowego zarządzania związkiem strażackim oraz skutecznej pomocy gaśniczej — zgodnie z zakresem rozporządzenia z dnia 26 marca 1887 roku.

Mianowania i ustalenia wskazane w punktach 1, 2, 3 i 5 dokonywane są każdorazowo na okres jednego roku kalendarzowego.

Ponadto obowiązkiem reprezentacji jest: sprawowanie dokładnej kontroli nad istnieniem i dobrym stanem technicznym przepisowego sprzętu gaśniczego należącego do związku.

§ 11 Związek sikawkowy wspólnie nabywa i utrzymuje sikawkę wraz z odpowiednimi urządzeniami oraz akcesoria do sikawki, w tym niezbędne klucze. Wszystkie pozostałe urządzenia gaśnicze muszą zostać nabyte i utrzymywane indywidualnie przez osoby zobowiązane do tego zgodnie z rozporządzeniem z dnia 26 marca 1887 roku.

§ 12 Koszty związku strażackiego są rozdzielane pomiędzy gminy i obwody majątkowe należące do związku proporcjonalnie do podatku gruntowego i budynkowego. Udziały gmin oraz koszty zobowiązań szczególnych są pokrywane w ten sam sposób, co pozostałe potrzeby gminy. W tym celu należy wyodrębnić w budżecie gminy odpowiednią sumę. Wszystkie gminne udziały w kosztach związku są płatne na ręce przewodniczącego związku, który je pobiera i prowadzi kasę związku.

§ 13 Jeśli jakaś część udziału pozostaje nieopłacona, należy wystąpić do urzędu starostwa o jej przymusowe ściągnięcie.

§ 14 Niniejszy statut wchodzi w życie z dniem jego zatwierdzenia przez komisję powiatową.

§ 15 Zmiany statutu wymagają zatwierdzenia przez komisję powiatową oraz zgody 2/3 reprezentantów.

Kadłub, dnia 18 lipca 1891.

Reprezentacja związku sikawkowego: Linder, Capla. Pyka, Woznitzka, Ploch, Urbanczyk, Paul Kolodzieczyk, Adamietz, Mross, Hadrian.

  • § 139 ustawy o właściwości organów administracyjnych i sądów administracyjnych z dnia 1 sierpnia 1883 roku:  

Komisja powiatowa podejmuje decyzje — o ile przepisy dotyczące ochrony przeciwpożarowej nie stanowią inaczej — w sprawie zatwierdzenia, a w razie potrzeby także zarządzenia utworzenia, zmiany lub rozwiązania związków kilku gmin wiejskich lub obszarów majątkowych w celu wspólnego zakupu i utrzymania jednostek straży pożarnej (związków strażackich).

Joanna Ania Mrohs

Przystrojona girlandami lokomotywa w Malapane

To musiał być imponujący widok w roku 1858 na dworu w Ozimku: przystrojona girlandami i buchająca parą lokomotywa, przy akompaniamencie orkiestry wjeżdża na dworzec!

Dzięki Schlesische Zeitung z roku 1858 wiemy, jak wyglądało uroczyste otwarcie linii kolejowej Opole-Tarnowskie Góry.

Koleje żelazne i telegrafia, 23 stycznia.

Kolejne ogniwo zostało włączone do szerokiej sieci kolei żelaznych, która obejmuje już niemal całą prowincję i sięga do najodleglejszych zakątków Śląska. Kolej Opole-Tarnowskie Góry, przebiegająca przez jeden z najbardziej uprzemysłowionych i aktywnych gospodarczo regionów prowincji, została dziś uroczyście otwarta. Tym samym bogate zasoby, które kryje ziemia w swoich wnętrzach i które codziennie wspierają wspaniały przemysł, zyskały nową drogę transportu.

Dyrekcja i zarząd tej kolei nie chciały pozostawić tego dnia bez odpowiedniego uczczenia, dlatego zorganizowano specjalne uroczystości, na które zaproszono licznych gości zarówno ze stolicy, jak i z prowincji.

Porannym pociągiem pośpiesznym Kolei Górnośląskiej przybyli dziś z Wrocławia do Opola czołowi przedstawiciele władz prowincji śląskiej, w tym Jego Ekscelencja Królewski Tajny Radca i Nadprezydent, Freiherr von Schleinitz, Tajny Wyższy Radca Górniczy i Naczelny Dyrektor Górnictwa dr von Carnall, Tajny Radca Rządowy i Komisarz Kolejowy von Nostitz, Dyrektor Generalny Poczty Schulze oraz wielu innych, jak również najznamienitsi członkowie dyrekcji i zarządu Kolei Śląskiej, m.in. Radca Handlowy von Rother, Baron von Muschwitz, Tajny Radca Handlowy Russer, księgarz Trewendt, właściciel ziemski Biberach, dyrektor Kolei Górnośląskiej Maybach i inni.

Na dworcu w Opolu powitał ich nadinżynier nowej linii kolejowej Pan Grapow i zaprowadził gości do salonu poczekalni. Tamże goście zostali zaskoczeni oprawą muzyczną w postaci dobrze obsadzonej orkiestry.

Na dworcu powoli dochodzili kolejni goście z samego Opola i okolicznych powiatów, między nimi hrabia Pückler, nadleśniczy von Maron, starosta Hoffmann i inni członkowie lokalnych organów. Po spożyciu śniadania, w trakcie którego goście wzajemnie się witali, uroczysty pochód pod przewodnictwem nadinżyniera Grapowa przy akompaniamencie hucznej muzyki udał się do pociągu. Lokomotywa przystrojona w girlandy ruszyła w stronę Ozimka i dalej do Zawadzkiego, gdzie pociąg dotarł około 11.00. Goście następnie z nadprezydentem von Schlenitzem na czele udali się do znanego na całym świecie zakładu w Zawadzkiem, po którym gości oprowadził Baron von Muschwitz jako dyrektor generalny spółki Minerva, właścicielki zakładu.

Po około godzinie towarzystwo udało się dalej pociągiem do Tarnowskich Gór, gdzie lokomotywa dotarła około godziny 13.00. W Tarnowskich Górach uczestnicy udali się do domu strzeleckiego znajdującego się blisko dworca, gdzie powitali ich włodarze miasta. Tamże tradycyjnie podniesiono toast za króla i królową i nastąpiły długie i uroczyste przemówienia wszystkich ważnych gości.

O 16.00 towarzystwo wróciło do Opola. Goście z Wrocławia pojechali stamtąd dalej pociągiem pospiesznym.

Joanna Ania Mrohs

p.s. budowa kolei była ratunkiem dla upadającej huty Malapane. Ale to już inny temat.

Dziennik szkoły w Karmerau

Spórok posiada jeszcze oryginalny dziennik szkolny. Jrst w nim mój prapradziadek. oto jego kariera szkolna.

Numer 135, Friedrich Krentscher syn Martina chałupnika, urodzony 4.2.1827, rozpoczął naukę w roku 1834 w wieku 7 lat, w szóstej klasie opuścił 120 dni, w siódmej klasie 118 a w ósmej klasie 107.

Przyczyna nieobecności: pilnowanie bydła
Ukończył szkołę 8.6.1841
Wyniki w chwili opuszczenia szkoły:
religia: ewangelik [nie uczęszczał bo szkoła była katolicka]
czytanie: przeciętne
pisanie: przeciętne
liczenie: zadowalający
uwaga o prowadzeniu się: dobre

inne przyczyny nieobecności u dzieci: choroba, bieda, praca w polu

inne uwagi o prowadzeniu się: naganne, przekorny

Rok szkolny w Prusach wtedy zaczynał się ustawowo po Wielkanocy, ale regionalnie były odchylenia. Na Śląsku ferie letnie były krótkie (np. w Carmerau w roku 1885 od 23.09 do 12.10). Ferie jesienne (żniwne) były za to dłuższe – 23.09. do 12.10.

Listy nieobecności dzieci były przekazywane do policji, gdyż nieobecność była karana.

Joanna Ania Mrohs

Kadłub i polityka

Jak głosowali nasi przodkowie w wyborach:

1927 wybory do Reichstagu i Landtagu

Kadłub: uprawnionych 517, oddanych głosów 375,

na socjalistów 63

na Niemiecką Narodową Partię Ludową (skrajni nacjonaliści) 17

partia Zentrum (partia katolików niemieckich) 195

partia polska 40

NSDAP w okolicy nie dostała żadnych głosów

źródło sbc Oberschlesische Volksstimme, 1928, Jg. 54, Nr. 141