1854 – wyjątkowe Strzelce Wielkie

Ogólna Gazeta Żydowska w roku 1854 donosi o wyjątkowym mieście – Strzelcach Wielkich.

***

Prusy. Strzelce Wielkie (Śląsk), 23 grudnia. (wiadomość prywatna).

W przeciwieństwie do ogólnych dążeń rozdziału konfesji pozwalam sobie opisać moje miasteczko, które wedle mojej wiedzy jeszcze nie było opisywane na łamach niniejszej gazety. Już od najdawniejszych czasów panuje tutaj przyjazna wzajemna tolerancja pomiędzy chrześcijanami a żydami, gdzie ci ostatni stanowią znikomą mniejszość. Szeroko rozpowszechniona choroba nienawiści  wobec żydów tutaj w naszej okolicy zaraziła tylko niewielu, i tak już cierpiących na psychiczne niedomaganie. Fanatyczni księża i nietolerancyjne urzędy są u nas zjawiskami znanymi wyłącznie z nazwy a nie z praktyki.

Autor chciałby tutaj opisać kilka przykładów dobrego współżycia. Podział drewna i żywności dla biedaków miejskich uwzględnia też biedaków z mniejszości żydowskiej. Tutejsza resursa mieszczańska (miejsce spotkań mieszczan) nie wyklucza żydów, wręcz przeciwnie, wielu w niej aktywnie działa. W corocznych wyborach deputowanych ds. podatku od działalności gospodarczej zazwyczaj zostaje wybieranych także kilku żydowskich przedsiębiorców.

Już 40 lat temu żyd pełnił urząd radnego i administratora miejskiej kasy komunalnej, i od tego czasu w radzie gminy znajduje się kilka osób naszego wyznania.

Co więcej, strzelecki batalion ma żydowskiego sekretarza, który cieszy się przychylnością swoich zwierzchników.

Synagoga w Strzelcach wybudowana w tym czasie, a to w roku 1850.

Interesująca może być też wiadomość, że młody żydowski lekarz jest lekarzem znaczącej instytucji karnej, zbudowanej przy drodze do Szymiszowa, co potwierdza otrzymane już zaświadczenie o objęciu stanowiska wystawione przez królewskiego ministra.

Na koniec uwaga, że w Izbicku, wsi leżącej w niniejszym powiecie, żyd jest od dwóch lat sołtysem.

t.

100 lat temu – żniwa śmierci w Strzelcach Opolskich, Boryczy, Krośnicy i Suchodańcu

Sto lat temu, w 1921 roku, ktoś namówił młodych chłopców z naszej okolicy do bitwy w imię interesów wielkiej polityki. Chodziło o pieniądze. O zakłady przemysłowe i kopalnie Górnego Śląska, które należało przejąć, aby czerpać z nie zyski.

Jak zwykle w takich sytuacjach, największą ofiarę ponoszą ci na dole, którzy giną w walce, i ich rodziny. Skutkiem konfliktu, zwanego powstaniami śląskimi lub polskimi, była śmierć porwanych do walki dwudziestolatków, ale także i przypadkowych osób. Polegli i zabici byli ze Strzelec i okolicy, na pewno się znali. Stanęli jednakże po przeciwnych stronach konfliktu.

Świadectwa tamtych tragedii można znaleźć w księgach zgonów, np. parafii w Strzelcach Opolskich, wtedy Wielkich.

Oto one:

5 maja poległ w Strzelcach Wielkich w walce w polskim powstaniu Angelo Brevi, 21 lat, żołnierz włoski,  pochowany 7 maja w Strzelcach Wielkich.

5 maja został ciężko ranny Franz Gaida powstaniec polski, robotnik, lat 28, umarł 6 maja i pochowano go w Strzelcach 9 maja.  

5 maja został zastrzelony przez powstańców polskich podczas podróży służbowej Paul Kiwus, kontroler przewodów trakcyjnych, lat 63, pochowany 8 maja w Strzelcach Wielkich.

5 maja zginął podczas powstania polskiego Josef Praschka, rolnik z Suchych Łanów, lat 24, pochowany w Strzelcach Wielkich 9 maja.  

26 maja w okolicach Boryczy jako powstaniec polski zginął Theophil Paisdzior, lat 21, robotnik z Adamowic, pochowany w Strzelcach 29 maja.

2 czerwca ranny został w walce z powstańcami polskimi  i zmarł Johann Mrochen ze Starej Schodni, pochowany 5 czerwca w Strzelcach Wielkich.

4 czerwca został ranny koło Rokicia (dziś część Raszowej) od odłamka granatu Gerhard Heisig, lat 20, registralor, umarł w transporcie z Krapkowic do Prudnika, tam pochowany 7 czerwca i potem sprowadzony i pochowany w Strzelcach 28 czerwca.

7 czerwca zginął Georg Stróżetzki, strażnik więzienny, lat 24, pochowany 10 czerwca w Strzelcach Wielkich, zastrzelony w granicach miasta przez Polaka.

15 czerwca w Kalinowicach zginął w walce Alois Pawlitzki, lat 18, robotnik w kamieniołomie, syn Johanna i Thekli z domu Kotyrba, pochowany 18 lipca w Strzelcach Wielkich.

5 czerwca pochowany zostaje 21-letni Krawczyk Paul, uczestnik powstania, pochodzący z Sucho Dańca a zmarły w lazarecie w Strzelcach.

Księgi parafii Rozmierz, obejmującej także Kadłub, Grodzisko, Osiek, Suchą, rejestrują trzy zgony związane z powstaniem. Są to trzej młodzieńcy 21letni walczący po stronie polskiej: Michael Schlappa i Valentin Schulz z Rozmierki, Peter Richter z Osieka (Richter ginie w walkach pod Żyrową).

W aktach USC Izbicko są takie wzmianki:

Johann Hurek z Boryczy, lat 20, syn Mathiasa, zostaje zabity 26 maja przy słupie stodoły w swoim gospodarstwie przez powstańców strzałem z broni.

Jakob Kalla, lat 63, zostaje zabity w swoim mieszkaniu w Boryczy 6 czerwca przez uczestników powstania strzałem z broni.

Franz Smolorz, lat 19, z Suchodańca, syn Johanna Smolorza, zostaje zabity przez powstańców strzałem z broni 1 czerwca na terenie między Suchodańcem a Grodziskiem.

Michael Gawlik, lat 64, zabity przez polskich powstańców 1 czerwca w Suchodańcu.

Maximilian Zwierzina, lat 22, zamieszkały w Krośnicy, zastrzelony przez powstańców 26 maja w Krośnicy na własnym podwórku.

Urząd Stanu Cywilnego w Jemielnicy rejestruje tylko jeden zgon, 21letniego młynarza z Jemielnicy Richarda Smiatek.

Niech zmarli będą przestrogą.

Cholera w Kadłubie w 1874

Mapa występowania cholery w roku 1874. Miejscowość podkreślona przerywaną linią – 1 przypadek. Miejscowość podkreślona ciągłą linią – epidemia cholery.

Cholera pojawiła się na Śląsku w grudniu 1872, przyniesiona z Austrii, przez robotników tam pracujących (1600 pruskich robotników pracowało w austriackich hutach i kopalniach). Rozważano wówczas zamknięcie granic, ale pozbawiło by to rodziny środków do życia, więc rejencja opolska zawarła umowę z austriackim rządem krajowym w Opawie, że chorzy leczeni będą na miejscu a nie w rodzinnej miejscowości, co doprowadziło do wygaśnięcia cholery.

Choroba wróciła w 1873 roku, najpierw w rejencji wrocławskiej i powiecie raciborskim.  Rejencja opolska podjęła więc szereg środków, np. kontrole flisaków, zakaz pielgrzymek, procesji, odpustów, zgromadzeń. Landrat strzelecki zabronił targów, zarządzono kontrole i zatrzymania włóczęgów, żebraków, zakaz zabaw, zakazano handlu obwoźnego i gałganiarzy.  Mimo obostrzeń, choroba postępowała. Pojawiła się w powiecie raciborskim, kozielskim, następnie w przemysłowej części Górnego Śląska. Aż w lipcu 1874 dotarła do Kadłuba. W ciągu miesiąca umierają 24 osoby, w niektórych przypadkach całe rodziny. Choroba tak szybko zabija, że nie nadążano z grzebaniem zmarłych. Kadłubskie ofiary cholery grzebano na specjalnym cmentarzu cholerycznym, do dziś zwanym Choleraberg. Zmarłych grzebał jedyny odważny Michael Kalka. W nocy zwoził ciała w trumnach, grzebał w dołach i posypywał wapnem. Osoby najbliższe nie brały udziału w pochówki ze strachu przed chorobą.  

1874 rok jest rokiem gdy Kadłub pojawia się w światowej prasie, niestety z tego smutnego powodu. Ogólna Wiedeńska Gazeta Medyczna donosi 11 sierpnia 1874 roku (obraz wyżej): „Z Breslau (Wrocław) donoszą, że cholera objawiła się w przerażający sposób w Gross Stein (Kamień Śląski) koło Gogolina, miejscowości Kadlub (Kadłub) i Boritsch (Borycz) i zebrała już tragiczne żniwo. Doktor Bruck z Gross Strehlitz (Strzelce Wielkie) wydał rozporządzenie choleryczne, w którym opisuje fakt, że po tym jak cholerę w miejscowości Lazisk (Łaziska) i Gonschiorowitz (Gąsiorowice ), przywleczoną przez osoby i ich ubrania z zakażonych terenów przemysłowych, udało się ograniczyć do kilku pojedynczych ognisk, w toku ostatniego tygodnia wystąpiła intensywnie w miejscowości Kadlub, Boritsch i Gross Stein. W pierwszych dwóch miejscowościach choroba została przywleczona przez handlarza gałganami, a miejscowość Gross Stein zapłaciła wysoką cenę za przyjęcie kobiety z Kadłuba, która zachorowała na polu. Od 24 do 31 lipca zmarło już 41 osób, co daje 5 procent mieszkańców.”

W księgach kościelnych znajdujemy skrupulatny opis zmarłych. Wszyscy zmarli są z Kadłuba, pierwszy zgon następuje 19 lipca 1874 roku. Ostatni 28 sierpnia. Księgi zgonów zawierają adnotację, że zmarli zostali pochowani na cmentarzu cholerycznym w Kadłubie (Kadłub należał wtedy do parafii Rozmierz, a zmarłych Grzebano w Grodzisku).    

 Obraz księgi zgonów, z prawej rubryka z adnotacją o przyczynie zgonu (cholera).    

Lorenz Szczeponek z Kadłuba, 52 lata, chałupnik, pozostawił wdowę Franciskę i 4 dzieci: Francisca 24, Martha 13, Maria 11, Anton 6

Franz Johna z Kadłuba, pasterz, 54 lata, pozostawił wdowę Marthę z domu Kuczera i dzieci: Maria ½, Johann 7, Franciska 14, Victor 11

Mathias Szefcik kowal i chałupnik, 50 lat, pozostawił żonę Agnes z domu Cebulla i 5 dzieci: Maria 24, Anna 22, Josef 18, Johann 14, Emanuel 13

Martha, żona pachołka z majątku Andreasa Adlera z domu Hontzia alias Honsisko, wiek 29 lat, pozostawia wdowca i 2 dzieci, Hedwig 1 i Johann 3 (dopisek: Johann zmarł także i został pochowany z matką w jednej trumnie)

Johann, jej ślubny syn, wiek 3,5 roku

Franz, ślubny syn komornika Bernharda Lassoncik i Franciski Mros, 14 lat

Maria żona komornika Antona Katerla, 38 lat, pozostawia wdowca

Anton Ploch, chałupnik, 43 lata, pozostawia wdowę Franciskę i dzieci z pierwszego małżeństwa: Johann 20, Joseph 18, Franz 17, Jacob 9, Franciska 6

Johann ślubny syn chałupnika Stanislausa Mokwa i Josefy Duda, 4 lata

Josepha ślubna córka chałupnika Johanna Mrós i Marii z domu Lika, 48 lat, zostawia dzieci: Johanna 22, Joseph 10.

Anton Orlik, strażnik krów, 59 lat, pozostawia wdowę Mariannę i dzieci: Maria żona Floriana Bieniek 27, Paulina 17, Anna żona Augusta Bieniek 25.    

Paulina ślubna córka chałupnika Stansilausa Mokwa i Josephy Duda, 19 lat

Paulina ślubna córka Antona Orlika, nadzorcę krów, 17 lat

Emmanuel, ślubny syn zmarłego chałupnika Mathiasa Schefcik, 13 lat

Franz Koj, chałupnik, 52 lata, pozostawia żonę Catharinę i dzieci: Franciskę 30, Andreas 27, Helene 24, Marianna 21, Johann 19, Julian 16, Simon 12, Pauline 10.   

Florentina ślubna córka chałupnika Johanna Koprek i Susana Sklorz, 13 lat

Josepha, ślubna córka powyższego, 4 lata

Victoria, ślubna córka powyższego 2 lata

Martin Rej, syn komornika Adama Rej i Johanny z domu Hasterok, 1 rok

Marianna Koprek, córka chałupnika, 9 lat

Marianna Wischniowski, komorniczka, 55 lat

Johann Kuczera, syn chałupnika, 5 lat

Simon ślubny syn chałupnika Franza Koja i Cathariny Wojtynek, 12 lat

Josepha, wdowa po zmarłym wycużniku Haitor, 52 lata, pozostawia dzieci: Andreas (w Kotulinie), Leopold (w Staniszczach Wielkich), Carolina 17 (w Kadłubie), Martha (u Andreasa), Lorenz (Kadłub).    

W miejscu pochówki, zwanym do dziś Choleraberg stoi krzyż.

autor: Joanna Mrohs

Cholera

Księgi parafialne są niezwykle ciekawym źródłem historii. Zawierają nie tylko gołe dane metrykalne, ale często adnotacje opisujące życie mieszkańców.

Jako że właśnie borykamy się z zarazami, należy zaznaczyć, że nie jest to niczym nowym w historii naszych miejscowości. W roku 1831 w księdze zgonów parafii Rozmierz, obejmującej wtedy Rozmierz, Rozmierkę, Jędrynie, Kadłub, Grodzisko, Suchą, Szymiszów, Podborzany znajdujemy wpis odnośnie panującej wówczas cholery.

Pro Memoria

Nieszczęsna azjatycka choroba zakaźna zwana cholerą, po tym jak nawiedziła wiele miast i wsi w Europie i zabiła tamże wielu ludzi, pokazała się też w naszej parafii w miejscowości Rosmirka i Jendrin. Cztery osoby umarły na nią, co też odnotowano w niniejszej księdze zgonów. Administrator faktyczny majątku Schimischow, główny urzędnik Schieckwolff z miejscowości Rosmirka w związku z tym wyznaczył i wygrodził miejsce pochówku za cegielnią z lewej na wyniesieniu. Niniejsze miejsce zostało ustanowione cmentarzem przez niżej podpisanego proboszcza w obecności urzędnika głównego Schieckwolffa, chirurga powiatowego i lekarza powiatowego Pana Friedricha Niepelta z Groß Strehlitz dnia 10 listopada tego roku [1831].     

Thaul

Proboszcz parafii Rosmierz

Jak widać na mapie z 1827 roku, cegielnia znajdowała się przy dzisiejszej ulicy Pasternik. I tam też do dziś jest krzyż, który jest regularnie remontowany.

Więcej na stronie Rozmierki http://www.rozmierka.eu/krzyz-na-pasterniku

We wspomnianych księgach znajdują się też dokładne wpisy co do śmierci tych 4 osób.

W Jędryniach zmarły 3 osoby: Catharina wdowa po Valentinie Marzok (74), jej syn Joann Marzok (35), wolny kmieć, oraz Juliana (51) wdowa po Jacobie Cichoń, która się chorą Cathariną opiekowała. Wszyscy zostali złożeni na nowym cmentarzu, bez towarzyszącego zazwyczaj księdza, proboszcz jedynie odnotował zgon w księgach. Wszystkich trzech pochowano w ten sposób na zalecenie lekarza powiatowego.

Z Rozmierki zmarł Valentin Bieniek (47), który był kaczmorzem. Choroba objawiała się u niego wymiotami i rozwolnieniem.

Autorzy: Alexander Graf, Piotr Smykała, Joanna Mrohs

Ze wspomnień hrabiego Alfreda von Strachwitz

K a d ł u b / Kościół

Kadłub należał wówczas do części parafii Grodzisko. Jednakże kościół był tam za mały, nie było dla nas chóru, a ludzie z Kadłuba zawsze musieli przejść długą drogę, jeśli chcieli iść do kościoła. Więc Wasza mama sama wpadła na pomysł zbudowania kościoła w Kadłubie. Udostępniłem na to ziemię. Podstawowe negocjacje nie były takie łatwe, ponieważ władze kościelne są w takich sprawach szczególnie ostrożne. Wszystko musi być zabezpieczone. Były też inne przepisy, których należało przestrzegać i przeszkód, których trzeba było unikać. Najpierw pojechaliśmy do kardynała Bertrama we Wrocławiu. Byliśmy u niego tylko przez około pięć minut. Wtedy wszedł sługa, szeptał coś do kardynała, a kardynał powiedział, że musimy mu wybaczyć, bo ma coś do zrobienia.

Skierowano nas do biskupa pomocniczego Wojciecha, który był bardzo otwarty i udzielił nam szczegółowych porad. Byliśmy u niego prawie godzinę. Wszystkie formalności kościelne załatwił wówczas prałat z Opola, z którym łatwo było negocjować. Powiatowy nadzorca budowlany wykonał dla nas bardzo ładny rysunek kościoła, który dobrze pasowałby do okolicy. Ale wtedy ksiądz, który był wówczas odpowiedzialny za kościół w Grodzisku, przyszedł i sprawiał wiele kłopotów. Nie tylko dlatego, ale również, że nie bardzo mi się z nim układało. Główny nauczyciel w Grodzisku też sprawiał trudności, bo zapewne martwił się o swoją pozycję organisty, a także skłaniał się ku polskiej stronie. I tak, po pewnym czasie w tę i z powrotem, zbudowano dzisiejszy kościół w Kadłubie. Następnie zwołaliśmy zebranie wiejskie i wszystko wyjaśniliśmy ludziom. Oprócz ziemi oddałem też całe drewno na konstrukcję dachową i ławki. Kamienie do budowy dostałem też z małego kamieniołomu w Koschützer Walde, dał mi je wujek Achim. Sami mieszkańcy gminy zrobili wiele fur, tak jak ja również. Więc sprawy zaczęły powoli nabierać rozmachu. Ziemię wykopano, rozpoczęto murowanie i inne prace. Stworzyliśmy to wszystko razem, mieszkańcy i my. Tak więc pewnego dnia kościół został ukończony i nadszedł dzień konsekracji. Sam Kardynał Bertram podjął się tej inauguracji kościoła. Powiedział potem, że nawet nie wiedział, że był to taki duży kościół, a po inauguracji przyjechał do naszego domu, co nie było oczywiste. Nawiasem mówiąc, ta wizyta kardynała kosztowała mnie moją pozycję powiatowego przewodniczącego Związku Rolników; sam z siebie bardzo się ucieszyłem, że pozbyłem się tego urzędu. Kiedy stało się przed ołtarzem, wejście do zakrystii było po lewej stronie, a nasz chór po prawej stronie. Dla naszej rodziny i personelu stały tam trzy bardzo ładne i wygodne ławki. Mówi się dzisiaj, że siedzą tam ministranci. Chór ten został wpisany do księgi wieczystej mojej rodziny i ich potomków. Inną delikatną kwestią był sufit w kościele. Było to bardzo trudne, ale udało się zostawić poprzeczne belki nośne niezabudowane od dołu. Następnie zostały zabejcowane na ciemno, a dwie wyżłobione krawędzie pomalowano na złoto i czerwono. Dopiero gdy powiedziałem, że nie dam drewna na sufit, jeśli nie będzie to tak zaprojektowane, to ksiądz i ktokolwiek tam jeszcze ingerował w to, wreszcie ustąpili.

Potem okazało się, że im też się to podoba. Ołtarz był zwrócony na wschód, zgodnie ze zwyczajem. Nie było prawdziwego ołtarza, ale cała przednia ściana służyła jako ołtarz. Kazaliśmy tam namalować bardzo piękne malowidło ścienne: Chrystusa Króla i naszą parafię, poczynając ode mnie jako reprezentanta aż w dół do ministranta, jak wszyscy patrzymy na Niego w adoracji. Obraz był namalowany w formie fresku na ścianie. O ile dobrze pamiętam, malarz mieszkał z nami około trzech miesięcy i wybierał sobie modele spośród mieszkańców. Bardzo nam się to podobało. To było coś innego, coś, czego nie można było znaleźć nigdzie indziej w żadnym innym kościele.

Zamek na piasku

Piękny projekt (1876r.) zamku myśliwskiego autorstwa Olivera Pawelta dla Hrabiego Renarda, który miał stanąć na Mrozowej Górze (Mrossowa Gora) w Staniszczach Wielkich.
Zamek nie został zrealizowany, bo:
„Powiadają że materiały na budowę kościoła pierwotnie posłużyć miały budowie pałacyku myśliwskiego księcia, który chciał postawić na Mrozowej Górze. Z niewiadomych jednak przyczyn nie dało się na suchym przecież gruncie założyć fundamentów – wszystko niezmiennie zapadało się w ziemię. Książę postanowił nie walczyć z opatrznością i przekazać wszystkie zgromadzone materiały na budowę kościoła.” (źródło: http://www.krainadinozaurow.pl/pl/miejsca-i-obiekty-historyczne-w-krainie-dinozaurow,32.html#)

Wspomnienia grafa

Dzięki uprzejmości hrabiny Margrit von Strachwitz publikujemy fragmenty wspomnień Alfreda Grafa Strachwitz von Groß-Zauche und Camminetz, do 1945 roku właściciela posiadłości Rosmierka i Kadlub, urodzonego 8.8.1898 w miejscowości Schimischow

***

Z zapisków Alfreda hrabiego Strachwitz von Groß-Zauche und Camminetz, z siedzibą do 1945 w Rozmierce i Kadłubie, urodzonego 8.8.1898 w Szymiszowie

Kochane dzieci!

Na kilku kolejnych stronach spróbuję nakreślić Wam obraz zarówno mojej, jak i Waszej małej ojczyzny, mojej jak i Waszej rodziny, obraz samego siebie, Waszego ojca i dziadka. Niniejsza książka nie ma być dziełem literackim, nie rości sobie także prawa do kompletności. Zapisałem tutaj, co moja pamięć zachowała: rzeczy piękne i mniej wzniosłe, śmieszne i smutne, kochane i dobre. Obrazy z kalejdoskopu mojej pamięci. Te zapiski mają Wam pokazać, jak żyliśmy i jak piękna była nasza mała ojczyzna.

Ku pamięci wszystkich ludzi, których mogłem poznać, a zwłaszcza tych, którzy pozwolili mi nazywać się przyjacielem, na pamiątkę naszej niezapomnianej ojczyzny, i z wdzięczności sporządziłem te zapiski.

Kadłub

Czas porozmawiać o Kadłubie, w którym mieściła się nasza siedziba i który był szczególnie Waszą ojczyzną. W 1929 roku mój ojciec przekazał mi majątek w Kadłubie – Rozmierce, po tym, jak od 1924 roku byłem generalnym pełnomocnikiem mojego ojca odnośnie jego całego majątku. Szymiszów otrzymał mój brat Ernst-Joachim / Achim. Za to ja otrzymałem więcej ciężarów. Właściwie, jak powiedział mi mój ojciec przed ślubem, powinienem otrzymać cały majątek, tj. Szymiszów i Kadłub-Rozmierkę. Jednak mamie udało się ojca przekonać, że majątek został podzielony.

Mapa z podziałem majątku. Numer 15 Szymiszów-Kadłub-Rozmierka

Zgodnie z tym my, trzej bracia, którzy jeszcze żyli, tzn. ja, Achim i Nikolaus, powinniśmy otrzymać po jednej trzeciej całego majątku. Ale ani mój brat Nikolaus, ani ja nie chcieliśmy takiego podziału. Więc dostałem Kadłub-Rozmierkę w całości, a Nikolaus dostał u mnie większą hipotekę. Ponieważ w momencie podziału mieszkaliśmy jeszcze w Szymiszowie, powstała kwestia własnego domu w Kadłubie. Najpierw po ślubie ojciec chciał mi zbudować dom w Rozmierce tuż przed lasem na wzgórzu, które według tego planu nazywano wówczas „wzgórzem zamkowym”. Ale z powodu niszczycielskiej inflacji z 1923 roku nic z tego nie wyszło. Jednak Wasza matka odziedziczyła po śmierci swojego ojca pieniądze, więc wpadliśmy na pomysł zbudowania dla siebie domu w Kadłubie. Mój ojciec się na to zgodził. Podarował mi drewno, niezbędne kamienie i różne inne rzeczy. I tak pewnego dnia nasz piękny dom w parku nadleśnictwa w Kadłubie był gotowy. Został ukończony mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przejąłem Kadłub-Rozmierkę. I urządziliśmy się tam tak, jak się nam podobało. Nasz dom został zbudowany przez architekta Lauterbacha, towarzysza broni z 11 Pułku Strzelców Konnych Cesarstwa Niemieckiego, który mieszkał w tym czasie we Wrocławiu. Po wojnie mieszkał w Allgäu.

Na zdjęciu dom zaprojektowany przez Lauterbacha, zdjęcie zrobił Max Glauer.

K a d ł u b  / Wieś

Wieś Kadłub znajdowała się na północy naszego majątku. Nie była zbyt duża, chociaż mieszkało w niej około 800 mieszkańców. Posiadała często spotykany układ domów i zagród rozmieszczonych wzdłuż dwóch ulic. Ulice były nieutwardzone i bynajmniej nie bez dziur i piaszczystych miejsc. We wsi znajdował się sklep spożywczy, którego właścicielem był kupiec Thomannek. Kupowano od niego cukier, sól i tym podobne. Gospoda prowadzona była przez mądrego człowieka – Petera Mroßa. Okazjonalnie jedliśmy nawet świeże kiełbaski z musztardą w jego izbie paradnej. Był także rzeźnikiem i zawsze dokonywał uboju na zamku. Kiedy Wellfleisch (zupa z głowy i brzucha świni po świniobiciu) była ugotowana, wkładał czysty fartuch i przychodził na górę do pokoju paradnego z miską świeżej zupy. Tam jedliśmy z nim świetnie zrobioną potrawę. Oczywiście do tego był serwowany dobry sznaps.

Należy również wspomnieć, że kiedy Peter Mroß przychodził z jedzeniem, zawsze miał zawinięty róg fartucha w górę za paskiem: oznaczało to, że w tej chwili nie pracuje. Peter Mroß był bardzo źle traktowany przez Rosjan, a początkowo także przez Polaków. Zabrali mu w całości sklep mięsny i mógł sprzedawać alkohol tylko w gospodzie. Raz nas odwiedził, tak jak jego syn Hans, tutaj w Monachium, zaniósł się płaczem a my oczywiście z nim. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie w Kadłubie wiele przeszli. We wsi była szkoła podstawowa z trzema nauczycielami, którzy się nie lubili. Młyn we wsi był napędzany przez rzekę Himmelwitz (Jemielnica). Kiedyś należał do mnie, ale ponieważ chętnie chciał go młynarz Adamietz i dlatego, że pilnie wymagał naprawy, to go mu sprzedałem. Na końcu wsi znajdował się majątek z rezydencją rodziny, gdzie później ulokowałem nadleśnictwo. Po drugiej stronie rzeki znajdował się jeszcze jeden dom, który zbudowałem dla nadleśniczego Drobiga.

K a d ł u b / Kościół

Kadłub należał wówczas do części parafii Grodzisko. Jednakże kościół był tam za mały, nie było dla nas chóru, a ludzie z Kadłuba zawsze musieli przejść długą drogę, jeśli chcieli iść do kościoła. Więc Wasza mama sama wpadła na pomysł zbudowania kościoła w Kadłubie. Udostępniłem na to ziemię. Podstawowe negocjacje nie były takie łatwe, ponieważ władze kościelne są w takich sprawach szczególnie ostrożne. Wszystko musi być zabezpieczone. Były też inne przepisy, których należało przestrzegać i przeszkód, których trzeba było unikać. Najpierw pojechaliśmy do kardynała Bertrama we Wrocławiu. Byliśmy u niego tylko przez około pięć minut. Wtedy wszedł sługa, szeptał coś do kardynała, a kardynał powiedział, że musimy mu wybaczyć, bo ma coś do zrobienia. Skierowano nas do biskupa pomocniczego Wojciecha, który był bardzo otwarty i udzielił nam szczegółowych porad. Byliśmy u niego prawie godzinę. Wszystkie formalności kościelne załatwił wówczas prałat z Opola, z którym łatwo było negocjować. Powiatowy nadzorca budowlany wykonał dla nas bardzo ładny rysunek kościoła, który dobrze pasowałby do okolicy. Ale wtedy ksiądz, który był wówczas odpowiedzialny za kościół w Grodzisku, przyszedł i sprawiał wiele kłopotów. Nie tylko dlatego, ale również, że nie bardzo mi się z nim układało. Główny nauczyciel w Grodzisku też sprawiał trudności, bo zapewne martwił się o swoją pozycję organisty, a także skłaniał się ku polskiej stronie. I tak, po pewnym czasie w tę i z powrotem, zbudowano dzisiejszy kościół w Kadłubie. Następnie zwołaliśmy zebranie wiejskie i wszystko wyjaśniliśmy ludziom. Oprócz ziemi oddałem też całe drewno na konstrukcję dachową i ławki. Kamienie do budowy dostałem też z małego kamieniołomu w Koschützer Walde, dał mi je wujek Achim. Sami mieszkańcy gminy zrobili wiele fur, tak jak ja również. Więc sprawy zaczęły powoli nabierać rozmachu. Ziemię wykopano, rozpoczęto murowanie i inne prace. Stworzyliśmy to wszystko razem, mieszkańcy i my. Tak więc pewnego dnia kościół został ukończony i nadszedł dzień konsekracji. Sam Kardynał Bertram podjął się tej inauguracji kościoła. Powiedział potem, że nawet nie wiedział, że był to taki duży kościół, a po inauguracji przyjechał do naszego domu, co nie było oczywiste. Nawiasem mówiąc, ta wizyta kardynała kosztowała mnie moją pozycję powiatowego przewodniczącego Związku Rolników; sam z siebie bardzo się ucieszyłem, że pozbyłem się tego urzędu. Kiedy stało się przed ołtarzem, wejście do zakrystii było po lewej stronie, a nasz chór po prawej stronie. Dla naszej rodziny i personelu stały tam trzy bardzo ładne i wygodne ławki. Mówi się dzisiaj, że siedzą tam ministranci. Chór ten został wpisany do księgi wieczystej mojej rodziny i ich potomków. Inną delikatną kwestią był sufit w kościele. Było to bardzo trudne, ale udało się zostawić poprzeczne belki nośne niezabudowane od dołu. Następnie zostały zabejcowane na ciemno, a dwie wyżłobione krawędzie pomalowano na złoto i czerwono. Dopiero gdy powiedziałem, że nie dam drewna na sufit, jeśli nie będzie to tak zaprojektowane, to ksiądz i ktokolwiek tam jeszcze ingerował w to, wreszcie ustąpili. Potem okazało się, że im też się to podoba. Ołtarz był zwrócony na wschód, zgodnie ze zwyczajem. Nie było prawdziwego ołtarza, ale cała przednia ściana służyła jako ołtarz. Kazaliśmy tam namalować bardzo piękne malowidło ścienne: Chrystusa Króla i naszą parafię, poczynając ode mnie jako reprezentanta aż w dół do ministranta, jak wszyscy patrzymy na Niego w adoracji. Obraz był namalowany w formie fresku na ścianie. O ile dobrze pamiętam, malarz mieszkał z nami około trzech miesięcy i wybierał sobie modele spośród mieszkańców. Bardzo nam się to podobało. To było coś innego, coś, czego nie można było znaleźć nigdzie indziej w żadnym innym kościele.

Budowa kościoła

K a d ł u b / Las

Cykl produkcyjny naszego lasu trwał 80 lat. Oznacza to, że cały las został podzielony na pięć grup wiekowych: pierwsza klasa od 1 – 20 lat, druga klasa od 20 – 40 lat, trzecia od 40 – 60 lat, czwarta klasa od 60 – 80 lat oraz piąta klasa miała ponad 80 lat. Każdego roku wycinano i zalesiano na nowo około 100 morgów. Las składał się w 60% z sosny, w 30% ze świerka i w 10% z drewna liściastego, np. brzozy, jesionu, olchy itp. Każdego roku – a teraz mówię tylko o Kadłubie – od 1928 roku wycinano około 12000 metrów sześciennych grubizny, z tego w moim tartaku na Barwinku cięto około 2000 – 3000 metrów sześciennych drewna budowlanego i sprzedawano jako materiał cięty. Odnośnie tartaku będzie jeszcze później mowa!

Sadzonki hodowano we własnych szkółkach, niektóre z nich z własnych nasion. Przywiązywałem wielką wagę do tych szkółek, ponieważ stanowiły one podstawę zalesiania. Od pierwszego roku, w którym przejąłem majątek, przy każdej przesiece, czyli na skraju każdej drogi, kazałem zasadzić brzozy, jako mój znak rozpoznawczy. Chciałem, żeby moi następcy wspominali mnie, gdy będą jechali na polowania wzdłuż wysadzanych brzozami ścieżek. Nie było to do końca leśnictwo, ponieważ brzoza wypiera sąsiednie drzewa i uniemożliwia ich wzrost; ale czego nie robi się dla przyjemności? Pomysł zaczerpnąłem ze starego zalesienia w Poznowicach – należącego do majątku mojej rodziny w Kamieniu Śląskim – przez środek którego wiodła droga otoczona brzozami po prawej i lewej stronie. O każdej porze roku brzozy te wyglądały pięknie, latem z zielonymi liśćmi, a zawsze z białymi pniami na tle ciemnych sosen i świerków w tle. I tak wpadłem na pomysł obramowania przesiek brzozami, wtedy, gdy mateczniki ponownie zalesiano. Zawsze bardzo mi się podobał las i zawsze chciałem go jak najlepiej pielęgnować i ulepszać. W ciągu dziesięciu lat od przejęcia majątku do II Wojny Światowej zalesiłem około 1000 morgów ubogich łąk i nieurodzajnych pól. Później, po około 10-15 latach, można by było znacznie zwiększyć znacznie wycinkę. W 1939 roku, na początku wojny, zalesianie nie było jeszcze ukończone.

Siedziba nadleśniczego

Cały las został podzielony na cztery okręgi leśne i jedno nadleśnictwo, które podlegało nadleśniczemu. Były to okręgi Kadłub, Borycz, Osiek i torfowisko (Torfstich) [dziś leśniczówka w lesie między Grodziskiem i Kadłubem], a także okręg łowczego Piec. Nie ma sensu wymieniać teraz poszczególnych zarządców okręgów, ponieważ zostaną oni później bardziej szczegółowo wymienieni wśród urzędników. W okręgach Kadłub i Borycz wyjąłem około 20 morgów z wycinki w różnych miejscach jako mateczniki, ponieważ były tam szczególnie piękne i bardzo stare drzewa. W ogóle nie wolno było tam nic wycinać, chyba że osobiście zobaczyłem drzewo i zezwoliłem na jego ścięcie. Chroniłem w ten sposób pojedyncze drzewa lub grupy drzew. Przekonany jestem, że nie zawsze należy pozwalać, aby wszystko służyło celowi i odświeżało portmonetkę. Również w lesie użytkowym można sobie na to pozwolić i tym samym przyczynić się do upiększenia lasu i krajobrazu. Takie małe zakątki w lesie zawsze sprawiały mi wiele przyjemności i często tam przebywałem. Starałem się wspomagać drzewostan, nawet jeśli piękno i siła drzew stałyby się widoczne dopiero w znacznie późniejszych latach. Zawsze miałem nadzieję, że mój następca kiedyś będzie kontynuował tę moją miłość do lasu. Zostawiałem przy wycince nawet drzewa nasienne, co 20 lub 50 m, mogły być wycinane tylko za moją zgodą. Wiele z nich służyło jako dziuple lęgowe dla dudków, dzięciołów, krasek i siniaków. Normalnie byłyby one wycinane jako „chore” lub z podobnych powodów. Ale dlaczego? Po co usuwać takie drzewa, które służą jako dziuple lęgowe? Jakie to było szczęście widzieć takiego śmierdzącego dudka siedzącego na środku ścieżki i szukającego larw w krowim łajnie lub innym oborniku. Albo nawet kraskę, ten cudownie kolorowy i mieniący się ptak. Stopniowo już w ostatnich latach przed wojną zauważono, że wszystkie te dziuplaki rozmnożyły się, ponieważ znalazły mnóstwo miejsc do wylęgania. Czy pamiętacie te stare drzewa nasienne pozostawione po drugiej stronie leśniczówki Torfstich, którą zarządzał leśniczy Schmolke, gdzie każdego lata niezliczone ilości młodych męskich bocianów wpadały i spały wieczorami na tych drzewach? Jak bardzo się cieszyliśmy, gdy widzieliśmy je stojące na starych gałęziach tych drzew! Zgodnie z normalnymi zasadami leśnictwa, te drzewa powinny być wycięte dawno temu – ale co by się stało z naszymi bocianami? Więc myślę, że tak było ładniej. O ileż więcej mógłbym Wam opowiadać o lesie! Ale teraz prowadziłoby to za daleko i na dalszych stronach dowiecie się wielu interesujących rzeczy o naszym lesie.

Kadłub / Gospodarstwo rolne

Trochę trudniej jest opisywać gospodarstwo rolne i tak je opisać, abyście wy to zrozumieli, a ja nie rozpisywał się w nieskończoność. Ponieważ rolnictwo jest tematem bardziej złożonym, niż las. Ale spróbuję dać Wam krótki przegląd. Nie pamiętam dokładnie, jak duże były grunty orne w Szymiszowie, łącznie z Suchą mogło to być około 1800 morgów. W Rozmierce z Kadłubem, bez dzierżawionych pól i łąk, pola orna wynosiły prawie dokładnie 1200 morgów. Ale teraz chciałbym tylko porozmawiać o Rozmierce i Kadłubie. Średnio na przestrzeni lat uprawiano na jednej trzeciej rośliny okopowe (ziemniaki i buraki), na jednej trzeciej zboża ozime i na jednej trzeciej zboża letnie. Plony ziemniaków i żyta były całkiem dobre, dla pszenicy normalne, ponieważ można ją było uprawiać tylko na wybranych polach. W Rozmierce, podobnie jak w Kadłubie i kilku innych miejscach, zalesiałem wszystkie słabe pola. Eliminując te miejsca, wydajność znacznie się poprawiła. W Rozmierce, podobnie jak w Szymiszowie, była gorzelnia. Na przestrzeni lat w Rozmierce destylowano i przerabiano w gorzelni średnio na rok 12 000 cetnarów ziemniaków. W oborze znajdowało się prawie gotowe stado czarno-kolorowego bydła nizinnego; dwie trzecie były już zarejestrowane w księdze hodowlanej stada. Później opowiem bardziej szczegółowo o wszystkim, co było związane z oborą. Młode bydło, o ile było hodowane i później odstawione do chowu stada, stało w  folwarku Szymonia i na koplach w Kadłubie do czasu ich odstawienia. Nazwę folwarku Szymonia zmieniliśmy na „Christinenhof”. W 1939 roku miałem w stajni dziewięć klaczy wpisanych do głównego rejestru koni prowadzonego przez Towarzystwo Hodowców Koni i jedną klacz w rejestrze A. Z pewnym sukcesem hodowałem konie oldenburskie. W oborze był też bardzo dobry materiał hodowlany niemieckiej szlachetnej świni [Deutsches Edelschwein]. W Kadłubie powstało stado owiec wiejskich z Wirtembergii. To rasa, która dobrze tolerowała nasz klimat.

Strachwitz przy kole nawadniającym łąki, na których pasły się owce.

W Rozmierce był też kurnik. Jednak przed II Wojną Światową hodowla drobiu nie zyskała tak wielkiego znaczenia, jakie rozwinęła w latach powojennych. Jak już częściowo wspomniano, uprawiało się u nas dużo żyta, trochę pszenicy i dużo jęczmienia zwyczajnego. Dodatkowo dużo ziemniaków, buraków pastewnych, dużo koniczyny na paszę dla bydła a także kukurydzę; zawsze dojrzewała tu duża ilość kukurydzy. Oprócz 14 wozów zaprzężonych w zwierzęta pociągowe do uprawy roli, wykorzystywano pług silnikowy i inne niezbędne maszyny. Nowa młocarnia młóciła ziarno w miesiącach zimowych. W ostatnich latach gospodarstwem rolnym zarządzał inspektor Richard Staroszik. Z pewnością wrócę później do szczegółów dotyczących rolnictwa. Powyższe ma na celu jedynie przedstawienie Wam ogólnego rozeznania.

Dwór w Rozmierce, gdzie urzędował inspektor Staroszik. Dziś własność prywatna.

Z niemieckiego tłumaczyła Joanna Mrohs

***

Aus den Aufzeichnungen des Herrn Alfred Graf Strachwitz von Groß-Zauche und Camminetz, bis 1945 auf Rosmierka und Kadlub, geboren am 8.8.1898 in Schimischow

Ihr alle meine Lieben !

Auf den nachstehenden Seiten will ich versuchen, Euch einen Überblick zu geben, einen Bericht über meine, also auch Eure Heimat, über meine, also auch Eure Familie, über mich selbst, Euren Vater und Großvater. Dieses Buch soll kein literarisches Ergebnis zeitigen, es erhebt auch keinen Anspruch auf Vollständigkeit. Ich habe hier aufgeschrieben, was mir eingefallen ist: Schönes und auch nicht so Erhebendes, Lustiges und Trauriges, Liebes und Gutes; so, wie es mir gerade einfiel.
Diese Aufzeichnungen sollen Euch zeigen, wie wir gelebt haben – und wie schön es in unserer Heimat war.
In Erinnerung und in Dankbarkeit an alle die vielen Menschen, besonders an alle die vielen, welche wir Freunde nennen durften, in Erinnerung und Dankbarkeit an unsere unvergessene Heimat  habe ich diese Aufzeichnungen gemacht.

Kadlub

Es ist nun wohl an der Zeit, von Kadlub zu sprechen, wo sich unser Wohnsitz befand und welches besonders Eure Heimat war.
Im Jahre 1929 erhielt ich von meinem Vater die Herrschaft Kadlub – Rosmierka, nachdem ich schon seit 1924 der Generalbevollmächtigte meines Vaters für seinen Gesamtbesitz gewesen war. Schimischow bekam mein Bruder Ernst-Joachim / Achim. Dafür hatte ich mehr an Belastungen erhalten. Eigentlich sollte ich, wie es mir mein Vater vor unserer Heirat sagte, den ganzen Besitz, also Schimischow und Kadlub-Rosmierka erhalten. Meine Mutter erreichte es jedoch, daß der Besitz geteilt wurde. Demnach sollten wir
drei noch lebenden Brüder, also ich, Achim und Nikolaus, jeder ein Drittel des Gesamtbesitzes erhalten. Doch eine solche Teilung wollten weder mein Bruder Nikolaus noch ich. So erhielt ich Kadlub-Rosmierka ganz und Nikolaus bekam eine größere Hypothek bei mir eingetragen. Da wir zur Zeit der Teilung noch in Schimischow wohnten,
ergab sich nun die Frage eines eigenen Hauses in Kadlub. Zunächst wollte mein Vater mir nach meiner Heirat ein Haus bauen, und zwar in Rosmierka kurz vor dem Walde auf
einem Hiigel, der dann nach diesem Plan „der Schloßberg” genannt wurde. Durch die verheerende Inflation von 1923 wurde dann aber nichts daraus. Nun erbte Eure Mutter nach dem Tode ihres Vaters Geld, und so kamen wir auf den Gedanken, uns selbst ein Haus zu bauen, und zwar in Kadlub. Mein Vater war damit einverstanden. Er schenkte mir das Holz, die nötigen Steine und noch verschiedenes andere dazu. Und so stand unser schönes Haus eines Tages fertig da im Park der Oberförsterei Kadlub. Es wurde etwa zur gleichen Zeit fertig, als ich Kadlub – Rosmierka übernahm. Und wir richteten uns so ein, wie es uns gefiel. Gebaut hat unser Haus der Architekt Lauterbach, ein Regimentskamerad von den Jägern’ zu Pferde Nr. 11. Er wohnte damals in Breslau. Nach dem Kriege lebte er im Allgäu.


K a d l u b / Das Dorf


Das Dorf Kadlub lag im Norden unseres Besitzes. Es war nicht sehr groß. Immerhin wird es so an die 800 Einwohner gehabt haben. Wie üblich lagen die Höfe und Häuser an den zwei Straßen. Diese Straßen waren ungepflastert und keineswegs ohne Löcher und Sands teIlen. Im Dorf gab es auch einen Kaufladen, dessen Besitzer der Kaufmann Thomannek war. Bei ihm wurde Zucker, Salz und ähnliches gekauft.
Die Gastwirtschaft hatte Peter Mroß, ein kluger Mann. Gelegentlich haben wir sogar bei ihm in der guten Stube frische Würstchen mit Senf gegessen. Er war auch Fleischer und hat immer im Schloß geschlachtet. Wenn das Wellfleisch gar war, band er sich eine saubere Schürze um und kam mit einer Schüssel mit Wellfleisch herauf ins Wohnzimmer. Dort aßen wir dann mit ihm zusammen das ausgezeichnet gemachte Wellfleisch. Natürlich gab es einen guten Schnaps dazu. Zu erwähnen ist noch, daß Peter Mroß, wenn er mit dem Wellfleisch kam, immer den einen Zipfel der Schürze hochgesteckt hatte: das bedeutete, daß er jetzt nicht arbeftete.
Peter Mroß ist von den Russen und anfangs auch von den Polen sehr schlecht behandelt worden. Die Fleischerei haben sie ihm gänzlich weggenommen und ausschenken durfte er nur im Schankraum. Er hat uns einmal, wie auch sein Sohn Hans, hier in München besucht, wobei er das Heulen kriegte und wir dann natürlich auch. Überhaupt haben die Leute in Kadlub sehr viel durchgemacht. Im Dorf gab es die Volksschule mit drei Lehrern, welche sich nicht sehr vertrugen. Die im Dorf stehende Mühle wurde von der Himmelwitz getrieben. Sie hatte einmal mir gehört, ich habe sie aber dann, weil der Müller Adamietz sie gern haben wollte, und weil sie sehr stark reparaturbedürftig war, an ihn verkauft. Am Ende des Dorfes lag das Dominium mir dem Herrenhaus, in welchem dann mein Forstamt untergebracht war. Auf der anderen Seite der Himmelwitz stand dann noch das Haus, welches ich für den Oberförster Drobig hatte bauen lassen.

K a d I u b / Die Kirche


Kad Iub  gehört damals zum Kirchspiel Grodisko. Nun war die Kirche dort zu klein, es war kein Chor für uns da, und die Leute von Kadlub mußten immer weit laufen, wenn sie in die
Kirche gehen wollten. So kam Eure Mutter auf die Idee, in Kadlub selbst eine Kirche zu bauen. Den Grund und Boden habe ich zur Verfügung gestellt. Die grundsätzlichen Verhandlungen waren nicht so ganz einfach, denn die kirchlichen Behörden sind in solchen Sachen besonders vorsichtig. Es muß alles abgesichert sein. Und auch sonst gab es noch Vorschriften, die durchgeführt werden mußten, und Klippen, die es zu umschiffen galt.
Wir gingen zuerst zum Kardinal Bertram in Breslau. Bei ihm waren wir nur etwa fünf Minuten. Dann kam ein Diener herein, flüsterte mit dem Kardinal, und da meinte dieser, wir
müßten entschuldigen, weil er zu tun hätte. Wir wurden an den Weihbischof Wojciech verwiesen, der sehr aufgeschlossen war und uns eingehend beriet. Wir waren fast eine Stunde bei ihm. Die ganzen kirchlichen Formalitäten machte dann ein Prälat aus Oppeln, mit dem man gut verhandeln konnte. Der Kreisbaumeister hatte uns eine sehr schöne Zeichnung der Kirche gemacht, wie sie gut, in die Gegend paßte. Nun kam aber der damals zuständige Pfarrer von Grodisko und machte reichlich Schwierigkeiten. Nicht zuletzt wohl auch noch, weil ich mich mit ihm nicht besonders stand. Auch der Hauptlehrer in Grodisko machte Schwierigkeiten, weil er wohl um seine Stelle als Organist besorgt war und zudem auch noch nach der polnischen Seite hin neigte. Und so entstand dann nach einigem Hin und Her die heutige Kadluber Kirche. Wir haben dann eine Gemeindeversammlung einberufen und den Leuten alles erklärt. Außer dem Grund und Boden gab ich auch sämtliches Holz für die Dachrüstung und für die Bänke. Ich besorgte auch die Steine für den Bau aus einem kleinen Steinbruch am Koschützer Walde, Onkel Achim gab sie mir. Die Gemeinde seIhst machte sehr viele Fuhren, wie
ich auch. So kam die Sache langsam in Schwung. Der Grund wurde ausgehoben, und es begannen die Maurer- und sonstigen Arbeiten. Alles dieses haben wir gemeinsam geschaffen, die Gemeinde und wir.
So stand die Kirche dann eines Tages fertig da, und es kam der Tag der Kirchweihe. Diese Einweihung der Kirche nahm der Kardinal Bertram nun selbst vor. Er sagte nachher, er hätte gar nicht gewußt, daß es eine so große Kirche geworden sei.- Nach der Einweihung kam er auch in unser Haus, eine Tatsache, welche nicht selbstverständlich war. – Übrigens kostete mich dieser Besuch des Kardinals meine Stelle als Kreisbauernführer; an sich war ich ganz froh, daß ich dieses Amt los war.
Wenn man vor dem Altar stand, war links der Eingang zur Sakristei und gegenüber rechts war unser Chor. Dort waren drei sehr schöne und bequeme Bänke für unsere Familie und
das Personal. Heute, so heißt es, sollen dort die Ministranten sitzen. Dieses Chor war für meine Familie und die Nachkommen im Grundbuch eingetragen.
Eine heikle Frage war noch die Decke in der Kirche. Es war sehr schwierig, aber ich habe es erreicht, daß die tragenden Querbalken nach unten zu offen waren. Sie wurden dann
dunkel gebeizt und die zwei gekehlten Ränder gold und rot gemalt. Erst als ich sagte, ich würde kein Holz für die Decke geben, wenn diese nicht so gestaltet werden würde,
gaben der Pfarrer und was und wer sonst noch dreinredete nach. Nachher fanden sie es. dann auch sehr schön. Der Altar war nach Osten gerichtet, wie es üblich war. Ein
eigentliches Altarbild gab es nicht, sondern die ganze Stirnwald dienta als Altarbild. Wir hatten dort ein sehr schönes Wandbild malen lassen: Christus, den König, und unsere Gemeinde, vertreten von mir angefangen bis hinunter zum Ministranten, wie wir alle in Anbetung zu Ihm nach oben schauen. Das Bild war in Fresko auf die Wand gemalt.
Der Maler wohnte, soweit ich mich erinnere, etwa drei Monate bei uns und suchte sich die Modelle aus der Bevölkerung aus. Uns hat es sehr gut gefallen. Es war etwas anderes, etwas, was so nirgends in einer anderen Kirche zu finden war.


K a d  l u b /  Der Wald


Der Wald hatte 80jährigen Umtrieb. Das heißt also, daß der ganze Wald in fünf Altersklassen eingeteilt war: Die erste Klasse von 1 – 20 Jahren, die zweite Klasse von 20 – 40 Jahren, die dritte von 40 – 60 Jahren, die vierte Klasse von 60 – 80 Jahren und die fünfte Klasse war alles, was über 80 Jahre alt war. Jedes Jahr wurden rund 100 Morgen
eingeschlagen und neu aufgeforstet. In der Hauptsache bestand der Wald aus 60 % Kiefern, 30 % Fichten und 10 % Laubhölzern, wie Birke, Esche, Erle usw. Jährlich wurden – und nun spreche ich ausschließlich von Kadlub – ab 1928 rund 12000 Festmeter Derbholz eingeschlagen. Etwa 2000 – 3000 Festmeter Bauholz wurden auf meinem Sägewerk Barwinnek – Immergrün eingeschnitten und als Schnittmaterial verkauft. Davon, über das Sägewerk, noch später!
In eigenen Saatkämpen wurden die nötigen Pflanzen herangezogen, zum Teil von eigenen Samen. Ich legte sehr großen wert auf  diese Saatkämpe, weil sie ja die Grundlage für die Aufforstung bildeten. Gleich vom ersten Jahre an, in dem ich den Besitz übernahm, habe ich als mein persönliches Zeichen an jedem Gestell, d.i. an jedem Weg-Rand, Birken pflanzen lassen. Ich wollte, daß einmal meine Nachfolger sich an mich erinnern, wenn sie beim Pirschenfahren die mit Birken eingefassten Wege entlangfuhren. Ganz forstlich war es nicht, weil die Birke gern die anderen Bäume peischt und im Wachstum hindert; aber was tut man denn nicht eben auch einmal, wenn es einem große Freude macht. Auf den Gedanken war ich gekommen durch eine ältere Feldaufforstung in Posnowitz – zu Groß Stein gehörig -, durch deren Mitte ein Weg führte, der rechts und links mit Birken eingefaßt war. Zu jeder Jahreszeit sahen diese Birken wunderschön aus, im Sommer mit ihrem grünen Laub, immer aber mit ihren weißen Stämmen gegen die dunklen Kiefern und Fichten im Hintergrund. Und so kam ich auf diese Idee, die Gestelle mit Birken einzufassen, wenn Feldschläge aufgeforstet wurden.  
Immer habe ich sehr große Freude am Wald gehabt, und immer war ich darauf aus, den Wald so gut wie möglich zu pflegen und zu verbessern. So habe ich auch in den zehn Jahren von der Übernahme meines Besitzes bis zum Zweiten Weltkrieg rund 1000 Morgen schlechte Wiesen und nicht ertragreiche Äcker aufgeforstet. Später, etwa nach 10 – 15 Jahren hätte man dafür den Einschlag erheblich verstärken können. Diese Aufforstungen waren 1939 zu Beginn des Zweiten Weltkrieges noch längst nicht abgeschlossen.
Der gesamte Wald war aufgeteilt in vier Revierförstereien und ein Revier, welches einem Oberheger unterstand. Es waren dies die Reviere Kadlub, Boritsch, Oschiek und Torfstich, sowie das Hegerei-Revier Hochofen. Die einzelnen Verwalter der Reviere schon jetzt anzuführen hat wenig Sinn, weil sie dann später unter den Beamten genauer aufgeführt
werden. In den Revieren Kadlub und Boritsch habe ich etwa 20 Morgen an verschiedenen Stellen aus dem Einschlag herausgenommen, weil dort besonders schöne und sehr alte Bäume standen. Dort durfte überhaupt nichts geschlagen werden, es sei denn, ich hätte den Baum persönlich gesehen und das Fällen genehmigt. Auch einzelne Bäume oder Baumgruppen habe ich auf diese Weise geschützt. Ich meine, man muß nicht immer alles nur dem Nutzen und der Auffrischung des Geldbeutes dienen lassen. Auch in einem Nutzwald kann man sich so etwas leisten und damit zur Schönheit des Waldes und der Landschaft beitragen. Solche kleinen Stellen im Wald haben mir immer sehr viel
Freude bereitet und ich habe mich oft dort aufgehalten; ich habe den Bestand zu fördern gesucht, auch wenn die Schönheit und Stärke der Bäume erst in sehr viel späteren
Jahren zur Geltung kommen würde. Ich habe immer gehofft, daß einmal mein Nachfolger diese meine Liebe zum Walde weiterführen möchte. Auch die einzelnen Überhälter durften nur mit meiner Genehmigung geschlagen werden. Viele von ihnen dienten als Höhlenbrutstätten für Wiedehopfe, Spechte, Blauracken und Hohltauben; trotzdem wären sie früher als „krank” oder aus ähnlichen Gründen geschlagen worden.
Warum? Warum gerade solche Bäume entfernen, die dem Nutzen der Höhlenbrüter dienen? Wie freute man sich immer, so einen stinkenden Wiedehopf zu sehen, der mitten
auf dem Wege saß und in Kuhfladen oder anderem Mist nach Maden suchte. Oder gar die Blauracke oder, wie sie bei uns hieß, die Mandelkrähe, dieser so wunderschöne bunte
und schillernde Vogel. So nach und nach war es in den letzten Jahren vor dem Kriege doch schon zu beobachten, daß alle diese Höhlenbrüter sich vermehrt hatten, weil
sie reichlich’: Brutgelegenheiten vorfanden. Erinnert ihr Euch noch an die Uberhälter gegenüber der Försterei Torfstich, welche der Förster Schmolke hatte, wo jeden
Sommer die überzähligen männlichen Jungstörche abends einfielen und auf diesen Bäumen übernachteten ? Wie haben wir uns immer gefreut, wenn wir sie dort auf den alten Ästen der Überhälter stehen sahen! Nach den normalen Regeln der Forstwirtschaft hätten diese Überhälter längst gefällt sein müssen, – aber, was wäre dann aus underen
Störchen geworden? So, denke ich, war es doch schöner Wieviel könnte ich Euch noch vom Wald erzählen und berichten! Doch es würde jetzt zu weit führen, und Ihr werdet auf späteren Seiten noch allerhand Interessantes über unseren Wald erfahren.


Kadlub / Die Landwirtschaft
 
Die Landwirtschaft zu beschreiben und über sie so zu berichten, daß Ihr es versteht, und ohne sich dabei ins Uferlose zu verlieren, das ist etwas schwieriger. Denn die Landwirtschaft ist, im Ganzen gesehen, weitaus vielgestaltiger als der Forst. Doch ich will versuchen, Euch einen kleinen Überblick zu geben. lch weiß nicht mehr genau, wie groß die Ackerfläche in Schimischow war, es könnten, mit Suchau, etwa 1800 Morgen gewesen sein. In Rosmierka mit Kadlub schätze ich sie, ohne die verpachteten Äcker und Wiesen, auf ziemlich genau 1200 Morgen, welche unter dem Pflug standen. Ich möchte nun aber nur von Rosmierka und Kadlub sprechen. Im Durchschnitt der Jahre wurde ein Drittel Hackfrucht (Kartoffeln und auch Rüben) angebaut, ein Drittel Wintergetreide und ein Drittel Sommergetreide. Die Erträge waren bei Kartoffeln und Roggen recht gut; bei Weizen waren sie normal, da dieser nur auf ausgesuchten Stücken angebaut werden konnte. In Rosmierka habe ich, wie auch in Kadlub und an manchen anderen Stellen, alle schlechten Felder aufgeforstet. Durch das Ausscheiden dieser schlechten Stellen hat sich der Ertrag deutlich verbessert. In Rosmierka war, wie auch in Schimischow, eine Brennerei. Im Durchschnitt der Jahre wurden in Rosmierka jährlich 12000 Zentner Kartoffeln gebrannt und durch die Brennerei verwertet. Im Kuhstall stand eine fast fertige Herde von Schwarz-buntem Niederungsvieh; zwei Drittel waren bereits im Herdbuch eingetragen. Ich werde später noch genauer berichten über alles, was mit dem Kuhstall zusammenhing. Das Jungvieh, soweit es aufgezogen wurde und später einmal zur Zucht eingestellt werden sollte, stand bis zur Einstellung auf dem Vorwerk Schimonia sowie auf den Koppeln in Kadlub.  Das Vorwerk Schimonia haben wir dann in „Christinenhof“ umbenannt.
Im Pferdestall hatte ich 1939 neun Hauptstammbuch-Stuten und eine Stammbuch-Stute A stehen. Ich habe mit einigem Erfolg Oldenburger Pferde gezüchtet. Im Schweinestall war sehr gutes Zuchtmaterial vom Deutschen Edelschwein. In Kadlub entstand eine Schafherde des Württembergischen Landschafes. Dies ist eine Rasse, welche unser Klima in Kadlub gut vertrug. In Rosmierka war auch der Hühnerstall. Doch maß man der Hühnerhaltung vor dem Zweiten Weltkrieg noch nicht die große Bedeutung bei, die sich dann in den Nachkriegsjahren entwickelt hat. Wie schon zum Teil angeführt, wurde bei uns viel Roggen, etwas Weizen und viel Sommergerste angebaut. Dazu sehr viel Kartoffeln, Futterrüben, viel Klee als Viehfutter und auch Mais; davon immer einen reichlichen Anteil Mais, der bei uns ausreifte. Zur Bewirtschaftung der Felder dienten außer 14 Gespannen noch ein Motorpflug und die nötigen anderen Maschinen. Eine neue Dreschmaschine drasch das Getreide in den Wintermonaten. Geleitet wurde die Landwirtschaft in den letzten Jahren vom Inspektor Richard Staroszik. Später werde ich sicher immer wieder auf Einzelheiten in der Landwirtschaft zurückkommen. Vorstehendes soll Euch nur einen allgemeinen tlberblick geben.

Pogański bożek w jemielnickim stawie – który nie był bożkiem! A dzikim człowiekiem

Gdy Johann Gustav Gottlieb Büsching, pruski komisarz ds. zbiorów posekularyzacyjnych, przyjechał do Himmelwitz, nic nie zapowiadało sensacji. Decyzją króla Fryderyka Wilhelma III z 30 października 1810 r. skarb państwa pruskiego przejął większość majątków kościelnych, także śląskie klasztory. Büsching jako urzędnik, otrzymał zadanie zabezpieczenia i sprowadzenia do Wrocławia przechowywanych w klasztorach kolekcji rękopisów, obrazów i rycin. Większość tychże kolekcji uratował, bowiem były zaniedbane i niezabezpieczone.

rekonstrukcja figurki wykonana przez Norberta Waclawczyka z Inicjatywa Społeczna
Moreantiqua, znajdująca się w urzędzie gminy Jemielnica
rysunek figurki z publikacji Büschinga

Przeglądając zbiory klasztorne Büsching natknął się na figurkę. Obecni mnisi poinformowali go, że zasłyszeli od starszych współbraci, jakoby została ona znaleziona jakiś czas temu podczas odmulania stawu klasztornego.

Komisarz zabrał ją do Wrocławia, gdzie w 1818 roku stała się eksponatem nowo zainaugurowanego Królewskiego Muzeum Sztuki i Starożytności (Königliches Museum für Kunst Und Altertümer), w którym stanowiła jeden z najważniejszych artefaktów.

Także w roku 1818 Johann Gustav Gottlieb Büsching opublikował rozprawę naukową na jej temat pod tytułem „Das Bild des Gottes Tyr, gefunden in Oberschlesien“. Tamże opisuje, że figurka była dobrze zachowana. Miała około 7cm wysokości. Wykonana była z żółtawego stopu metalu. Uderzając ją, wydawała dźwięczny ton. Postać była tak uformowana, jakby wykonywała krok do przodu, podnosząc jedną nogę. Była naga, tylko na biodrach widniała zawiązana chusta z opadającymi końcówkami. Na piersiach wyryte miała kilka kresek. Prawa ręka była wzniesiona, brakowało jednak dłoni. Na pierwszy rzut oka ręka wyglądała na złamaną, jednakże Büsching po dokładnej analizie stwierdził, że figurka została już wykonana bez ręki. Lewa ręka była opuszczona, dłoń tak uformowana, jakby coś trzymała, gdyż w środku zaciśniętej dłoni widoczny był otwór. Gdy wsuwało się do tejże dłoni patyczek, jego przedłużenie pasowało idealnie do rynienki przy stopie. Twarz figurki była wyraźna, z wyraźnie zaznaczonymi oczami i nosem. Postać miała gęstą brodę i wąsy, spod których widać było tylko dolną wargę. Na głowie miała chustę zawiniętą w wianek, tak że widać było czubek głowy. Włosy miała przycięte na prosto, na głowie widać było wyraźnie na środku przedziałek.

Büsching, znajdując figurkę i stwierdzając, że jest bez jednej ręki, wywnioskował, że musi to być skandynawski bóg Tyr, który wedle skandynawskich wierzeń stracił dłoń, odgryzioną przez wilka. Jego interpretacja wywoływała jednakże kontrowersje. Józef Ignacy Kraszewski w publikacji „Sztuka u Słowian” z roku 1860 upatrywał się w figurce słowiańskiego Peruna. Archeolog Tadeusz Wolański zinterpretował kreski wyryte na piersi figurki jako nazwę słowiańskiego boga Jesse.

Natomiast Alfons Nowack w swojej publikacji „Geschichte der Pfarrei Gross Strehlitz bis 1795” z roku 1923 opisuje, że figurkę znaleziono podczas wykopów pod budowę tartaku napędzanego kołem wodnym w Jemielnicy w roku 1664. Zaprzecza on poprzednim teoriom i zaznacza, że figurka jest nowożytna, podobna do figurki będącej w zasobach Deutsches Nationalmuseum w Nürnberg a przedstawiającego żołnierza.

Nowack miał tylko częściowo rację. Tak, figurka jest nowożytna, późnośredniowieczna (około 1500 roku), ale nie przedstawia żołnierza tylko dzikiego człowieka (Wilder Mann). W zasobach norymberskiego muzeum znajdują się do dziś 2 podobne figurki. Kolejne figurki znajdują się w innych muzeach, ale wskazują na pochodzenie z Norymbergi. Dlaczego?

Antwerpen, Museum Vleeshuis, Inv.nr. X 1961, 236, dziki człowiek 15. wiek, mosiądz, wysokość 19 cm.

Element świecznika w Muzeum Sztuki użytkowej w Berlinie

Wilder Mann z północnych Niemiec wytworzony około 1500 roku

Wilder Mann z Norymbergii wytworzony około 1500 roku

Dzicy ludzie byli częstym motywem w literaturze i sztuce średniowiecznej, także ludowe wierzenia znały tą postać, jako owłosionego mężczyznę mieszkającego w lesie, kradnącego plony, dzieci i kobiety z wioski. Jedynym świeckim zabytkiem w Polsce z rysunkiem dzikiego człowieka jest Księga praw miejskich Głubczyc z 1421 roku.

Opis figurki „Wild Man” znajdującej się w zasobach Metropolitan Museum of Art wskazuje, że Norymberga mogła być centrum produkcji takiej sztuki ze względu na działającego wtedy tamże Albrechta Dürera, który w wielu swoich dziełach umieszczał dzikiego owłosionego mężczyznę jako postać symboliczną.

Figurka z cysterskiego stawu w Himmelwitz wzmiankowana jest w inwentaryzacjach wrocławskich instytucji muzealnych aż do 1945 roku, potem jej ślad się urywa i nie zostaje odnaleziona w zbiorach muzeum, jak informuje kustosz muzeum Krzysztof Demidziuk.

Wrocławskie archiwa muzealne zawierają jednakże zapisy, że Büsching znalazł w klasztornym archiwum oprócz „Tyra”/Dzikiego Człowieka także dwie inne figurki. Okazuje się, że replika jednej z nich została zakupiona w roku 1870 przez British Museum z kolekcji drezdeńskiego bibliotekarza Gustava Klemma i znajduje się w tamtejszych zbiorach.

Figurka w British Museum pochodząca z Jemielnicy

Gustav Klemm był zapalonym zbieraczem artefaktów z zamierzchłych czasów. Jakimś cudem jemielnicka figurka znalazła się w jego rękach. Jego kolekcja była olbrzymia, po jego śmierci jej główna część stanowiła podstawę utworzenia muzeum archeologicznego w Lipsku. Muzeum archeologiczne w Lipsku informuje jednakże, że nie posiada obecnie żadnych artefaktów z Jemielnicy.

Figurka Tyra przepadła. Może kiedyś się jeszcze odnajdzie w jakiejś prywatnej kolekcji bądź w muzeum w Warszawie albo Moskwie. Mimo to warto wybrać się do Muzeum Archeologicznego do Wrocławia, które bazuje częściowo na kolekcji zebranej przez Büschinga. Chociażby z tego powodu, że jak informuje kustosz muzeum Krzysztof Demidziuk, Muzeum Archeologiczne posiada nie tylko bardzo interesujące znaleziska (zabytki grobowe kultury łużyckiej, rzymskie monety, elementy uzbrojenia kultury przeworskiej), ale i pełną dokumentację do nich. A między nimi znaleziska z początku XIX w., np. pola grobowego ze strzeleckich Adamowic czy grobów z Szymiszowa.

Ostatnią kwestią do wyjaśnienia pozostaje, skąd figurki znalazły się około 1600 roku w Jemielnicy? Przywieźli je mnisi? A może któryś z lokalnych hutników pracujących w kuźnicach nad rzeką Jemielnicą miał talent artystyczny i je produkował? A może zgubił ją żołnierz wojny trzydziestoletniej, może ktoś z wojska Mannsfelda, które splądrowały klasztor w 1627, a może z wojsk Wallensteina, które oczyszczały Śląsk z wojsk protestanckich. Może sam Wallenstein zgubił figurkę, jako że studiował na uniwersytecie w Altdorfie koło Norymbergi, skąd figurka najprawdopodobniej pochodzi. Na to pytanie nigdy nie poznamy odpowiedzi.

Panu kustoszowi Muzeum Archeologicznego Wrocławia Krzysztofowi Demidziukowi dziękuję na koniec za wsparcie merytoryczne w napisaniu artykułu.

Ania Mrohs

Rysunek z publikacji Büschinga:

  1. 2. 3. Figurka z Himmelwitz 4. figurka znaleziona w Münster w 17 wieku, zidentyfikowana wówczas jako germański bóg Wulkan, 5 i 6. Figurka zidentyfikowana wówczas jak Bodha (Wodan) znaleziona w niemieckim Prillwitz w 18. wieku.    
Figurka z muzeum w Pradze, zidentyfikowana jako Perun (Vorcel, Beiträge zur böhmischen Althertumskunde)

Źródła:

Profesor Büsching na Uniwersytecie Wrocławskim – początki archeologii akademickiej w Europie, Jan M Burdukiewicz, Krzysztof Demidziuk, Urszula Bończuk-Dawidzi

Plebiscyt a klątwa Matki Boskiej Częstochowskiej

Dnia 20. marca mija rocznica plebiscytu na Śląsku. Z tej okazji prezentujemy zapisy dotyczące tamtych wydarzeń w kadłubskiej kronice szkolnej.

Pełna treść kroniki w języku niemieckim i polskim znajduje się w publikacji: Parafia i szkoła w Kadłubie : kronika katolickiej szkoły w Kadłubie, autor ks. Franciszek Wolnik

Kronika szkoły w Kadłubie została uratowana w 1945 roku przez Josepha Miensoka przypadkiem, ze sterty niemieckich książek palonych przed szkołą przez nowo przybyłą administrację polską. Przechowywana była w tajemnicy przez lata przez rodzinę Miensok. Została przepisana i przetłumaczona przez Pana Henryka Grinera.

Wpis w kronice w latach 1920 / 1921 dokonywał nauczyciel Meyer

Rok szkolny 1920/21

Zgodnie z zarządzeniem z początkiem roku szkolnego wprowadzono do planu naukę języka polskiego i religii w tym  języku.

Zajęcia prowadził nauczyciel Karhan. Pomimo, iż z ambony  wszystkimi środkami, a nawet przymusem, zachęcano do brania udziału w tych lekcjach, tylko 19% dzieci uczestniczyło w lekcjach religii, a 8% w nauce języka polskiego. Z 48 dzieci pierwszokomunijnych tylko 3 brało udział w przygotowaniu do tego sakramentu prowadzonym w języku polskim. Liczba uczniów w szkole ciągle maleje. Teraz, kiedy przezwyciężono już trudności żywnościowe w miastach i Okręgu Przemysłowym, wracają do siebie wszyscy ci, którzy w czasie wojny przybyli do nas. Do szkoły przyjęto 27 dzieci, a 11 zwolniono przedwcześnie. Należy jednak stwierdzić, że wyniki nauczania obecnie zwalnianych ze szkoły są znacznie gorsze niż u dzieci kończących szkołę przed wojną. Stało się tak dlatego, że w czasie wojny dzieci wykonywały najróżniejsze prace, między innymi przeprowadzały różne zbiorki, skracano im zajęcia szkolne, tak, że nie zdążono osiągnąć pożądanych wyników. Te niedociągnięcia ujawniły się w czasie ostatniego poboru do wojska i agitacji za Polską. W kuszący sposób zarzucono przynętę przynoszącą zgubę naszej Ojczyźnie. Zupełnie swobodnie i zgodnie z prawem. Brak szacunku do cesarza i administracji państwowej. Do tego doszła walka plebiscytowa, okrutna walka między niemiecko- i polskojęzycznymi Górnoślązakami. Wskutek tego ucierpiała również szkoła. Dotychczas szkoła była traktowana, przynajmniej przez lud wiejski, jako świętość, jako córka Kościoła, a nauczycieli traktowano jako przywódców naszej społeczności, prowadzących ją ku dającym szczęście ziemskim i duchowym celom. Szkoła znajdowała w tej pracy skuteczne wsparcie w duchowieństwie. Niedawno zmarły proboszcz ks. Paweł Conrad nie przeoczył żadnej okazji by wyróżnić szkołę i jej nauczycieli. Obcy nam, przekupieni podżegacze uznali naszą szkołę za placówkę tresury germańskiej, w której nauczyciele są hakatystami pragnącymi wytępić język polski. Na polskim zebraniu główny nauczyciel poprosił mówcę, aby przedstawił chociaż jeden dowód na te zarzuty – milczenie było odpowiedzią. Również taki sam skutek przyniosło to pytanie zadane wszystkim zebranym.

Sięgnięto więc po inne metody. Niektórych ludzi kupiono dla Polski, przekonano miejscowego duchownego. „Polski powiatowy inspektor szkolny” Kulig namawiał po domach, by składać oskarżenia przeciwko głównemu nauczycielowi. Kulig obiecywał, że na nowym, polskim Górnym Śląsku wszyscy nauczyciele, którzy nie znają języka polskiego powinni być przeniesieni do dużych miast. Miejscowy duchowny, który 8 dni wcześniej w pierwszej klasie wypowiedział swe pełne uznanie dla osiągnięć szkoły w wychowaniu religijnym i w nauczaniu, wypowiedział swoje zdanie na temat niemieckiej szkoły w gospodzie. Wziął on udział w pochodzie polskich sokolistów, ubrany w ornat.

3 maja 1920, pochód przez Osiek, zorganizowany przez Alojzego Szulca (niesie sztandar). Zdjęcie pochodzi z książki: Ryszard Kaczmarek „Powstania Śląskie – Nieznana wojna polsko-niemiecka”

Na próżno zwracało się do niego 21 nauczycieli naszej parafii, by zwrócić uwagę na fakt, że przy tej jego postawie wykluczona jest współpraca ze szkolą. Mieliśmy ten „zaszczyt” zobaczyć w naszej gospodzie naszego duchownego wśród brzęczących kieliszków, który wygłaszał nowe nauki. Ale na zebrania organizowane w szkole, mające na celu zbudowanie kościoła nikt z nich nie przychodził. W ten sposób poddawany był naciskom i wpływom prostoduszny nasz lud, a jako ostatni argument używana była „Matka Boska Częstochowska” grożąca swą klątwą [jeżeli ktoś zagłosuje za Niemcami]. Bał się nasz lud przyznawać do kontaktów ze szkołą. Łatwo można było być podejrzanym, że jest się Niemcem. A co to znaczy u Polaków okazało się 6 lipca. Trzystu Polaków przybyło w świątecznym pochodzie, dowiadując się, kto jest Niemcem. W szkole pobili do nieprzytomności pana Mrohsa [Thomasa Mrohsa, właściciela gospody], a kupca Meyera zabili. Mrohs kandydował z ramienia Partii Niemieckiej do nowo wybranego zarządu gminy. Partia Niemiecka obsadziła w nim 10 miejsc, a Polacy 5. Zebrania gminne, które z reguły kończyły się bójkami, dają obraz obecnej sytuacji politycznej. Związek miłości i zaufania pomiędzy niemiecko- i polskojęzycznymi obywatelami, pomiędzy gminą i szkolą, który utrzymywany był uczciwie od pradawnych czasów, niszczono. Szkoła stała się placem boju i dzikiej walki narodowościowej, zamiast pielęgnować miłość do Boga, do Ojczyzny, do własnego kraju, do niemieckich zwyczajów i niemieckiej kultury, dzięki której kraj mógł się rozwijać. Ta szkoła nigdy nie była miejscem, gdzie uczono nienawiści.

Nie chcę tu opisywać, jakie zniesławiające nas pozwy kierowane były do inspektora powiatowego i innych urzędów. Nie udały się jednak manipulacje przeciwko nauczycielom. Również bezskutecznie poszukiwania broni w szkole nie dały podstaw do zastosowania restrykcji wobec nauczycieli. Najważniejszą jednak rzeczą były próby zdyskredytowania w oczach  mieszkańców miejscowości naszych przywódców.

Na jeden dzień przed głosowaniem plebiscytowym zastosowano ostatni środek. Celem „oświecenia” zarządzona została powszechna spowiedź. Poprzez niegodne wykorzystanie władzy duchownej obowiązkiem religijnym stało się głosowanie za Polską. Głosowanie odbyło się 20 marca 1921 roku. 547 osób głosowało w naszej miejscowości (330 osób za Polską, 273 za Niemcami). W porównaniu z sąsiednimi miejscowościami jest to wynik stosunkowo dobry. W powiecie Strzelce Wielkie uzyskaliśmy wynik 49% za Niemcami, a na całym Górnym Śląsku 60%. Chwała niech będzie naszej Ojczyźnie, która po przeżyciu trwogi i ciężkich dni wraca w ramiona matki Germanii.

Rok szkolny 1921/22

Bezpośrednio po plebiscycie nie wszyscy chcieli podać sobie pojednawczo rękę by zapoczątkować pokój. Od 2 maja Kadłub odcięty był od świata. Wszystkie sąsiednie wioski zajęte były przez powstańców, również i miasto Strzelce Wielkie. Był jeszcze czas by uciec – wiedzieliśmy, że jako osoby przewodzące innym jesteśmy na listach osób do zlikwidowania – często nam o tym mówiono. Ale przecież w czasie wojny było podobnie. W Kadlubie zorganizowano dzielną straż obywatelską, która czuwała każdej nocy. Jeszcze w piątym dniu powstania, nowy zarząd szkoły i gminy, który na polecenie proboszcza zaprezentował się  głównemu nauczycielowi, został wyproszony za drzwi.
Dopiero w momencie gdy uznaliśmy naszą walkę za bezsensowną złożyliśmy broń w ukrycie. Już następnego dnia przybył do mnie w czasie zajęć uczeń Kowalski, wychowanek polskiego przywódcy z wiadomością, że przybyli Polacy by mnie aresztować. Pożegnałem się z moją rodziną i poszedłem do lasu w ukrycie. Po drodze spotkałem uzbrojonych powstańców w rogatywkach, pytających  o moje mieszkanie. W lesie ukrywało się nas wielu wiernych ojczyźnie mężczyzn. Jak horda wdarli się powstańcy do szkoły. Nauczyciel Karhan był w tym dniu u swoich teściów.  Nauczyciel Hübner został wyciągnięty ze swego ukrycia – grożono mu rozstrzelaniem. Podobnie postąpiono z moją żoną i 2-letnim synem Hellmuthem. Postawiono ich wszystkich pod ścianą, mieli zdradzić miejsce mojego ukrycia i magazyn broni. Wieczorem zebraliśmy się w nadleśnictwie i postanowiliśmy próbować uciekać następnego dnia. Wkrótce po wyjściu zaskoczył nas ogień z karabinów maszynowych. W ogniu tym przebiegliśmy do oddalonego o dwa kilometry lasu. Na szczęście powstańcy byli złymi strzelcami.
Również w lesie byliśmy często ostrzeliwani. Pojedynczo i grupkami przedarliśmy się do Ozimka. W moim mieszkaniu powybijano  okna, zerwano podłogi, zbito obrazy. Książki i pisma podarto, wszystko zabrudzono ludzkim kałem. Tylko większe meble pozostały, ich odtransportowanie zaplanowano na później, przeszkodził temu Selbstschutz. Nauczyciele prowadzili teraz życie uciekinierów, tułaczy. Pomimo obietnic pozostawiono ich własnemu losowi. Nie lepiej działo się niemieckim gospodarzom.
W dniu 21 sierpnia nauczyciele powrócili do szkoły i rozpoczęły się zajęcia. Szkoła była spustoszona, rząd nie ma pieniędzy. Rodziny zmuszone były nocować u sąsiadów. Panowała czerwonka. Wszystkie moje dzieci zaraziły się a nasz ukochany, chorujący od powstania Hellmuth doznał ataku serca, a 14 dni później strzelano zamiast do mnie do mojego najstarszego syna. Kto może żądać ode mnie bym żył wśród takich ludzi, przez których tyle lat bylem uwielbiany. Nie mogę już patrzeć na to, jak Polakom uchodzi każdy nikczemny czyn bezkarnie, a Niemcy pozostają całkowicie bezbronni. Nawet dzisiaj, po przydzieleniu Kadłuba do Niemiec, czują się Polacy i ich proboszcz jakby kontrolowali sytuację. Na moje życzenie zostałem przeniesiony z dniem 8 lipca 1921 roku do Gliwic. Stanowisko głównego nauczyciela pozostało nieobsadzone do 1 lipca 1922 roku. Nauczyciel – uciekinier Thomas Pannek, urodzony w Rozmierzy, który ukończył seminarium nauczycielskie w Pyskowicach w latach 1905-1908, przybył w zastępstwie i przejął klasę wyższą. Dnia 1 lipca 1922 roku stanowisko głównego nauczyciela objął nauczyciel Hermann Teich z miejscowości Łęg, powiat Racibórz.

Najnowsze wydarzenia na profilu FB

Chcesz wiedzieć, co u nas słychać? Wejdź na profil Kadłuba w serwisach społecznościowych