Nie wiem czemu, ale mam sentyment do hutnictwa artystycznego z Ozimka w roku 1798. Podobny sentyment miało miasto Berlin, Wrocław i pan na zamku w Izbicku …
Zdjęcia tych małych dzieł sztuki znajdują się w Katalogu produktów hut królewskich z trzech hut królewskich na Śląsku: w Malapane, Gleiwitz i Creuzburg z około 1798 roku.
Na pierwszych jego stronach znajdują się opisy i rysunki obiektów referencyjnych, z których huty były najwidoczniej najbardziej dumne w roku 1798.
Pierwszy zrealizowany obiekt to most żeliwny w Łażanach, niedaleko Wrocławia, zmontowany w 1796 roku. Wysadzony przez niemieckich saperów w roku 1945. Żeliwo ważyło tu 929 cetnarów a koszt wyniósł loco Breslau 3709 talarów.
Następnie żelazny most w Berlinie, ważący 1288 cetnarów, a kosztujący loco Breslau 4720 talarów. Zamontowany w 1796, po 30 latach użytkowania został zdemontowany w wyniku pojawienia się kruchości żelaza. W jego miejsce wybudowano most z piaskowca. Most jest jednakże do dziś nazywany mostem żelaznym – Eiserne Brücke.
Kolejny projekt to żelazny balkon w pałacu w Izbicku. Kolumny balkonu były puste w środku, stopnie i gzymsy wykonane z lanych płyt, kraty także lane. Balkon ważył 198 cetnarów i kosztował 698 talarów.
Następny projekt to bariery w pałacu królewskim w Breslau – dziś budynek uniwersytetu. Pomiędzy kamiennymi kolumnami i słupami znajduje się 9 pól kratowych (a), dwa skrzydła bramy (b) i dwoje furtek (c). Barierka ważyła 55 cetnarów i kosztowała wraz z śrubami loco Breslau 275 talarów.
Do Breslau dostarczono także poręcz składającą się z 9 krat i 2 latarni, całość ważyła 28 cetnarów i kosztowała ze śrubami loco Breslau 116 talarów.
1. Most w Poczdamie zwany Cavalier-Brücke. Żeliwo ważyło 1529 cetnarów łącznie z elementami z żelaza kutego, cena 6225 talarów.
2. Most żelazny w Charlottenburg, waga 266 cetnarów, wraz z elementami z żelaza kutego, cena 860 talarów.
3. Most żelazny w Charlottenburg, waga 532 cetnarów, wraz z elementami z żelaza kutego, cena 2150 talarów.
4. Most pieszy w Charlottenburg, waga 44 cetnary, wraz z elementami z żelaza kutego, cena 220 talarów.
1. Kładka żelazna nad kanałem w Gliwicach, waga 32 cetnarów, cena 200 talarów.
2. Latarnia w Pillau. Waga żeliwa 90 centnarów, cena wraz z elementami kutymi 486 talarów.
Wielowyznaniowość, wielojęzyczność, wielokulturowość nie była kiedyś na Śląsku przeszkodą w zgodnym współżyciu. O tym mówi ten artykuł z Schlesische Provinzialblätter rocznik 1804.
Na zdjęciu stary murowany kościół z 1804r. (B. Materne)
„Doniesienia z Górnego Śląska
Następujący fakt pokazuje, że także na Górnym Śląsku panuje godne szacunku, aktywne chrześcijaństwo wśród zwykłego człowieka i braterska jedność między członkami różnych gałęzi wyznaniowych. Kościół katolicki w Krascheowie, zbudowany w konstrukcji zrębowej z belek ręcznie ciosanych około 300 lat temu, podlegający królewskiemu urzędowi dominialnemu, stał się dla przynależnych mu miejscowości nie tylko za mały, ale groził częściowo zawaleniem.
Ze względu na małą zamożność tego kościoła i wielką biedę parafian, dekretem królewskiego urzędu dominialnego jako patrona tego kościoła zarządzono, że jedynie prezbiterium powinno zostać powiększone i masywnie z kamienia zbudowane. Społeczność zauważyła zamiar urzędu, aby oszczędzić jej wydatków. Jednakże słusznie przewidywano, że za kilka lat trzeba będzie zbudować na nowo także pozostałą, większą część kościoła, wyrażono zatem zamiar, aby ta budowa odbywała się już teraz, za jednym zamachem. To życzenie nigdy by się nie spełniło, gdyby nie interwencja szczególnego dobroczyńcy, którego nikt nie brał pod uwagę. Niewielki skądinąd cieśla Johann Halek z kolonii Creuzthal podjął się budowy zupełnie nowego kościoła przy niewielkim udziale należących do kościoła miejscowości i darmowym drewnie od patrona kościoła, czyli urzędu królewskiego w Opolu, wraz z uwzględnieniem kwoty przeznaczonej pierwotnie na rozbudowę prezbiterium.
I to, czego darczyńca się podjął z miłości do bliźnich, teraz faktycznie osiągnął, nie bez wielkich wyrzeczeń, gdyż według oceny wszystkich fachowców oprócz wkładu w postaci pracy stolarskiej, na budowę wydał ponad 200 talarów ze swojego skromnego majątku [dziś około 9400 EUR wg tabeli historycznych wartości pieniądza opracowanej przez Deutsche Bundesank]. Dzięki niestrudzonej gorliwości Halka w tej budowie, dzięki aktywnej pomocy i dobrym radom królewskiego nadleśniczego Tschampela i dzięki dobrowolnemu wsparciu społeczności ewangelików z Friedrichsgrätz [Grodziec], z której każdy gospodarz przez jeden dzień pomagał przy pracy, a cała miejscowość wykonała w sumie 25 transportów materiału, masywny murowany kościół stanął w 21 tygodni.
I tak to wszyscy razem, katolicy i luteranie wspólnie 28 października tego roku wzięli udział w nabożeństwie poświęcenia tej świątyni.”
Na zdjęciu stary murowany kościół z 1804r. (B. Materne)
Dziś razem z Gabrielą zdradzimy wam tajemnicę rodzinną.
Zaczęło się od opowieści ciotki Trautl [tłumaczenie z języka niemieckiego]: „Był to Wielki Tydzień około roku 1940, kiedy oma Anna Mross z domu Hutta usiadła w Kadłubie ze mną, swoją wnuczką i pokazała mi, jak w rodzinie maluje się od wieków kroszonki. Oma Anna przygotowała jasne jajka, wosk pszczeli, łupiny z cebuli i szpilkę nadzianą na uchwyt z drewna. Łupiny z cebuli należało moczyć co najmniej jeden dzień, zagotować i odcedzić tak zabarwioną wodę. Główkę szpilki zanurzyła w ciepłym wosku i nakreśliła nią na jajku wzór. Motyw na jajku nie był dowolny! Był nim krąg słoneczny.”
Krąg słoneczny …
…jest odwiecznym symbolem (kto wie, czy nie jeszcze pogańskim) zdrowia, wzrastania, rozwoju. Dla chrześcijan symbolizuje zmartwychwstającego Chrystusa.
Kobiety
Anna urodziła się w Komornie (powiat kędzierzyńsko-kozielski) w 1867 roku, jej matka Franziska Dressler w roku 1858 w Carolinenhof koło Biedrzychowic [powiat prudnicki]. Jej matka Marianna Bulla urodziła się w 1811 w Jakubowicach koło Grudyni Wielkiej. Matką Marianny była była Rosina Völkin [urodzona około 1780 roku], której rodzina przyszła ze śląska austriackiego, a dokładnie z miejscowości Arnsdorf [dziś Arnultovice].
Anna Hutta przyniosła wzór do Kadłuba, a jej wnuczka Trautl do Tarnowskich Gór.
Oczami wyobraźni widzę, jak ta wiedza i motyw były przekazywane z babki lub matki na córki i wnuczki, i to przez cały Śląsk.
Dzięki zdolnościom artystycznym Gabi, prawnuczki Anny Hutta, możemy dziś podziwiać, jak dokładnie wyglądał efekt takiej pracy.
Może ta metoda i ten motyw niektórym wydać się zbyt prosty i ubogi. A może warto wrócić do źródeł, do korzeni, do tego, co istotne i odrzucić niepotrzebne i zbędne.
Gabriel Leopold i Joanna Ania Mrohs
p.s. Konsultacje rodzinne ujawniły nowe informacje: w Staniszczach jajka nie były malowane woskiem, a od zawsze szkrobane. W okolicy Staniszcz wiele kobiet tworzyło takie małe dzieła sztuki. Kiedyś nawet niejaka Marcjanna Pionek z Kadłuba wygrała konkurs Cepelii na najładniejszą pisankę.
Poniżej już kolejny artykuł architekta Johannesa Reischela. Jego materiały są o tyle wartościowym źródłem, jako że miał on jeszcze dostęp do kompletnych archiwów wrocławskich przed wojną, które zawierały dokumenty źródłowe naszej historii. Niestety wojna i powodzie te archiwa mocno uszkodziły.
Dziś prezentujemy:
Friedrichsgrätz (Grodziec koło Ozimka)
Kolonizacja wiejska Fryderyka Wielkiego / Architekt Joh. Reischel.
Liczne obecne próby opanowania ogromnego bezrobocia poprzez osiedlanie na wsi nadwyżek ludności w miastach pod wieloma względami przypominają wielkie dzieło kolonizacyjne Fryderyka Wielkiego, z którym spotykamy się na każdym kroku w powiecie opolskim. Dziwimy się, że dzisiejsza kolonizacja przyniosła tak niewiele sukcesów, podczas gdy Stary Fritz w tak krótkim czasie osadził kolonie w całych opolskich lasach. Gdy jednak zajrzymy do akt archiwum miejskiego Wrocławia, wychodzi na jaw wiele trudności, z którymi mogła sobie poradzić tylko żelazna wola króla, a których rząd parlamentarny raczej nie byłby w stanie opanować. Zadziwia mnie, jak niewielkimi środkami król pokonywał wyzwania osadnicze na Śląsku, po części w czasie, gdy ziemia ta była jeszcze przedmiotem sporu [z Austrią].
Dzisiejsza działalność osadnicza różni się od fryderycjańskiej motywami. O ile dziś [1934] nie wiemy, co zrobić z dużą częścią naszej populacji i staramy się ulokować ją na równinnym terenie wiejskim, o tyle u Fryderyka Wielkiego chodziło przede wszystkim o zaludnienie opustoszałego w wyniku wojen [które sam zaczął] kraju, gdyż z 2,5 milionami poddanych, których odziedziczył po ojcu, nie dało mu się zrobić większego wrażenia na sąsiadach. Wkrótce po objęciu rządu skupił się zatem głównie na zwiększeniu niewielkiej populacji swojego kraju poprzez sprowadzanie obcokrajowców. Problem populacyjny jest lejtmotywem działań kolonizacyjnych króla. Strona ekonomiczna, czyli kultywacja i powiększanie powierzchni użytkowej kraju, była dla króla ważna, ale zeszła na drugi plan w obliczu osadnictwa.
Była zatem zrządzeniem losu dla króla pruskiego, gdy husyci i bracia czescy mieszkający na kresach austriackich zostali zmuszeni do opuszczenia ojczyzny [w wyniku ich prześladowania w Austrii]. Rozpoczęta w 1742 r. migracja husytów stworzyła podstawę dla ówczesnego nowego osadnictwa śląskiego. Pierwsi husyci przybyli ze swoim kaznodzieją w rejon Münsterberg [Ziębice] w czasie I wojny śląskiej, skąd później się rozproszyli. Duszą kolonizacji husyckiej był czeski kaznodzieja Blanisky, który niestrudzenie gromadził poprzez zbiórki niezbędne fundusze, sprowadził emigrantów i z nieustępliwą wytrwałością prowadził negocjacje z Izbą Dominialną i Wojenną [zarządzającą terenami królewskimi] we Wrocławiu.
Wraz ze swoimi wyznawcami skłaniającymi się ku doktrynie zreformowanej Blanisky osiedlił się w Hussinez [Gęsiniec] koło Strehlen [Strzelin], skąd w 1751 roku zainicjował założenie kolonii Friedrichsgrätz [dziś Grodziec]. Jak wszystkie kolonii w powiecie opolskim, Friedrichsgräß jest osadą leśną. Teren porośnięty był świerkiem i olchą i w dużej mierze podmokły. Izba wrocławska obiecała czeskiemu kaznodziei zapłatę spornej pensji w wysokości 500 talarów, jeśli uda mu się sprowadzić 60 rodzin, które leśniczy Rehdantz uznał za niezbędne do zasiedlenia się tej kolonii. Każdy kolonista miał otrzymać 1 ¼ morgi zagrody, 12 mórg pola i 3 ¼ morgi łąki. Na odwodnienie bagnistego terenu zatwierdzono kwotę 560 talarów. Wykop rowu melioracyjnego miało dać pacę tym Czechom, który już byli w okolicy. W grudniu 1751 r., jak wynika z protokołu leśniczego, przybyły 33 rodziny liczące 145 osób, które początkowo były zakwaterowane w dwóch barakach. We wrześniu następnego roku Blanisky zgłosił, że w kolonii jest 45 rodzin liczących 210 osób i 16 domów w stanie surowym. Każdy z właścicieli posesji wykarczował wtedy już 4 morgi. Były to posesje w najbardziej suchych lokalizacjach, ponieważ w dalszej części raportu wskazano, że ukończenie pozostałych posesji utrudnia woda. Koloniści, którzy musieli domy samodzielnie, otrzymali pożyczkę w wysokości 20 talarów, oprocentowaną na poziomie 3%, która miała zostać spłacona w ciągu 10 lat zwolnionych z podatku gruntowego. Po tym czasie Czesi zobowiązani byli do płacenia czynszu w wysokości 3 talarów rocznie [płatność gotówkowa zwalniająca z osobistego świadczenia pańszczyzny]. Drewno dostarczano kolonistom bezpłatnie, zgodnie z koncesją z 1752 r. Jednakże ze względu na trudności gospodarcze 10 lat zwolnionych z podatku przedłużono do 1766 r. Jak we wszystkich koloniach czeskich, koloniści nie musieli tolerować ludzi innych wyznań. Tak też te wyspy językowe, w których używa się języka czeskiego, do dziś pozostały stosunkowo nienaruszone. W listopadzie 1753 r. osiedliło się już 90 rodzin, wybudowano 48 domów, a w budowie było jeszcze 26. Projekt 60 parceli został teraz rozszerzony do 100 parceli.
Spośród 91 kolonistów, którzy przybyli do końca 1753 r., 54 było rzemieślnikami. Domy budowano metodą drewna ciosanego [fachowo zwane domami zrębowymi], powszechną na Górnym Śląsku. Dopiero w 1772 roku Fryderyk Wielki był w stanie z wielkim trudem przeforsować budowę domów o konstrukcji szachulcowej, tylko dlatego, że urzędnicy królewscy zlecali budowę gotowych domów dla kolonistów. Domy budowano szczytem do ulicy. Mieszkania, stajnie i stodoły znajdowały się pod jednym dachem krytym gontem. Późniejsze domy kolonialne otrzymały dachy kryte strzechą, co król szczególnie zalecał. Husyci w Friedrichsgrätz otrzymali także koncesję na gorzelnię i młyn. Dochód z gorzelni miał być przeznaczony na utrzymanie kościoła i szkoły. Rozwój Friedrichsgrätz znacznie ucierpiał na skutek sporów pomiędzy Blaniskym a zwolennikiem pietyzmu i kaznodzieją Pinzgerem w Münsterberg, który zarzucał Blanisky’emu sprowadzenie do Friedrichsgrätz Czechów mieszkających już na Śląsku. Udało mu się jednak udowodnić, że ma 64 nowych kolonistów, aby zdobyć zaległe 500 talarów. 13 rodzin, które skłaniały się ku pietyzmowi braci czeskich również wywołało wiele niepokojów w kolonii i zostało później deportowanych.
Zbiórka na kościół, na którą Blanisky w 1754 r. otrzymał zgodę, przyniosła 1350 talarów. Sumę tę zbierał głównie w Berlinie, Magdeburgu i Halle. Następnie naciskano na izbę we Wrocławiu. Mieszkańcy Friedrichsgrätz uważali, że 500 talarów wystarczy na budowę kościoła, a pozostałe pieniądze chcieli przeznaczyć na budowę kolonii. Ale izba pozostała nieustępliwa, a pieniądze pozostały zdeponowane w krajowym funduszu rentowym na budowę kościoła. Ostatecznie rozpoczęto budowę kościoła w roku 1767. Kosztorys kościoła w technologii szachulcowej wynosił 1166 talarów. Kościół byłby tańszy o 134 talary, gdyby był wykonany w konstrukcji zrębowej, ale izba zdecydowanie odrzuciła tą opcję.
Fundusze ze w między czasie zdewaluowały się do 1000 talarów. Realizacja budynku kościoła również napotkała trudności. Z raportu inspektora budowlanego Pohlmanna, który wykonał projekt, żaden mistrz stolarski nie chciał przyjąć zamówienia. Trzeba było ściągnąć robotników, których w innych warunkach pogoniono by z budowy. Wreszcie leśniczy Templer, który później odegrał znaczną rolę w budowaniu kolonii wokół Malapane [Ozimek], musiał przejąć wykonanie budowy. Wszelkie wysiłki, aby zaciągnąć kolonistów do pomocy przy budowie kościoła, co znacznie obniżyłoby koszty budowy, nie powiodły się. W listopadzie 1767 roku ukończono stan surowy kościoła z wyjątkiem wymurowania konstrukcji szachulcowej. Plan starego kościoła przedstawia, jak widać na rysunku projektowym, dom modlitwy o powierzchni około 225 m2 z emporą, ale bez wieży. Budowla była bardzo prosta, ale estetyczna w obrysie, a w każdym razie znacznie lepiej dopasowana w jego otoczenie niż natrętna ceglana skorupa, którą uszczęśliwiono nas na siłę pod koniec ubiegłego wieku i która równie dobrze mogłaby znajdować się na przedmieściach Wrocławia.
Jeszcze paskudniejszym rozdziałem w historii rozwoju Friedrichsgrätz była budowa plebanii, na którą przeznaczono budżet 163 talarów. Umowa na budowę została zawarta w 1754 roku z mistrzem murarskim Petersem w Opolu. Stan surowy został wkrótce ukończony, ale na tym etapie stał nadal, gdy 13 lat później rozpoczynano budowę kościoła, z powodu błędu formalnego w umowie o budowę. Wykonanie konstrukcji szachulcowej było zarówno ujęte w planie mistrza murarskiego, jak i powierzone kolonistom do jego realizacji. Każdy zrzucał pracę na drugiego. Izba była bezsilna ze względu na niejednoznaczność umowy. Ostatecznie koloniści chcieli kleić, a nie wyposażać. Wtedy zamierzano dokończyć plebanię wraz z budową kościoła. Ale do ukończenia budowy minęły jeszcze lata. W 1767 r. wybudowano także szkołę, na którą przeznaczono 235 talarów. Plan przedstawia większą salę lekcyjną na lato i znacznie mniejszą na zimę, kiedy do szkoły przychodzi niewiele dzieci. Inspektor budowlany Pohlmann był szczególnie dumny z tego wynalazku.
Okres wojny miał raczej niekorzystny wpływ na kolonię. Według opisu Radcy Wojennego i Dominialnego von Arnima z lipca 1758 roku warunki musiały być dość nieprzyjemne. Starsi wioski byli dowolnie powoływani i odwoływani. Wioska ma długość 1/4 mili i jest trudna w zarządzaniu. Kaznodzieja nie mówił po niemiecku. Niektórzy koloniści zajęli dwie a nawet trzy parcele, ale zbudowali tylko jedną. Zaliczki na parcele były już dawno pobrane, a domu jeszcze nie zbudowano. Nikt nie czyścił wiejskiego rowu, a konsekwencje dla okolicy były nieuniknione: jedna strona wioski była tak bagnista i porośnięta grubym lasem, tak więc koloniści wkrótce przerwali rozpoczęte karczowanie. Wielu kolonistów zniknęło w czasie wojny wraz z dobytkiem, ponieważ ziemia była „niepoprawna”. W 1766 r. pozostało tam tylko 79 ze 100 kolonistów. Zbudowano 83 domy, ale tylko 72 były zamieszkane. Pozostałych 11 było pustych. Korzystano z 90 parceli, ale tylko cztery zostały całkowicie wykarczowane. Mieszkańcy Friedrichsgrätz domagali się zmniejszenia liczby parceli do 50, aby każdy kolonista miał dwie parcele. Izba była jednak zdania, że koloniści będący rzemieślnikami, z trudem radzili sobie z jedną parcelą. Bardzo powoli następowało uzupełnienie liczby kolonistów.
W 1767 r. izba zagroziła zastąpieniem brakujących 17 kolonistów katolikami. Gdyby izba sama zdecydowała się wykarczować trudny teren, kolonia rozwinęłaby się znacznie szybciej. Aby więc nie dopuścić do całkowitego upadku kolonii, w 1767 r. nakazano leśniczemu wykarczować obszar pod łąki. Dopiero około 1770 roku udało się zwiększyć powierzchnię użytkową Friedrichsgrätz do nieco ponad 2300 mórg, tak aby każdy kolonista miał około 23 mórg. W późniejszych czasach rozwój oddalonej o godzinę drogi Malapaner Hütte [huta Małapanew] przyniósł lepsze możliwości gospodarcze, tak że w 1841 roku miejscowość liczyła już 162 domy i 1117 mieszkańców, a w 1925 roku liczba ta wzrosła do ponad 1800. Ponieważ rów melioracyjny przebiega przez środek długiej wiejskiej ulicy, ulica musiała zostać poszerzona, tak aby przeciwległe domy były oddalone od siebie o ponad 50 metrów. Przestronną ulicę ocieniają cztery rzędy drzew. Okazało się, że do prowadzenia browaru zgłosił się jedynie Żyd, który był skłonny płacić czynsz w wysokości 100 talarów rocznie. Inny kandydat chciał mieć zapewnione naczynia do warzenia. Gdy w 1769 r. majątek tego Żyda miał być zastawiony z pomocą wojskową, broniła go cała wieś.
Większość osad husyckich została zmuszona do założenia dodatkowych kolonii już po kilku latach z powodu dalszej imigracji. Ze względu na trudności gospodarcze Friedrichsgrätz filia taka powstała w dopiero w 1832 roku. W powiecie Groß-Strehlitz potomkowie założyli kolonię Petersgrätz, składającą się z 60 działek o powierzchni 20 mórg każda.
Tłumaczenie Joanna Ania Mrohs
Materiały Kocham Opole i Opolskie i Mariusz Halupczok
Udajemy się w podróż do zamierzchłych czasów parafii Szczedrzyk, w roku 1779.
Proboszcz Mathias Badura, pisze desperacki list do biskupa (z zasobu archiwum diecezjalnego we Wrocławiu).
Ma 3000 mieszkających po lasach parafian, na obszarze rozległym na 25km. A jemu każą robić kazania po niemiecku dla 14 hutników.
„Szlachetnie i Dostojnie Urodzony Biskupie Łaskawy Władający Panie, Ekscelencjo Wysoko Urodzony i nam łaskawie panujący Panie!
Dnia 16 i 22 tego miesiąca Wikariat łaskawie mi polecił, że na prośbę Królewskiej Kamery Dominialnej i Wojennej mam katolickim robotnikom hutniczym w zakładzie w Malapane i Jedlicach, którzy nie znają języka polskiego, dla ich pociechy duchowej i korzyści co najmniej co 4 tygodnie a także w święta w Szczedrzyku wygłaszać kazanie w języku niemieckim [erbauliche rede in teüscher Sprache], a to za honorarium zaproponowane przez radcę departamentu Królewskiej Kamery Dominialnej i Wojennej Pana Szlachetnie Urodzonego Blümicke, ale chyba jako żart a nie na poważnie, a to za każde kazanie po jednym florenie, mam także wykazywać się większym zaangażowaniem dla powierzonej mi parafii.
Ale jako że w Malapane nie ma osób, które nie znają niemieckiego, a w Jedlicach jest ich tylko 12, wydaje mi się, że te 12 potrafi czytać po niemiecku, a w niedziele i święta z ambony czytana jest niemiecka ewangelia. Zaobserwowałem też, że nawet katoliccy pracownicy królewskiej huty w Malapane muszą kwartalnie składać się na ewangelickiego pastora.
Te niemieckie kazania nie przyniosą tym 12 osobnikom żadnych korzyści, jako że nie wszyscy pojawiają się w kościele, a dla mnie jako proboszczowi tylko będą niepotrzebnym obciążeniem.
Co jednak wymaga natychmiastowego działania, to to, że w tutejszej parafii powstało sześć królewskich kolonii: Carmerau, Münchausen, Creutzthal, Tempelhof, Hüttendorff, Fridrichs-Grätz, z czego większość jest katolikami, ponad 500 komunikantów, z czego 200 nie zna języka polskiego i nie potrafi czytać. Niektóre te kolonie są od parafii Szczedrzyk oddalone o dwie mile (ok. 5km), cierpią taką biedą, że nie stać ich na ubrania zimowe i nie mogą przybyć do tak bardzo oddalonego kościoła. A co z tym związane: pozbawieni są Słowa Bożego. Należało by wprowadzić porządne nabożeństwo z niemieckim kazaniem nie w Szczedrzyku a w kościele filialnym w Krasiejowie, gdzie ci ludzie mają najbliżej. Tamże też nie przybędą hutnicy z Jedlic i Malapane, aby wysłuchać niemieckiego kazania.
Wymagać to będzie jednakże posługi dwóch księży, jeden dla starych parafian w Szczedrzyku, a drugi w Krasiejowie, aby te 2500 dusz, których taki mały kościółek wiejski nigdy nie zmieści, nie będą pozbawieni mszy świętej w niedziele i święta.
Z tego powodu już od 1776 roku wnioskowałem u Królewskiej Kamery Dominialnej i Wojskowej, w związku z podlegającym mi obszarem o wielkości 10 mil [ok. 25km], z 2500 komunikantami i w sumie 3000 duszami, by sobie wyobraziła, że to ponad siły dla zwykłego księdza, przy codziennym objeżdżaniu chorych, oraz aby przydzielono mi wynagrodzenie dla księdza, gdyż dochody parafialne na to nie wystarczają, a to w wysokości co najmniej 100 talarów.
Wspomnieć należy, że powołani przy zakładach królewskich protestanccy duchowni, którym podlega znacząco mniej kolonistów, jeden ewangelicki do Malapane i jeden reformowany w Friedrichsgrätz od Królewskiej Kamery otrzymują wynagrodzenie w wysokości 600 talarów wraz z dodatkowymi świadczeniami. Z tego powodu mam nadzieję, że przy tak dużej ilości kolonii, uda mi się wybłagać co najmniej wynagrodzenie dla kapelana.
Podlega mi 8 starych wiosek, sześć nowych kolonii, trzy huty, często w głębokich lasach, odwiedzane przeze mnie pod groźbą utraty życia, dzień i noc, aby wesprzeć biednych ludzi.
Szczedrzyk, dnia 28 sierpnia 1779. Mathias Badura”
Dziś wrócimy jeszcze raz do tematu kolonii Krzyżowa Dolina / Kreuzthal.
Trafiły w moje ręce kolejne ciekawe dokumenty z opolskiego archiwum. Jest to dokument nadania własności parceli kolonisty dla Mathesa Kokotha, dotychczas kowala z Dańca. A jeszcze w roku 1770 kowal kolonista w Hüttendorf, co potwierdza wpis w księdze kościelnej.
Potwierdza się informacja z innych publikacji, że koloniści tej kolonii akurat pochodzili z najbliższej okolicy.
Poniżej warunki, na jakich kolonista dostawał działkę.
***
Kopia listu nadania majątku dziedzicznego w nowej kolonii Creutzthal na terenie podlegającym administracji Królewskiego Urzędu w Opolu, założonej w ostoi leśnej nazywanej Przibawke, a której nadano nazwę Creutzthal, oraz nadania prawa do jej uprawy, a to Mathesowi Kokoth, dotychczas kowalowi w miejscowości Daniec.
Dla parceli pod numerem 1.
Mathesowi Kokoth przyznane zostają na podstawie rysunku inżynierskiego wioski, pól, łąk i przylegających lasów:
1. 18 mórg magdeburskich ziemi do wykarczowania po 180 kwadratowych prętów pruskich
6 mórg ziemi do wykarczowania pod łąki, 100 prętów kwadratowych pod dom i zagrodę.
A to na własność dziedziczną, którą może zabudowywać, posiadać, użytkować i sprzedać za zgodą Urzędu Królewskiego w Opolu.
2. Jako że cała kolonia ma prawo do wypasu bydła w okolicznym lesie, tak też Mathes Kokoth, bezpłatnie, a to maksymalnie 6 sztuk bydła i 10 sztuk owiec, a jeżeli wypasać będzie chciał więcej, zapłaci od tego opłatę
3. do budowy domu, obory i szopy, Mathes Kokoth otrzyma drewno budowlane, deski, belki, progi, itd. nieodpłatnie z królewskiego lasu
Dodatkowo dostanie:
4. na zapłatę kosztów budowy, czyli transportu materiału, robocizny cieśli na wszystkie budynki w gotówce 30 talarów, bez zobowiązania zwrotu tej kwoty
5. poza 30 talarami, zaliczkowo 10 talarów na budowę murowanego komina, oraz 16 talarów na zakup 2 wołów pociągowych, w sumie 26 talarów
Kwoty tej nie musi zwracać między świętem trójcy 1771 a 1774, aby w tym czasie mógł swoją działkę wykarczować. Od święta Trójcy 1774 do 1775 będzie ale płacił rocznie 2 talary do Urzędu Królewskiego w Opolu, i tak płatność kontynuował, aż spłaci 26 talarów.
6. Mathes Kokoth i wszyscy po nim następujący właściciele mają prawo do nieodpłatnego zbierania leżaniny [drzewo leżące na ziemi] do opalania pieca aż do wykorzystania asygnaty zwykłej a za asygnatę zapłacą 2 grosze 3 fenigi.
t. Za każdą morgę pola i łąki Mathes Kokoth zapłaci po upływie lat zwolnionych co roku 3 grosze podatku gruntowego
18 mórg pola 2 talary 6 groszy
6 mórg łąki 18 groszy
W sumie 3 talary
Płatna będzie także opłata opałowa [Brandzins] kwartalnie na koniec sierpnia, listopada, lutego i maja do Urzędu Królewskiego w Opolu na zamku.
Mathes Kokoth musi w okresie lat zwolnionych z podatku 1771-1779 wykarczować przydzieloną mu działkę, następnie płacił będzie 3 talary podatku gruntowego od roku 1779/1780.
Z wyjątkiem powyższych podatków, Mathes Kokoth i następujący po nim właściciele parceli są zwolnieni z zapłaty podatków ogólnokrajowych, podatków od działalności od parceli kolonijnej, ale nie od wykonywanego rzemiosła, o ile wykonują, z furażu, wypasu koni wojskowych.
On i następujący po nim właściciele parceli kolonisty zwolnieni będą z nieodpłatnej służby na rzecz Urzędu Królewskiego oraz z pańszczyzny.
Jego dzieci urodzone w kolonii i dzieci następujących właścicieli będą także zwolnione z nieodpłatnej służby na rzecz Urzędu Królewskiego, i wbrew ich woli nie będą mogły być do takiej służby zmuszone.
Zobowiązany jednak będzie podczas trwania 8 lat zwolnionych z podatków do nieodpłatnego wyrębu 9 klaftrów drewna twardego rocznie na rzecz nadleśnictwa Krasiejów.
Poprzez budowę kolonii Mathes Kokoth, jego żona i spłodzone w kolonii dzieci są zwolnione z poddaństwa. Ma on też prawo po zbudowaniu zagrody i wykarczowaniu ziemi, parcelę sprzedać i udać się w inne miejsce na Śląsku.
Jeżeli będzie chciał sprzedać posesję, zapłaci jednak należny podatek od sprzedaży (oprócz sprzedaży swoim dzieciom, rodzeństwu lub innym urodzonym na posesji).
Piwo i wódkę kolonia i jej mieszkańcy muszą kupować wyłącznie z browaru i gorzelni w Dębskiej kuźni, pod rygorem kary i konfiskaty.
Podpisano 7 maja 1776 na Zamku w Opolu.
***
Mapa z 1830 roku z wydzielonymi dla kolonistów pastwiskami leśnymi do wypasu bydła. Może znajdziecie gdzieś tam nazwisko swojego przodka?
Jest północ z 17 na 18 sierpnia 1789 roku. W królewskich zakładach w Jedlicach i w Ozimku wszyscy podekscytowani na nogach. Sprzątają place, przygotowują materiały. Bo jedzie król.
Miesięcznik Schlesische Provinzialblätter rocznik 1789 drukują list radcy górniczego Krusemarcka o wizycie króla Fryderyka w Jedlicach i hucie Malapane.
„Początkowo dostaliśmy informację, że Królewska Mość pojedzie do Kreutzburgerhütte (dziś Zagwiździe), a następnie przez Kup i Węgry do Jedlic [przypis tłumacza: Kreutzburgerhütte, Jedlice, Malapane – siedziby królewskich zakładów metalowych]. Jednakże adiutant króla Geusau posłał mi wiadomość, że król oczekuje mojej obecności w hucie Malapane. Tą wiadomość otrzymałem 17 sierpnia o godzinie 18.00 wieczorem. Tak więc niezwłocznie wraz z nadinspektorem hutniczym Helmkampfem ruszyliśmy w drogę i w nocy o 1 byliśmy w hucie Malapane [34 km w 6 godzin!].
Tutaj mistrz górniczy Abt nadzorował trwające prace porządkowe na placu hutniczym, przygotowywał pracowników i poszczególne zakłady w hucie. Podobne prace trwały w Jedlicach oddalonych o pół mili [5km]. Wszystko było przygotowywane na przyjazd króla.
O godzinie 5 inspektor hutniczy Helmkampf, dyrektor huty Breustedt i chirurg huty Eckmann wyruszyli konno do Jedlic. Jego Królewska Mość przybyli do Jedlic wraz z księciem, majorem von Geusau i majorem von Schack 18 sierpnia o 7.45. Król zapytał o nazwę zakładu, jego strukturę, Helmkampf wyjaśnił, że składa się z trzech fryszerek i jednego młota [podobny, jak do dziś stoi w Zagwiździu]. Król wraz z księciem dokonali oględzin wszystkich urządzeń, wysłuchując informacji o ich najnowszych modernizacjach, o dacie budowy zakładu, wyrażając swoje zadowolenie. Po 15 minutach król wyruszył dalej, przez kolonię Antoniów, obok szkoły ewangelickiej.
Rysunek 57-725 ze zbiorów Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu.
Ja ustawiłem się wraz z mistrzem górniczym Abtem, sekretarzem huty Fabriciusem i kaznodzieją ewangelickim Richterem, przed placem wielkopiecowym, na początku alei klonowej. Tutaj król nakazał zatrzymać powóz i dziękował nam łaskawie za nasze uniżone pokłony. Król podczas wysiadania z powozu wskazał na wysoki budynek i zapytał, czy to wysoki piec, ja potwierdziłem i zaproponowałem królowi, czy łaskawie nie zechciałby się pofatygować i wejść schodami na pomost przy gardzieli pieca. Podczas wspinana się, król zapytał o rok założenia pieca. Wspomniał też bardzo łaskawie zmarłego nadleśniczego Rehdanza, zapytał, czy zakład uległ zniszczeniu podczas najazdu Rosjan w Wojnie Siedmioletniej. Po dotarciu na pomost, który znajdował się na wysokości 30 stóp [około 9m], król kazał sobie objaśnić proces wytopu, skład rud, ich stosunek do domieszki wapnia oraz stosowany węgiel. Zapytał o wagę skrzyni wypełnionej rudą, dotknął jej swoją dłonią, polecił poinformować się o uzysku z wysokiego pieca równo za tydzień. Król wyraził następnie swoje zadowolenie i udał się na plac hutniczy, gdzie wystawiono na stołach stosowane materiały i produkty wytwarzane przez zakład. Jego Wysokość obejrzał wszystko dokładnie, szczególnie zadowolenie wywołały produkty żeliwne, łopaty i pręty produkowane na młocie cajniarskim.
Następnie wszedł do budynku wysokiego pieca, gdzie akurat wykonywano spust surówki. Król zauważył łaskawie, że surówka spłynęła do łożyska z piasku uformowanego w kształcie jego monogramu z królewską koroną i żarzyła się w kolorze czerwonym.
Z głębokim ukłonem poprosiłem o przyjęcie tegoż dowodu naszej głębokiej części dla króla. Na to łaskawie nam podziękował i zwrócił uwagę księcia i majorów na nasz gest. Następnie Jego Królewska Mość zapytał o urządzenia formierskie i poinformował, że styryjskie huty mają przestoje z braku zbytu do prowincji tureckich, dlatego obecnie łatwo jest werbować fachowców [fachowcy do hut prywatnych i królewskich byli sprowadzani z innych rejonów Europy. W hucie prywatnej w Kadłubie pracował w roku 1742 mistrz wielkopiecowy Anderwald ze Styrii, do hut królewskich byli sprowadzani robotnicy z Brandenburgii, Harzu, Rudaw saksońskich i czeskich, z miasta Mansfeld w Saksonii Anhalcie, jeden mistrz był z Geislautern w Kraju Saary, pracownicy w Jedlicach pochodzili z Moraw]. Jednakże król oświadczył równocześnie, że wolałby o wiele bardziej, aby jego podwładni, a szczególnie Górnoślązacy byli zatrudniani jako hutnicy. Następnie król zapytał mnie o różnicę między zwykłą śląską a angielską surówką produkowaną na węglu kamiennym, które to oba rodzaje królowi pokazano. Krój wspomniał wtedy anglika Wilkinsona, podróżne hrabiego Redena i próby Kohlhaasa wytopu żelaza za pomocą węgla. Chwalił Kohlhaasa jako praktycznego i doświadczonego człowieka, zapytał, czy go znam. Poinformowałem go, że stosujemy zarówno surówkę angielską jak i śląską, fryszujemy ją za pomocą węgla drzewnego, następnie wykuwamy z użyciem węgla kamiennego, uzyskując produkt lepszy pod każdym względem od produktów szwedzkich. Król wobec tego kazał sobie to żelazo pokazać. W tym celu udaliśmy się do fryszerki numer 1, gdzie właśnie wykuwano młotem żelogrudę w celu jej zagęszczenia i wytrącenia szlaki. Następnie przeszliśmy do sąsiadującej fryszerni numer 2, gdzie wykuwano za pomocą węgla kamiennego. Król pozwolił mi wszystko objaśnić, obejrzał wykute żelazo, wziął do ręki pręt o szerokości 2 ¼ cala, grubości 3/8 cala i długości 16 stóp [ok. 6cm x 1cm x 5m] i polecił rozeznać jego sprzedaż do Anglii i zobowiązał mnie do jego dystrybucji. Przechodząc do zakładu wiercenia Jego Królewska Mość zażądał ode mnie sprawozdania o wielkości produkcji, wynikających z tego kwot rocznych, ilości osób zamieszkałych na terenie huty, personelu administracji huty i sumie nakładów inwestycyjnych od 1780 roku.
Rysunek 56-724 ze zbiorów Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu.
W zakładzie wiercenia król obejrzał wyposażenie i obróbkę armaty kręcącej się na wiertarce, zainstalowany w tym samym miejscu młot cajniarski, obejrzał pręt wytworzony na młocie cajniarskim i kazał mi znaleźć zbyt na ten produkt za granicą. Podczas wychodzenia z zakładu wiercenia król obejrzał różne wiertarki, zapytał o przekrój rzeki Malapane, budynek szkoły oraz nowy budynek wybudowany przed domem chirurga hutniczego, zapytał o ilość dzieci szkolnych, i czy założony został lazaret. Zapytał także o kruszarkę do żużla, o miejsce przechowywania kasy i urzędowania pracowników urzędu hutniczego. Miałem możliwość także przedstawić zalety formierni amunicji dla przemysłu całego regionu. Podczas wychodzenia z budynku kruszarki żużla król objaśnił księciu stosowanie żelaza wypłukanego ze skruszonego żużla do wytopu ołowiu w hutach w Tarnowskich Górach. Na koniec król zapytał o użytkowanie wybudowanego przez nadleśniczego Rehdantza reprezentacyjnego budynku administracji. Chwalił przy tym Rehdantza za jego pracowitość i zaangażowanie. Zapytał też o granice działek terenu będącego w posiadaniu urzędu hutniczego, zerkając do przedłożonej mu mapy.
Na koniec podziękował łaskawie i wielokrotnie wszystkim pracownikom huty, ostatni raz dziękując, siedząc już w powozie. Helmkampf otrzymał polecenie towarzyszenia królowi i jego towarzyszom, i to w jego obecności król ponownie wyraził zadowolenie z zastanego stanu zakładu. Król około godziny 9 wyruszył drogą w stronę Krasiejowa. Po fakcie pastor Richter wyliczył, że król przebywał w zakładzie Malapane ponad 50 minut. W chwili przybycia króla w zakładzie panowała uroczysta cisza, ale już chwilę później wszystko zostało wprowadzone w intensywny ruch. Na wieczną pamiątkę dla naszych potomnych urząd górniczy umieści na górze pieca przy gardzieli, gdzie stał król, tablicę pamiątkową. Osoby obce, przebywające w zakładzie przypadkowo, podziwiały pełną godności łaskawość naszego wielkiego monarchy. Ja tej chwili nigdy nie zapomnę, gdy Jego Królewska Mość docenił moją osobę i rozmawiał ze mną ponad trzy kwadranse.”
Badanie najstarszych dziejów naszej historii lokalnej, to jak nocne łowienie ryb w mętnej wodzie. Czasami coś się trafi. A jak się trafi, to nie wiadomo co to jest.
Tak też jest w tym przypadku. W ramach mojego szperania po archiwach trafiło mi się coś ciekawego w państwowym archiwum austriackim, a to dokument sprzed ponad 400 lat, w którym pisze tak:
1 – Rechts1
„Na Hradie Nassim Prazskem w Antery po Nedielj Krziziowe Letha Bosiho”
…czyli na zamku praskim dnia 14 maja 1584 stawił się przed jego obliczem cesarza Rudolfa …
„Mikulas Rozmiersky ž Male Rozmirze [Mikołaj Rozmierski z Rozmierki] Nas se vssy ponižienosti a pokoru prosycze Aby chom jeho jako tu Osobu kderaž jest ne w Stawu Manžielskem swobodnie splozena, w tei posskwrnie a nedostatku milost a pomocz Vcžiniti a tu posskwrnu a nedostatek zahladiti S meho Snitj a przytom jeho w dnostojenstwi a Pocztiwost Stawu Manžielskeho pozdwi hnanti a Vwesti raczili y rozhlednancze My na takowu snažnan a ponižiena Prozbu S dobrym rozmyslem nassym yistym wiedomim S Raddan wiernych Nassych milych Moczy Kralowsku w Cziechach a yakoz to Neywyzssy Knizie Slezske takowan posskwrnu a Nedostatek z tehoz Mikulasse Rozmierskyho z Rozmirze proto zie w Stawu Manžielskem zplosen neny zahladiti zdwihnanti y dokonale sniti a w duostojenstwi a Pocztivosty Stawu ManželskehoVwresti gsme raczili, t timto Listem z Mocznosti nassy Cžysarzske Nam naležnyiczy zahlazujem zdwihame u dokoncze snij mame a w tu Pocztiwost Stawu Manžielske ho mocznie a dokonale ywozujem, Chticze tomu a pewnie Vstanowugicze, Aby swrchu psanemu Mikulassowi Rozmierskymu any jeho diediczuom a budanczym takowe ne w Manžeisltwy zplozeny wniziadne wieczy w Prawich Sandech nebi wen z Prava a Sandu any w nicziemy jine kžiadne lechkosti a Sskodu neh ponicžieny odnižiadneho nemohlo pržicžitano neh jemu any jeho diedicžum”.
Próbowaliście odczytać?
W skrócie można stwierdzić, że Mikołaj był dzieckiem spłodzonym poza związkiem małżeńskim, i z tego powodu żył w „posskwrnie [skazie] a nedostatku”.
Publikacja „Příspěvky k dějinám šlechty v Čechách” opisuje stan prawny takich dzieci:
„Jakkolwiek szlachta bardzo dbała o moralność życia rodzinnego, a tym samym o małżeńskie pochodzenie swoich członków, nie są rzadkie przypadki, gdzie nie tylko osoby stanu rycerskiego, ale i pańskiego żyły w konkubinacie z osobami stanu niższego i spłodziły z nimi liczne dzieci. Takie dzieci, według prawa ziemskiego, były nazywane pobocznymi, miały pozostać w mocy swojego ojca, a po jego śmierci jeszcze w mocy jego męskich spadkobierców, po osiągnięciu pełnoletności stawały się wolne lub mogły wybrać sobie innego dziedzicznego pana. To jednak dotyczyło tylko dzieci, które żonaty pan lub rycerz, mając własną rodzinę, spłodził w stosunku pozamałżeńskim z osobą stanu niższego, ale niezamężną. Inaczej było, jeśli wolny pan lub rycerz żył z wolną kobietą, lecz nierówną sobie, w stosunku małżeńskim, nie będąc z nią formalnie ożeniony. Dzieci pochodzące z takiego związku były później, na żądanie swoje lub ojcowskie, legitymizowane przez króla, czyli uznawane za małżeńskie. Na przykład, dnia 11 maja 1584 r. legitymowany został nieślubnie spłodzony Mikuláš Rozměřský z Rozměře;
…
Ponieważ legitymizacja udzielona przez króla mogła mieć tylko skutki prawne, a nieślubne pochodzenie de facto nie mogło być odczynione, zdarzało się, że ludzie tego nie zapominali i często legitymowanym osobom wytykano ich pochodzenie, a ponieważ życie w związku pozamałżeńskim z kobietą nierówną sobie nie było rzadkością wśród osób wyższych stanów, często zdarzało się, że z nieślubnego pochodzenia oskarżano również osoby spłodzone w zgodnym małżeństwie. Takie oskarżenia miały miejsce zazwyczaj podczas uczt, które następowały po biesiadach. Nasi przodkowie kochali uczty, odwiedzali się nawzajem w tym celu, i wtedy często zdarzało się, że uczta trwała dłużej niż powinna; ponieważ często goście w swej bujności dochodzili do wyciągania kordów, czemu inni, jeśli mogli, zapobiegali, przeciwnicy starali się słowami wyładować swój gniew. W takich przypadkach najczęstszą obrazą było oskarżenie o nieślubne pochodzenie, co zwykle prowadziło obie strony przed forum sądu komorniczego. Takie oskarżenie musiało jednak nastąpić przed „dobrymi lub uczciwymi ludźmi”, tj. osobami stanu szlacheckiego.„
Mikołaj jedzie więc do Pragi i odwołuje się do miłosierdzia cesarza, żeby oficjalnym listem cesarz uznał go dzieckiem ślubnym. Cesarz niniejszym listem to robi, chociaż podejrzewam, że pobudką tu nie było miłosierdzie a hojna wpłata do kasy cesarskiej.
Cesarz dalej oznajmia, że kto nie będzie respektował tejże legitymacji, zapłaci „do Komory Nassy dwacžeti hrziwen zlata” kary.
I tu zaczyna się problem: w księgach nigdzie indziej nie spotykamy rodu von Rozmiersky. Kim był Mikulas Rozmiersky ž Male Rozmirze.
Gdzie szukać informacji o podejrzanych? Od tego są przepastne leksykony szlachty np. jedne z najstarszych autorstwa Sinapsiusa [dostępne na SBC] po herbarze szlachty i inne świetne publikacje Sękowskiego [dostępne na OBC].
Możemy w nich zidentyfikować potencjalnych podejrzanych. Oto oni:
Nawoy
W roku 1539 właścicielem Rozmierki jest Paweł Nawoy. Jego syn Zygmunt sprzedaję wioskę 1575 Piotrowi Strzeli z Obrowca, właścicielowi Suchej. Czyli w roku legitymacji Mikulasa Rozmierskiego ž Male Rozmirze 1584 Rozmierka już nie należy do Nawoyów. Zostawił może Paweł Nawoy w Rozmierce nieślubnego syna?
Strzela przydomek Chmelik
Jan Strzela przydomek Chmelik otrzymuje majątek Szymiszów i Suchą i umiera w roku 1528. Ma 3 synów: Mikołaja, Stefana i Zygmunta. Stefan i Zygmunt pozostali w siedzibie rodziny Obrowiec. Mikołaj otrzymał Szymiszów, Suchą, Otmice, Kalinów, Ligotę Czamborową. Zmarł w 1560 roku. Majątek odziedziczyli synowie Piotr, Jan i Jerzy. Jan otrzymał Kalinów, Jerzy Ligotę Czamborową a Piotr Szymiszów i część Suchej. Piotr zmarł w 1600 roku. Dziedziczką jego dóbr zostaje jedyne jego żyjące dziecko – córka Ludmila. Jego postać wykuta w kamieniu w polskiej zbroi znajduje się w kościele w Suchej. W roku legitymacji Mikulasa Rozmierskiego ž Male Rozmirze 1584 Rozmierka należy Strzałów, jednakże w 1600 całość dziedziczy Ludmila. Był Mikulas synem Strzeli?
Poniżej epitafium Piotra Strzeli w kościele w Suchej w polskiej zbroi bojowej i w modnym i higienicznym wtedy irokezie.
Boryńscy
Początkowo szlachecki ród gwarków z okolicy Gliwic. Później szlachta nadal zajmująca się gwarectwem. Byli właścicielami Boryczy i części Krośnicy, potem Kadłuba, gdzie prowadzili kilka hut.
Około 1500 Mikołaj Borenski posiada część Krośnicy, a dokładnie „Krasnickou kuznici” [krośnicką kuźnicę], którą dostaje od właścicieli Grodziska i Krośnicy, braci Jana i Zdzisława Talkenbergów [Wiano żony Salomei Talkenberg?]. W roku 1558 kuźnicę w Boryczy przenosi do Kadłuba.
W tamtym czasie nad Jemielniczanką na terenie krośniczańskim istnieją co najmniej 4 kuźnice. Może być, że zaliczana do nich była kuźnica w Kadłubie i Boryczy.
W roku 1575 Mikołaj Boryński skarży Kaspara Czornberga właściciela drugiej części Krośnicy, że bezprawnie zabrał mu dwie kuźnice i łąkę należącą do gruntów krośnickich. W roku 1577 sądzi się ponownie z Czornbergiem, że ten mu naubliżał i nazwał go „chui kilkonaste kratt w przitomnosti dobrych lidi rytirskich”. Zawarli ugodę, jednakże Boryński na ugodę nie patrząc napada później na Czornberga, zostaje więc skazany za napaść na karę grzywny. W roku 1577 Mikołaj sądzi się z właścicielem Grodziska Jerzym Strzela o wypas bydła. Przedkłada umowę z 1559 roku z ówczesnymi właścicielami Grodziska i Kadłuba Talkenbergami, że Boryńscy, jego spadkobiercy i ich robotnicy [gwarkowie/hutnicy?] mają prawo do wypasu bydła na gruntach Grodziskich. Mikołaj umiera przed 14.12.1582 rokiem i pozostawia wdowę Salomeę von Talkenberg oraz zadłużoną kuźnicę. W 1586 roku właścicielami kuźnicy są synowie Mikołaja: Henryk, Mikołaj i Filip. Henryk i Mikołaj sprzedają (odstępują) Filipowi swoją część spadku po ojcu na zadłużonej kuźnicy w Krośnicy. Boryńscy skupują okoliczne wioski Rozmierkę, Jędrynie, Osiek i folwark Koszyce, parają się hutnictwem i handlem rudą żelaza kopaną w dolinie Jemielniczanki, aż do sprzedaży całego majątku w roku 1685 hrabiemu Colonnie. Tutaj znajdujemy jednego Mikołaja, który by wiekiem pasował do Mikulasa z Rozmierki. Może on nim jest?
Gwarkowie/Kuźniki
Wyspecjalizowana grupa zawodowa tworząca wieloosobowe przedsiębiorstwa. Wywodzili się z różnych stanów: szlachty, jak Boryńscy, wolnych chłopów, jak Zawisza, o którym piszę później. Posiadali własne kuźnice lub dzierżawili od właścicieli ziemskich.
Byli wolnymi ludźmi ze swobodą przemieszczania się. Wędrowali w poszukiwaniu terenów pod możliwość kopana rud i ich wytopu. Na taki teren trafili w okolicy Rozmierki, Krośnicy i Grodziska, a dokładnie nad brzegami rzeki Jemielniczanki w Kadłubie, Osieku i Boryczy, gdzie na podmokłych rozlewiskach rzeki tworzyła się ruda darniowa a siłę wody można było wykorzystać do napędzania miechów i młotów. Zdarzały się często również sytuacje, że wolni chłopi zostawali uznani za szlachtę. W takich wypadkach otrzymywali nie nobilitację, gdyż byli ludźmi wolnymi, a tylko, podobnie jak nobilitowany patrycjat miejski, nadanie herbu – dyplom herbowy.
Co mówią stare księgi o gwarkach/kuźnikach:
W 1570 roku w Strzelcach Baltazar Zawisza wraz z innymi gwarkami oskarża Piotra Nawoya właściciela Rozmierki, że wbrew zawartej wcześniej umowy nie wydał dokumentu o dziedziczeniu lokalizacji zwanej Gyssperg i nie sprawił obiecanej wagi przy hucie. Oskarżają także, że przeszkadzał robotnikom kopiącym rudę i przy wytopie w hucie, nie pozwalał zatrudnić Marcina Masło młynarza i Hanusza Broka. Sędziowie orzekli w sprawie, że strony mają przestrzegać umowy i że Nawoy ma wystawić dokument na Gyssperg. Giessberg? Można przetłumaczyć jako wzgórze z wodospadem. Są dwa takie miejsca w okolicy: wodospad na Barwinku i w wodospad w centrum Kadłuba. I to nie przypadkowo w obu tych miejscach znajdowały się kuźnice: wodospad wykorzystywano bowiem do napędzania koła wodnego, napędzającego miechy lub młoty, a potem młyny.
Poniżej pieczęć Kadłuba z roku około 1700 z kilofem i młotem w środku – symbolami gwarków/kuźników.
Uprawnienie (legitymizacja) nieślubnych dzieci – po co?
Wróćmy do Mikulasa Rozmierskiego i jego legitymizacji w 1584 roku. Który ze wspomnianych mógł nim być. Syn Nawoya, Strzeli, Boryńskiego? Kogo było stać, żeby pojechać do Pragi i stawić się przed cesarzem. Po co mu była na legitymizacja?
Dziecko nieślubne wtedy było prawnie upośledzone. Nie miało one prawa do noszenia nazwiska ojca, dziedziczenia po nim, noszenia praw szlacheckich. Może to jest powód, że nieznany wcześniej i później Mikołaj z Rozmierki jedzie do Pragi po taki dokument nadający mu podmiotowość prawną.
Moja teoria brzmi tak: W roku 1582 umiera Mikołaj Boryński senior. Dwa lata później Mikołaj z Rozmierki otrzymuje list cesarza, z uprawnieniem go jako dziecko ślubne. Dwa lata później w roku 1586 w umowie sprzedaży(przekazania) kuźnicy widnieje Mikołaj Boryński syn. Naszym Mikołajem Rozmierskim może być Mikołaj Boryński. Może kiedyś trafi się dokument, który tą tezę potwierdzi lub obali.
Tekst powstał w oparciu o publikacje i konsultację ze specjalistą od historii lokalnej Piotrem Smykała, za co mu dziękuję.
19.12.2023 Joanna Ania Mrohs
Poniżej kilka dokumentów źródłowych z publikacji Sękowskiego (Oposka Biblioteka Cyfrowa)
Pozostali kuźnicy
Adam Kuschnik
W 1590 roku w Damratsch kuźnicę buduje Adam Kuschnik, który wcześniej był mistrzem młotowym w Kadłubie. Otrzymał on pozwolenie wybudowania kuźnicy na gruntach pańskich nad Stobrawą za opłatą 50 talarów za młot. [Friedrich Stumpe, 1932]
Hieronymus Rapazki
W roku 1640 pewien Hieronymus Rapazki z huty w Osieku kupuje rudy żelaza z kopalń nad Kłodnicą w Koźlu. [Weltzel, Geschichte der Stadt Cosel]. W roku 1656 Hironymus Rapazki von Rapaz na majątku Rozmierka kupuje majątek Nieder Kuhnern. Po jego śmierci dziedziczy córka Anna żona Andreasa Schimonsky.
Po śmierci Schimonskiego Anna żeni się drugi raz z Jane Gorzeńskim.
Jednakże w roku 1685 Anna Borzynski z domu Rapatzky (Rapazki, Rapacki) sprzedaje folwark Rozmierkę wraz z wsią Rozmierką, Kuźnią (osiecką), Jędryniami i Osiekiem. [Nowack, Reichsgrafen Colonna]. Ale okazuje się, że nie dobrowolnie.
W roku 1692
widnieje w księgach ziemskich konińskich taka skarga:
Stefan Wierusz Walknowski, mąż Marjanny Siemińskiej (Schimonsky), córki Andrzeja Siemińskiego i Anny z domu Rapackiej, skarży się na Jana Gorzeńskiego, męża swej teściowej, który zagarnął jej majątek i przywiódł do sprzedania dóbr Rozmierka w księstwie opolskim a potem sumy lokował na wsi Rudniki pod Wieluniem i na wsiach Chlewo i Książenice w powiecie ostrzeszowskim. Żonę przywiódł do rezygnowania Andrzejowi Nowowiejskiemu dóbr Psary za 44. 000 i za tę sumę kupił dla siebie wieś Strzydzów od Krzysztofa Karskiego w województwie kaliskim.
1693 Gorzeński umiera wtedy wdowa sama się skarży.
1694: Anna Rapacka, wdowa po Andrzeju. Siemieńskim i wdowa po Janie Gorzeńskim zeznaje, że mąż jej bezprawnie z krzywdą dzieci z pierwszego małżeństwa majątek Rozmierka w ks. opolskim, sprzedał a cenę ponad 62 tysięcy i pieniądze sprowadził do Polski i polokował na majątku Chlewo, Książenice i inne pod Wieluniem.
Drugi mąż Jan Gorzeński.
Anna Rapacka już jako wdowa i dziedziczka całego majątku po drugim mężu stopniowo go wysprzedaje:
2999 (Nr. 149) 1693
Anna Rapacka, c. o. Adama R. z ol Agnieszki Kurczewskiej, wdowa po ol. And. Siemieńskim, 2-o v. po ol. Janie Gorzenskim, wś. Kurczew p. kalis. And. Modlibowskiemu podsędkowi zs. kalis., s. o. Jakuba z ol. Anny z Bieniewa Pruszakówny za 25. 000 zł. sprzed. (p. 134)
3440 (Nr. 154) 1700
Anna Rapacka, wd. po ol. And. z Siemienic Siemieńskim 2-o v. po ol. Janie Gorzeńskim, dziedziczka Kurcewa z I i Aleks. Żychliński, s. o. Jana burgr. wschow. z Barb. Drzewieckiej z II, kompromis o sprzedaż tej wsi w p. kalis. s. v. 28. 500 zł. (p. 137)
3773 (Nr. 157) 1704
Anna Rapacka, wd. po ol. Andrzeju Siemieńskim i po ol. Janie Gorzyńskim ced. sumę Stefanowi Wierusz Walknowskiemu dz-owi wsi Słasko (p. 211)
Jakkolwiek to zabrzmi, ale huta Malapane zawdzięczała swój rozwój bardzo często wojnie. Tak było w chwili jej powstania w 1754 roku, gdy Fryderyk Wielki walczył z sąsiadami. Tak też było w chwili założenia fabryki broni w Krasiejowie w 1809 roku, gdy Prusy szykowały się wojny, żeby wyzwolić się od Napoleona. Skąd to wiemy?
Kolejny skarb trafił się w moje ręce: historia fabryki broni w Krasiejowie, spisana w roku 1818 przez niejakiego Chuchula. Nie wiem, który to Chuchul, bo w historii huty było ich kilku. Może jest to Ferdinand Chuchul, sekretarz huty, wspomniany jako świadek na chrzcie syna mistrza zakładowego Lorenza Rothera w księgach kościelnych w 1818 roku?
Praca Chuchula to 60 stron opisu historii fabryki broni Malapane/Krasiejów, procesu technologicznego produkcji muszkietów, karabinów, pistoletów, bajonetów, szabli, szpad, opis parku maszynowego i stosowanych surowców. Wszystko jest dodatkowo uzupełnione rysunkami Moritza.
Etapami będziemy tu prezentować najciekawsze fragmenty. Na początek rozdział o historii, w którym Chuchul pisze tak:
***
Sytuacja państwa Pruskiego w roku 1809 [po przegranej wojnie z Napoleonem] wymagała jak najszybszego uzupełnienia stanu karabinów dla armii. Najkrótszą drogą do osiągnięcia tego celu było uruchamianie warsztatów produkcji broni dla danych korpusów wojskowych w zajętych prowincjach. Dlatego za namową Generała Majora i ówczesnego gubernatora dla Śląska Grafa von Götzen [który otrzymał zadanie reorganizacji pruskiego wojska po porażce z Napoleonem] dokonano rozpoznania, czy i jakie części karabinów mogą być produkowane w Malapane i przetransportowane w miejsce, gdzie powstać by miała właściwa fabryka karabinów. Pierwsze negocjacje z władzami wojskowymi wskazywały jedynie na tymczasowy zakład naprawczy, ponieważ zamierzano zlecić produkcję brakujących części do już istniejących karabinów. Powyższe potwierdził przybyły do Malapane 31 stycznia 1809 roku porucznik artylerii Sommer, który przywiózł ze sobą próbki bajonetów i stempli do ubijania w lufie prochu, podając, że należy te części wykonać do istniejących już karabinów w pierwszej kolejności.
Do tych pierwszych prac nie zatrudniono specjalnie fachowców a zaangażowano obecnych hutników z Malapane, gdyż potraktowano sprawę jako krótkoterminowe zlecenie. Produkcja cylindrycznych końcówek przebiegła sprawnie i znacznie lepiej, niż trudniejsza produkcja bajonetów. Pierwsze zlecenie nie było jeszcze gotowe, gdy ówczesny rząd rozkazał produkcję luf. Ten rozkaz nadał całości inny wymiar, sygnalizując, że będzie to długotrwała współpraca, wymagające uruchomienia regularnej produkcji luf, bajonetów i stempli, a co za tym idzie, przygotowania urządzeń produkcyjnych oraz zatrudnienia doświadczonych pracowników, aby nie tracić czasu na kosztowną i długotrwałą produkcję próbną, jaka by miała miejsce przy niedoświadczonych pracownikach.
Z inicjatywy radcy stanu Karstena, z fabryki karabinów w Spandau koło Berlina sprowadzono kowala rur i kowala bajonetów, którzy 10 marca uruchomili pierwszą kuźnię rur i 28 marca 1809 kuźnię bajonetów. Do urządzenia warsztatu wykorzystano istniejące już budynki warsztatu wiercenia odlewów na terenie huty Malapane, w którym umieszczono dwie ręczne kuźnie rur, jedną kuźnię bajonetów, jedną kuźnię stempli, jedno stanowisko wiercenia luf i jedno stanowisko szlifowania luf. Budynek rozdrabniania żużla posłużył jako zakład szlifowania bajonetów i stempli oraz obróbki precyzyjnej wszelkich części karabinów.
W Krasiejowie natomiast [gdzie stały fryszerki i młot kuźniczy] kuto platyny, żelazo i stal potrzebne do produkcji bajonetów i stempli, a to za pomocą tamże pracującego młota płaszczącego. Żądania rządu stale rosły, z tego powodu zbyt już ciasne warsztaty rozbudowano o budynek przypominający szopę na placu warsztatu wiertniczego. Pod koniec maja 1809 roku zakład wyposażono w dodatkową tokarkę do bajonetów i tulejek, w miejsce dotychczas stosowanego i mniej wydajnego szlifowania oraz dobudowano warsztat garnirowania [składania i montowania elementów wyposażenia na broni]. W sumie fabryka zatrudniała teraz 24 pracowników.
Ślady pracowników można znaleźć w księgach kościelnych, gdzie w roku 1810 żeni się Anton Weiss Gewehrfabrikant, czyli wytwórca broni
W czerwcu 1809 roku wymagania rządu były tak wysokie, że nawet przy potrojeniu istniejących warsztatów nie dało by się ich spełnić. Jednocześnie zakład był w stanie dostarczać 30 sztuk dziennie wszelkiego rodzaju części do karabinów i starał się ciągle zapewniać dobrą i szybką produkcję poprzez odpowiednie ulepszenia, jednakże ograniczone warunki lokalowe te starania utrudniały.
9 lipca kowal rur wysłany z fabryki broni Spandau został odesłany z powrotem na prośbę braci Schicklerów, najemców fabryki. Pracę kontynuowali miejscowi robotnicy, przeszkoleni przez niego w tym krótkim czasie. Chwilowy słaby odbiór przez wojsko wyprodukowanych elementów spowodował gromadzenie się sporych zapasów, jak się później okazało, ze stratą dla fabryki. Dla wyrobów produkowanych w tamtym czasie obowiązywały obniżone standardy jakości. W późniejszym okresie te standardy zostały zaostrzone, dlatego produkty zmagazynowane i później sprzedawane nie przechodziły prób jakości, tak też fabryka broni poniosła w związku z tym spore straty. W roku 1810 o dopuszczeniu produktu decydowała tylko próba strzału, a na inne drobne wady estetyczne w ogóle nie zwracano uwagi.
W tym samym roku, w celu usprawnienia i zwiększenia produkcji, podjęto pierwszą próbę produkcji luf przy użyciu zbudowanego we wrześniu w Krasiejowie młota napędzanego kołem wodnym, w miejsce tradycyjnego kucia ręcznego. Choć pierwsze wyniki były wadliwe, nadal istniała perspektywa na lepsze wyniki w przyszłości, dlatego na tą technologię zwracano szczególną uwagę. Młot znajdujący się w Krasiejowie przerobiono na młot platynowy, w celu zwiększenia produkcji luf zainstalowano tokarki do toczenia luf, aby przynajmniej przy głównych elementach uniknąć konieczności ich szlifowania.
W roku 1810 produkcja nabrała sporego rozpędu, gdyż urząd wojskowy odbierał części do broni różnego rodzaju, a w szczególności lufy o obniżonych standardach jakościowych. Jak wcześniej opisałem, w związku ze słabym odbiorem tych części, zwiększyły się zapasy produktów gotowych o obniżonych standardach. Te produkty zbywane w późniejszym okresie trzeba było poprawiać lub nawet ze względu na wady odrzucać.
Należy podkreślić, że ostrzejsze standardy służą estetyce broni. Jednakże należało od początku egzekwować ich dochowania i zwracać uwagę pracownikom na wady, których wcześniej nie znali.
Rok 1811 nie był dla fabryki broni lepszy, gdyż dotkliwość kryteriów odbioru powodowała, że raz odebrane fabrykaty były zwracane jako wadliwe. Produkcja na młocie w tym roku wzrosła znacznie, dzięki przebudowie młotowni i obsadzeniu stanowisk 2 mistrzami, co pozwoliło na zamknięcie 3 warsztatów ręcznego kucia rur. Produkcja luf zyskała na jakości dzięki temu warsztatowi, mimo iż niskie stany wody powodowały poważne zakłócenia w pracy.
W roku 1812 produkcja luf nabrała już takiej perfekcji, że w drugiej krasiejowskiej fryszerni uruchomiono kolejny młot z dwoma stanowiskami pracy, o pozwoliło na zamknięcie pozostałych 4 warsztatów ręcznego kucia rur. Pracowników przeniesiono do innych warsztatów.
Dopiero teraz produkcja nabrała regularnego charakteru i obejmowała dwie huty. Ciągłe starania doprowadziły do tego, że produkty posiadały dobrą jakość. Kolejny wojenny 1813 rok przyniósł wiele zmian.
Lufy produkowane były na 2 młotach przez 6 mistrzów, a spora produkcja wymagała większych urządzeń. Tak więc zlikwidowano ostatnią fryszernię w Krasiejowie i przerobiono budynki i koła wodne na 4 stanowiska wiercenia, 1 stanowisko toczenia i 1 stanowisko szlifowania rur. W ten sposób krasiejowska huta składająca się z pierwotnie z jednej cajniarni i 3 fryszerek przeobraziła się w zakład produkcji broni.
W zakładzie produkowano odtąd różnego rodzaju strzelby, karabiny i pistolety, lufy, szable pionierskie, husarskie i kirasjerskie, oraz ostrza produkowane przez warsztat produkcji bajonetów z braku innego.
W roku 1814 utworzono stanowiska do wierceń precyzyjnych, dzięki którym lufy można było dobrze i czysto wiercić używając siły wody zamiast ręcznie. Obecnie (rok pisania tekstu to 1818) porzucono ten sposób i ponownie wprowadzono wiercenie ręczne. Powrót był tylko dlatego możliwy, gdyż zdolności wiercenia luf stały się bardzo zawansowane. Tak więc można było zlikwidować 4 stanowiska wiercenia Krasiejowie i wszystkie w Ozimku, przy równoczesnym zwiększeniu możliwości produkcyjnych w porównaniu z 1813 rokiem.
Fabryka broni w tych wszystkich latach swojego istnienia przeszła wiele zmian. Od 1809 do 1815 roku rozrastała się. W roku 1816 pozbyto się kilku urządzeń uznanych za zbędne i niecelowe, chociażby ze względu na ulepszenie procesu produkcji.
Zaostrzenie kryteriów odbioru zmusiło pracowników do przemyślenia i większej staranności przy pracy, a doświadczenia i wytrwałe próby doprowadziły do perfekcji fabrykatów.
Takie dzieła, jak to poniżej, znajdują się w zbiorach Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu.
Oto plan huty Malapane autorstwa Wesenfelda z roku 1843 (numer inwentarzowy MGW/TG/A/0057). Fascynujące jest, jak sporym zakładem huta była w roku nakreślenia planu. Są mieszkania pracowników (Familienhaus) i urzędników (Beamtenhaus), różne warsztaty, szopy, magazyny, oczywiście wysoki piec (Hochofen) i fryszernia (Frischhütte), warsztat budowy maszyn (Maschinen-Werkstatt), jest też browar (Brauerei) i karczma (Gasthaus). Widać też, że główny ciąg komunikacyjny z Opola (Oppeln) do Dobrodzienia (Guttentag) przebiegał przez sam środek huty. Wszyscy podróżni więc pokonać musieli dymiący i tłumny teren zakładu i przejechać po żelaznym moście.
Na planie widać dwa mosty: duży na Małej Panwi do dziś stoi, mniejszy nad kanałem bięgnącym między piecem a fryszernią. Ten kanał jest dziś zasypany, podobno razem z żelaznym mostem. Może kiedyś da się go odkopać!