Kadłub należał wówczas do części parafii Grodzisko. Jednakże kościół był tam za mały, nie było dla nas chóru, a ludzie z Kadłuba zawsze musieli przejść długą drogę, jeśli chcieli iść do kościoła. Więc Wasza mama sama wpadła na pomysł zbudowania kościoła w Kadłubie. Udostępniłem na to ziemię. Podstawowe negocjacje nie były takie łatwe, ponieważ władze kościelne są w takich sprawach szczególnie ostrożne. Wszystko musi być zabezpieczone. Były też inne przepisy, których należało przestrzegać i przeszkód, których trzeba było unikać. Najpierw pojechaliśmy do kardynała Bertrama we Wrocławiu. Byliśmy u niego tylko przez około pięć minut. Wtedy wszedł sługa, szeptał coś do kardynała, a kardynał powiedział, że musimy mu wybaczyć, bo ma coś do zrobienia.
Skierowano nas do biskupa pomocniczego Wojciecha, który był bardzo otwarty i udzielił nam szczegółowych porad. Byliśmy u niego prawie godzinę. Wszystkie formalności kościelne załatwił wówczas prałat z Opola, z którym łatwo było negocjować. Powiatowy nadzorca budowlany wykonał dla nas bardzo ładny rysunek kościoła, który dobrze pasowałby do okolicy. Ale wtedy ksiądz, który był wówczas odpowiedzialny za kościół w Grodzisku, przyszedł i sprawiał wiele kłopotów. Nie tylko dlatego, ale również, że nie bardzo mi się z nim układało. Główny nauczyciel w Grodzisku też sprawiał trudności, bo zapewne martwił się o swoją pozycję organisty, a także skłaniał się ku polskiej stronie. I tak, po pewnym czasie w tę i z powrotem, zbudowano dzisiejszy kościół w Kadłubie. Następnie zwołaliśmy zebranie wiejskie i wszystko wyjaśniliśmy ludziom. Oprócz ziemi oddałem też całe drewno na konstrukcję dachową i ławki. Kamienie do budowy dostałem też z małego kamieniołomu w Koschützer Walde, dał mi je wujek Achim. Sami mieszkańcy gminy zrobili wiele fur, tak jak ja również. Więc sprawy zaczęły powoli nabierać rozmachu. Ziemię wykopano, rozpoczęto murowanie i inne prace. Stworzyliśmy to wszystko razem, mieszkańcy i my. Tak więc pewnego dnia kościół został ukończony i nadszedł dzień konsekracji. Sam Kardynał Bertram podjął się tej inauguracji kościoła. Powiedział potem, że nawet nie wiedział, że był to taki duży kościół, a po inauguracji przyjechał do naszego domu, co nie było oczywiste. Nawiasem mówiąc, ta wizyta kardynała kosztowała mnie moją pozycję powiatowego przewodniczącego Związku Rolników; sam z siebie bardzo się ucieszyłem, że pozbyłem się tego urzędu. Kiedy stało się przed ołtarzem, wejście do zakrystii było po lewej stronie, a nasz chór po prawej stronie. Dla naszej rodziny i personelu stały tam trzy bardzo ładne i wygodne ławki. Mówi się dzisiaj, że siedzą tam ministranci. Chór ten został wpisany do księgi wieczystej mojej rodziny i ich potomków. Inną delikatną kwestią był sufit w kościele. Było to bardzo trudne, ale udało się zostawić poprzeczne belki nośne niezabudowane od dołu. Następnie zostały zabejcowane na ciemno, a dwie wyżłobione krawędzie pomalowano na złoto i czerwono. Dopiero gdy powiedziałem, że nie dam drewna na sufit, jeśli nie będzie to tak zaprojektowane, to ksiądz i ktokolwiek tam jeszcze ingerował w to, wreszcie ustąpili.
Potem okazało się, że im też się to podoba. Ołtarz był zwrócony na wschód, zgodnie ze zwyczajem. Nie było prawdziwego ołtarza, ale cała przednia ściana służyła jako ołtarz. Kazaliśmy tam namalować bardzo piękne malowidło ścienne: Chrystusa Króla i naszą parafię, poczynając ode mnie jako reprezentanta aż w dół do ministranta, jak wszyscy patrzymy na Niego w adoracji. Obraz był namalowany w formie fresku na ścianie. O ile dobrze pamiętam, malarz mieszkał z nami około trzech miesięcy i wybierał sobie modele spośród mieszkańców. Bardzo nam się to podobało. To było coś innego, coś, czego nie można było znaleźć nigdzie indziej w żadnym innym kościele.
Piękny projekt (1876r.) zamku myśliwskiego autorstwa Olivera Pawelta dla Hrabiego Renarda, który miał stanąć na Mrozowej Górze (Mrossowa Gora) w Staniszczach Wielkich. Zamek nie został zrealizowany, bo: „Powiadają że materiały na budowę kościoła pierwotnie posłużyć miały budowie pałacyku myśliwskiego księcia, który chciał postawić na Mrozowej Górze. Z niewiadomych jednak przyczyn nie dało się na suchym przecież gruncie założyć fundamentów – wszystko niezmiennie zapadało się w ziemię. Książę postanowił nie walczyć z opatrznością i przekazać wszystkie zgromadzone materiały na budowę kościoła.” (źródło: http://www.krainadinozaurow.pl/pl/miejsca-i-obiekty-historyczne-w-krainie-dinozaurow,32.html#)
Dzięki uprzejmości hrabiny Margrit von Strachwitz publikujemy fragmenty wspomnień Alfreda Grafa Strachwitz von Groß-Zauche und Camminetz, do 1945 roku właściciela posiadłości Rosmierka i Kadlub, urodzonego 8.8.1898 w miejscowości Schimischow
***
Z zapisków Alfreda hrabiego Strachwitz von Groß-Zauche und Camminetz, z siedzibą do 1945 w Rozmierce i Kadłubie, urodzonego 8.8.1898 w Szymiszowie
Kochane dzieci!
Na kilku kolejnych stronach spróbuję nakreślić Wam obraz zarówno mojej, jak i Waszej małej ojczyzny, mojej jak i Waszej rodziny, obraz samego siebie, Waszego ojca i dziadka. Niniejsza książka nie ma być dziełem literackim, nie rości sobie także prawa do kompletności. Zapisałem tutaj, co moja pamięć zachowała: rzeczy piękne i mniej wzniosłe, śmieszne i smutne, kochane i dobre. Obrazy z kalejdoskopu mojej pamięci. Te zapiski mają Wam pokazać, jak żyliśmy i jak piękna była nasza mała ojczyzna.
Ku pamięci wszystkich ludzi, których mogłem poznać, a zwłaszcza tych, którzy pozwolili mi nazywać się przyjacielem, na pamiątkę naszej niezapomnianej ojczyzny, i z wdzięczności sporządziłem te zapiski.
Kadłub
Czas porozmawiać o Kadłubie, w którym mieściła się nasza siedziba i który był szczególnie Waszą ojczyzną. W 1929 roku mój ojciec przekazał mi majątek w Kadłubie – Rozmierce, po tym, jak od 1924 roku byłem generalnym pełnomocnikiem mojego ojca odnośnie jego całego majątku. Szymiszów otrzymał mój brat Ernst-Joachim / Achim. Za to ja otrzymałem więcej ciężarów. Właściwie, jak powiedział mi mój ojciec przed ślubem, powinienem otrzymać cały majątek, tj. Szymiszów i Kadłub-Rozmierkę. Jednak mamie udało się ojca przekonać, że majątek został podzielony.
Mapa z podziałem majątku. Numer 15 Szymiszów-Kadłub-Rozmierka
Zgodnie z tym my, trzej bracia, którzy jeszcze żyli, tzn. ja, Achim i Nikolaus, powinniśmy otrzymać po jednej trzeciej całego majątku. Ale ani mój brat Nikolaus, ani ja nie chcieliśmy takiego podziału. Więc dostałem Kadłub-Rozmierkę w całości, a Nikolaus dostał u mnie większą hipotekę. Ponieważ w momencie podziału mieszkaliśmy jeszcze w Szymiszowie, powstała kwestia własnego domu w Kadłubie. Najpierw po ślubie ojciec chciał mi zbudować dom w Rozmierce tuż przed lasem na wzgórzu, które według tego planu nazywano wówczas „wzgórzem zamkowym”. Ale z powodu niszczycielskiej inflacji z 1923 roku nic z tego nie wyszło. Jednak Wasza matka odziedziczyła po śmierci swojego ojca pieniądze, więc wpadliśmy na pomysł zbudowania dla siebie domu w Kadłubie. Mój ojciec się na to zgodził. Podarował mi drewno, niezbędne kamienie i różne inne rzeczy. I tak pewnego dnia nasz piękny dom w parku nadleśnictwa w Kadłubie był gotowy. Został ukończony mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przejąłem Kadłub-Rozmierkę. I urządziliśmy się tam tak, jak się nam podobało. Nasz dom został zbudowany przez architekta Lauterbacha, towarzysza broni z 11 Pułku Strzelców Konnych Cesarstwa Niemieckiego, który mieszkał w tym czasie we Wrocławiu. Po wojnie mieszkał w Allgäu.
Na zdjęciu dom zaprojektowany przez Lauterbacha, zdjęcie zrobił Max Glauer.
K a d ł u b / Wieś
Wieś Kadłub znajdowała się na północy naszego majątku. Nie była zbyt duża, chociaż mieszkało w niej około 800 mieszkańców. Posiadała często spotykany układ domów i zagród rozmieszczonych wzdłuż dwóch ulic. Ulice były nieutwardzone i bynajmniej nie bez dziur i piaszczystych miejsc. We wsi znajdował się sklep spożywczy, którego właścicielem był kupiec Thomannek. Kupowano od niego cukier, sól i tym podobne. Gospoda prowadzona była przez mądrego człowieka – Petera Mroßa. Okazjonalnie jedliśmy nawet świeże kiełbaski z musztardą w jego izbie paradnej. Był także rzeźnikiem i zawsze dokonywał uboju na zamku. Kiedy Wellfleisch (zupa z głowy i brzucha świni po świniobiciu) była ugotowana, wkładał czysty fartuch i przychodził na górę do pokoju paradnego z miską świeżej zupy. Tam jedliśmy z nim świetnie zrobioną potrawę. Oczywiście do tego był serwowany dobry sznaps.
Należy również wspomnieć, że kiedy Peter Mroß przychodził z jedzeniem, zawsze miał zawinięty róg fartucha w górę za paskiem: oznaczało to, że w tej chwili nie pracuje. Peter Mroß był bardzo źle traktowany przez Rosjan, a początkowo także przez Polaków. Zabrali mu w całości sklep mięsny i mógł sprzedawać alkohol tylko w gospodzie. Raz nas odwiedził, tak jak jego syn Hans, tutaj w Monachium, zaniósł się płaczem a my oczywiście z nim. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie w Kadłubie wiele przeszli. We wsi była szkoła podstawowa z trzema nauczycielami, którzy się nie lubili. Młyn we wsi był napędzany przez rzekę Himmelwitz (Jemielnica). Kiedyś należał do mnie, ale ponieważ chętnie chciał go młynarz Adamietz i dlatego, że pilnie wymagał naprawy, to go mu sprzedałem. Na końcu wsi znajdował się majątek z rezydencją rodziny, gdzie później ulokowałem nadleśnictwo. Po drugiej stronie rzeki znajdował się jeszcze jeden dom, który zbudowałem dla nadleśniczego Drobiga.
K a d ł u b / Kościół
Kadłub należał wówczas do części parafii Grodzisko. Jednakże kościół był tam za mały, nie było dla nas chóru, a ludzie z Kadłuba zawsze musieli przejść długą drogę, jeśli chcieli iść do kościoła. Więc Wasza mama sama wpadła na pomysł zbudowania kościoła w Kadłubie. Udostępniłem na to ziemię. Podstawowe negocjacje nie były takie łatwe, ponieważ władze kościelne są w takich sprawach szczególnie ostrożne. Wszystko musi być zabezpieczone. Były też inne przepisy, których należało przestrzegać i przeszkód, których trzeba było unikać. Najpierw pojechaliśmy do kardynała Bertrama we Wrocławiu. Byliśmy u niego tylko przez około pięć minut. Wtedy wszedł sługa, szeptał coś do kardynała, a kardynał powiedział, że musimy mu wybaczyć, bo ma coś do zrobienia. Skierowano nas do biskupa pomocniczego Wojciecha, który był bardzo otwarty i udzielił nam szczegółowych porad. Byliśmy u niego prawie godzinę. Wszystkie formalności kościelne załatwił wówczas prałat z Opola, z którym łatwo było negocjować. Powiatowy nadzorca budowlany wykonał dla nas bardzo ładny rysunek kościoła, który dobrze pasowałby do okolicy. Ale wtedy ksiądz, który był wówczas odpowiedzialny za kościół w Grodzisku, przyszedł i sprawiał wiele kłopotów. Nie tylko dlatego, ale również, że nie bardzo mi się z nim układało. Główny nauczyciel w Grodzisku też sprawiał trudności, bo zapewne martwił się o swoją pozycję organisty, a także skłaniał się ku polskiej stronie. I tak, po pewnym czasie w tę i z powrotem, zbudowano dzisiejszy kościół w Kadłubie. Następnie zwołaliśmy zebranie wiejskie i wszystko wyjaśniliśmy ludziom. Oprócz ziemi oddałem też całe drewno na konstrukcję dachową i ławki. Kamienie do budowy dostałem też z małego kamieniołomu w Koschützer Walde, dał mi je wujek Achim. Sami mieszkańcy gminy zrobili wiele fur, tak jak ja również. Więc sprawy zaczęły powoli nabierać rozmachu. Ziemię wykopano, rozpoczęto murowanie i inne prace. Stworzyliśmy to wszystko razem, mieszkańcy i my. Tak więc pewnego dnia kościół został ukończony i nadszedł dzień konsekracji. Sam Kardynał Bertram podjął się tej inauguracji kościoła. Powiedział potem, że nawet nie wiedział, że był to taki duży kościół, a po inauguracji przyjechał do naszego domu, co nie było oczywiste. Nawiasem mówiąc, ta wizyta kardynała kosztowała mnie moją pozycję powiatowego przewodniczącego Związku Rolników; sam z siebie bardzo się ucieszyłem, że pozbyłem się tego urzędu. Kiedy stało się przed ołtarzem, wejście do zakrystii było po lewej stronie, a nasz chór po prawej stronie. Dla naszej rodziny i personelu stały tam trzy bardzo ładne i wygodne ławki. Mówi się dzisiaj, że siedzą tam ministranci. Chór ten został wpisany do księgi wieczystej mojej rodziny i ich potomków. Inną delikatną kwestią był sufit w kościele. Było to bardzo trudne, ale udało się zostawić poprzeczne belki nośne niezabudowane od dołu. Następnie zostały zabejcowane na ciemno, a dwie wyżłobione krawędzie pomalowano na złoto i czerwono. Dopiero gdy powiedziałem, że nie dam drewna na sufit, jeśli nie będzie to tak zaprojektowane, to ksiądz i ktokolwiek tam jeszcze ingerował w to, wreszcie ustąpili. Potem okazało się, że im też się to podoba. Ołtarz był zwrócony na wschód, zgodnie ze zwyczajem. Nie było prawdziwego ołtarza, ale cała przednia ściana służyła jako ołtarz. Kazaliśmy tam namalować bardzo piękne malowidło ścienne: Chrystusa Króla i naszą parafię, poczynając ode mnie jako reprezentanta aż w dół do ministranta, jak wszyscy patrzymy na Niego w adoracji. Obraz był namalowany w formie fresku na ścianie. O ile dobrze pamiętam, malarz mieszkał z nami około trzech miesięcy i wybierał sobie modele spośród mieszkańców. Bardzo nam się to podobało. To było coś innego, coś, czego nie można było znaleźć nigdzie indziej w żadnym innym kościele.
Budowa kościoła
K a d ł u b / Las
Cykl produkcyjny naszego lasu trwał 80 lat. Oznacza to, że cały las został podzielony na pięć grup wiekowych: pierwsza klasa od 1 – 20 lat, druga klasa od 20 – 40 lat, trzecia od 40 – 60 lat, czwarta klasa od 60 – 80 lat oraz piąta klasa miała ponad 80 lat. Każdego roku wycinano i zalesiano na nowo około 100 morgów. Las składał się w 60% z sosny, w 30% ze świerka i w 10% z drewna liściastego, np. brzozy, jesionu, olchy itp. Każdego roku – a teraz mówię tylko o Kadłubie – od 1928 roku wycinano około 12000 metrów sześciennych grubizny, z tego w moim tartaku na Barwinku cięto około 2000 – 3000 metrów sześciennych drewna budowlanego i sprzedawano jako materiał cięty. Odnośnie tartaku będzie jeszcze później mowa!
Sadzonki hodowano we własnych szkółkach, niektóre z nich z własnych nasion. Przywiązywałem wielką wagę do tych szkółek, ponieważ stanowiły one podstawę zalesiania. Od pierwszego roku, w którym przejąłem majątek, przy każdej przesiece, czyli na skraju każdej drogi, kazałem zasadzić brzozy, jako mój znak rozpoznawczy. Chciałem, żeby moi następcy wspominali mnie, gdy będą jechali na polowania wzdłuż wysadzanych brzozami ścieżek. Nie było to do końca leśnictwo, ponieważ brzoza wypiera sąsiednie drzewa i uniemożliwia ich wzrost; ale czego nie robi się dla przyjemności? Pomysł zaczerpnąłem ze starego zalesienia w Poznowicach – należącego do majątku mojej rodziny w Kamieniu Śląskim – przez środek którego wiodła droga otoczona brzozami po prawej i lewej stronie. O każdej porze roku brzozy te wyglądały pięknie, latem z zielonymi liśćmi, a zawsze z białymi pniami na tle ciemnych sosen i świerków w tle. I tak wpadłem na pomysł obramowania przesiek brzozami, wtedy, gdy mateczniki ponownie zalesiano. Zawsze bardzo mi się podobał las i zawsze chciałem go jak najlepiej pielęgnować i ulepszać. W ciągu dziesięciu lat od przejęcia majątku do II Wojny Światowej zalesiłem około 1000 morgów ubogich łąk i nieurodzajnych pól. Później, po około 10-15 latach, można by było znacznie zwiększyć znacznie wycinkę. W 1939 roku, na początku wojny, zalesianie nie było jeszcze ukończone.
Siedziba nadleśniczego
Cały las został podzielony na cztery okręgi leśne i jedno nadleśnictwo, które podlegało nadleśniczemu. Były to okręgi Kadłub, Borycz, Osiek i torfowisko (Torfstich) [dziś leśniczówka w lesie między Grodziskiem i Kadłubem], a także okręg łowczego Piec. Nie ma sensu wymieniać teraz poszczególnych zarządców okręgów, ponieważ zostaną oni później bardziej szczegółowo wymienieni wśród urzędników. W okręgach Kadłub i Borycz wyjąłem około 20 morgów z wycinki w różnych miejscach jako mateczniki, ponieważ były tam szczególnie piękne i bardzo stare drzewa. W ogóle nie wolno było tam nic wycinać, chyba że osobiście zobaczyłem drzewo i zezwoliłem na jego ścięcie. Chroniłem w ten sposób pojedyncze drzewa lub grupy drzew. Przekonany jestem, że nie zawsze należy pozwalać, aby wszystko służyło celowi i odświeżało portmonetkę. Również w lesie użytkowym można sobie na to pozwolić i tym samym przyczynić się do upiększenia lasu i krajobrazu. Takie małe zakątki w lesie zawsze sprawiały mi wiele przyjemności i często tam przebywałem. Starałem się wspomagać drzewostan, nawet jeśli piękno i siła drzew stałyby się widoczne dopiero w znacznie późniejszych latach. Zawsze miałem nadzieję, że mój następca kiedyś będzie kontynuował tę moją miłość do lasu. Zostawiałem przy wycince nawet drzewa nasienne, co 20 lub 50 m, mogły być wycinane tylko za moją zgodą. Wiele z nich służyło jako dziuple lęgowe dla dudków, dzięciołów, krasek i siniaków. Normalnie byłyby one wycinane jako „chore” lub z podobnych powodów. Ale dlaczego? Po co usuwać takie drzewa, które służą jako dziuple lęgowe? Jakie to było szczęście widzieć takiego śmierdzącego dudka siedzącego na środku ścieżki i szukającego larw w krowim łajnie lub innym oborniku. Albo nawet kraskę, ten cudownie kolorowy i mieniący się ptak. Stopniowo już w ostatnich latach przed wojną zauważono, że wszystkie te dziuplaki rozmnożyły się, ponieważ znalazły mnóstwo miejsc do wylęgania. Czy pamiętacie te stare drzewa nasienne pozostawione po drugiej stronie leśniczówki Torfstich, którą zarządzał leśniczy Schmolke, gdzie każdego lata niezliczone ilości młodych męskich bocianów wpadały i spały wieczorami na tych drzewach? Jak bardzo się cieszyliśmy, gdy widzieliśmy je stojące na starych gałęziach tych drzew! Zgodnie z normalnymi zasadami leśnictwa, te drzewa powinny być wycięte dawno temu – ale co by się stało z naszymi bocianami? Więc myślę, że tak było ładniej. O ileż więcej mógłbym Wam opowiadać o lesie! Ale teraz prowadziłoby to za daleko i na dalszych stronach dowiecie się wielu interesujących rzeczy o naszym lesie.
Kadłub / Gospodarstwo rolne
Trochę trudniej jest opisywać gospodarstwo rolne i tak je opisać, abyście wy to zrozumieli, a ja nie rozpisywał się w nieskończoność. Ponieważ rolnictwo jest tematem bardziej złożonym, niż las. Ale spróbuję dać Wam krótki przegląd. Nie pamiętam dokładnie, jak duże były grunty orne w Szymiszowie, łącznie z Suchą mogło to być około 1800 morgów. W Rozmierce z Kadłubem, bez dzierżawionych pól i łąk, pola orna wynosiły prawie dokładnie 1200 morgów. Ale teraz chciałbym tylko porozmawiać o Rozmierce i Kadłubie. Średnio na przestrzeni lat uprawiano na jednej trzeciej rośliny okopowe (ziemniaki i buraki), na jednej trzeciej zboża ozime i na jednej trzeciej zboża letnie. Plony ziemniaków i żyta były całkiem dobre, dla pszenicy normalne, ponieważ można ją było uprawiać tylko na wybranych polach. W Rozmierce, podobnie jak w Kadłubie i kilku innych miejscach, zalesiałem wszystkie słabe pola. Eliminując te miejsca, wydajność znacznie się poprawiła. W Rozmierce, podobnie jak w Szymiszowie, była gorzelnia. Na przestrzeni lat w Rozmierce destylowano i przerabiano w gorzelni średnio na rok 12 000 cetnarów ziemniaków. W oborze znajdowało się prawie gotowe stado czarno-kolorowego bydła nizinnego; dwie trzecie były już zarejestrowane w księdze hodowlanej stada. Później opowiem bardziej szczegółowo o wszystkim, co było związane z oborą. Młode bydło, o ile było hodowane i później odstawione do chowu stada, stało w folwarku Szymonia i na koplach w Kadłubie do czasu ich odstawienia. Nazwę folwarku Szymonia zmieniliśmy na „Christinenhof”. W 1939 roku miałem w stajni dziewięć klaczy wpisanych do głównego rejestru koni prowadzonego przez Towarzystwo Hodowców Koni i jedną klacz w rejestrze A. Z pewnym sukcesem hodowałem konie oldenburskie. W oborze był też bardzo dobry materiał hodowlany niemieckiej szlachetnej świni [Deutsches Edelschwein]. W Kadłubie powstało stado owiec wiejskich z Wirtembergii. To rasa, która dobrze tolerowała nasz klimat.
Strachwitz przy kole nawadniającym łąki, na których pasły się owce.
W Rozmierce był też kurnik. Jednak przed II Wojną Światową hodowla drobiu nie zyskała tak wielkiego znaczenia, jakie rozwinęła w latach powojennych. Jak już częściowo wspomniano, uprawiało się u nas dużo żyta, trochę pszenicy i dużo jęczmienia zwyczajnego. Dodatkowo dużo ziemniaków, buraków pastewnych, dużo koniczyny na paszę dla bydła a także kukurydzę; zawsze dojrzewała tu duża ilość kukurydzy. Oprócz 14 wozów zaprzężonych w zwierzęta pociągowe do uprawy roli, wykorzystywano pług silnikowy i inne niezbędne maszyny. Nowa młocarnia młóciła ziarno w miesiącach zimowych. W ostatnich latach gospodarstwem rolnym zarządzał inspektor Richard Staroszik. Z pewnością wrócę później do szczegółów dotyczących rolnictwa. Powyższe ma na celu jedynie przedstawienie Wam ogólnego rozeznania.
Dwór w Rozmierce, gdzie urzędował inspektor Staroszik. Dziś własność prywatna.
Z niemieckiego tłumaczyła Joanna Mrohs
***
Aus den Aufzeichnungen des Herrn Alfred Graf Strachwitz von Groß-Zauche und Camminetz, bis 1945 auf Rosmierka und Kadlub, geboren am 8.8.1898 in Schimischow
Ihr alle meine Lieben !
Auf den nachstehenden Seiten will ich versuchen, Euch einen Überblick zu geben, einen Bericht über meine, also auch Eure Heimat, über meine, also auch Eure Familie, über mich selbst, Euren Vater und Großvater. Dieses Buch soll kein literarisches Ergebnis zeitigen, es erhebt auch keinen Anspruch auf Vollständigkeit. Ich habe hier aufgeschrieben, was mir eingefallen ist: Schönes und auch nicht so Erhebendes, Lustiges und Trauriges, Liebes und Gutes; so, wie es mir gerade einfiel. Diese Aufzeichnungen sollen Euch zeigen, wie wir gelebt haben – und wie schön es in unserer Heimat war. In Erinnerung und in Dankbarkeit an alle die vielen Menschen, besonders an alle die vielen, welche wir Freunde nennen durften, in Erinnerung und Dankbarkeit an unsere unvergessene Heimat habe ich diese Aufzeichnungen gemacht.
Kadlub
Es ist nun wohl an der Zeit, von Kadlub zu sprechen, wo sich unser Wohnsitz befand und welches besonders Eure Heimat war. Im Jahre 1929 erhielt ich von meinem Vater die Herrschaft Kadlub – Rosmierka, nachdem ich schon seit 1924 der Generalbevollmächtigte meines Vaters für seinen Gesamtbesitz gewesen war. Schimischow bekam mein Bruder Ernst-Joachim / Achim. Dafür hatte ich mehr an Belastungen erhalten. Eigentlich sollte ich, wie es mir mein Vater vor unserer Heirat sagte, den ganzen Besitz, also Schimischow und Kadlub-Rosmierka erhalten. Meine Mutter erreichte es jedoch, daß der Besitz geteilt wurde. Demnach sollten wir drei noch lebenden Brüder, also ich, Achim und Nikolaus, jeder ein Drittel des Gesamtbesitzes erhalten. Doch eine solche Teilung wollten weder mein Bruder Nikolaus noch ich. So erhielt ich Kadlub-Rosmierka ganz und Nikolaus bekam eine größere Hypothek bei mir eingetragen. Da wir zur Zeit der Teilung noch in Schimischow wohnten, ergab sich nun die Frage eines eigenen Hauses in Kadlub. Zunächst wollte mein Vater mir nach meiner Heirat ein Haus bauen, und zwar in Rosmierka kurz vor dem Walde auf einem Hiigel, der dann nach diesem Plan „der Schloßberg” genannt wurde. Durch die verheerende Inflation von 1923 wurde dann aber nichts daraus. Nun erbte Eure Mutter nach dem Tode ihres Vaters Geld, und so kamen wir auf den Gedanken, uns selbst ein Haus zu bauen, und zwar in Kadlub. Mein Vater war damit einverstanden. Er schenkte mir das Holz, die nötigen Steine und noch verschiedenes andere dazu. Und so stand unser schönes Haus eines Tages fertig da im Park der Oberförsterei Kadlub. Es wurde etwa zur gleichen Zeit fertig, als ich Kadlub – Rosmierka übernahm. Und wir richteten uns so ein, wie es uns gefiel. Gebaut hat unser Haus der Architekt Lauterbach, ein Regimentskamerad von den Jägern’ zu Pferde Nr. 11. Er wohnte damals in Breslau. Nach dem Kriege lebte er im Allgäu.
K a d l u b / Das Dorf
Das Dorf Kadlub lag im Norden unseres Besitzes. Es war nicht sehr groß. Immerhin wird es so an die 800 Einwohner gehabt haben. Wie üblich lagen die Höfe und Häuser an den zwei Straßen. Diese Straßen waren ungepflastert und keineswegs ohne Löcher und Sands teIlen. Im Dorf gab es auch einen Kaufladen, dessen Besitzer der Kaufmann Thomannek war. Bei ihm wurde Zucker, Salz und ähnliches gekauft. Die Gastwirtschaft hatte Peter Mroß, ein kluger Mann. Gelegentlich haben wir sogar bei ihm in der guten Stube frische Würstchen mit Senf gegessen. Er war auch Fleischer und hat immer im Schloß geschlachtet. Wenn das Wellfleisch gar war, band er sich eine saubere Schürze um und kam mit einer Schüssel mit Wellfleisch herauf ins Wohnzimmer. Dort aßen wir dann mit ihm zusammen das ausgezeichnet gemachte Wellfleisch. Natürlich gab es einen guten Schnaps dazu. Zu erwähnen ist noch, daß Peter Mroß, wenn er mit dem Wellfleisch kam, immer den einen Zipfel der Schürze hochgesteckt hatte: das bedeutete, daß er jetzt nicht arbeftete. Peter Mroß ist von den Russen und anfangs auch von den Polen sehr schlecht behandelt worden. Die Fleischerei haben sie ihm gänzlich weggenommen und ausschenken durfte er nur im Schankraum. Er hat uns einmal, wie auch sein Sohn Hans, hier in München besucht, wobei er das Heulen kriegte und wir dann natürlich auch. Überhaupt haben die Leute in Kadlub sehr viel durchgemacht. Im Dorf gab es die Volksschule mit drei Lehrern, welche sich nicht sehr vertrugen. Die im Dorf stehende Mühle wurde von der Himmelwitz getrieben. Sie hatte einmal mir gehört, ich habe sie aber dann, weil der Müller Adamietz sie gern haben wollte, und weil sie sehr stark reparaturbedürftig war, an ihn verkauft. Am Ende des Dorfes lag das Dominium mir dem Herrenhaus, in welchem dann mein Forstamt untergebracht war. Auf der anderen Seite der Himmelwitz stand dann noch das Haus, welches ich für den Oberförster Drobig hatte bauen lassen.
K a d I u b / Die Kirche
Kad Iub gehört damals zum Kirchspiel Grodisko. Nun war die Kirche dort zu klein, es war kein Chor für uns da, und die Leute von Kadlub mußten immer weit laufen, wenn sie in die Kirche gehen wollten. So kam Eure Mutter auf die Idee, in Kadlub selbst eine Kirche zu bauen. Den Grund und Boden habe ich zur Verfügung gestellt. Die grundsätzlichen Verhandlungen waren nicht so ganz einfach, denn die kirchlichen Behörden sind in solchen Sachen besonders vorsichtig. Es muß alles abgesichert sein. Und auch sonst gab es noch Vorschriften, die durchgeführt werden mußten, und Klippen, die es zu umschiffen galt. Wir gingen zuerst zum Kardinal Bertram in Breslau. Bei ihm waren wir nur etwa fünf Minuten. Dann kam ein Diener herein, flüsterte mit dem Kardinal, und da meinte dieser, wir müßten entschuldigen, weil er zu tun hätte. Wir wurden an den Weihbischof Wojciech verwiesen, der sehr aufgeschlossen war und uns eingehend beriet. Wir waren fast eine Stunde bei ihm. Die ganzen kirchlichen Formalitäten machte dann ein Prälat aus Oppeln, mit dem man gut verhandeln konnte. Der Kreisbaumeister hatte uns eine sehr schöne Zeichnung der Kirche gemacht, wie sie gut, in die Gegend paßte. Nun kam aber der damals zuständige Pfarrer von Grodisko und machte reichlich Schwierigkeiten. Nicht zuletzt wohl auch noch, weil ich mich mit ihm nicht besonders stand. Auch der Hauptlehrer in Grodisko machte Schwierigkeiten, weil er wohl um seine Stelle als Organist besorgt war und zudem auch noch nach der polnischen Seite hin neigte. Und so entstand dann nach einigem Hin und Her die heutige Kadluber Kirche. Wir haben dann eine Gemeindeversammlung einberufen und den Leuten alles erklärt. Außer dem Grund und Boden gab ich auch sämtliches Holz für die Dachrüstung und für die Bänke. Ich besorgte auch die Steine für den Bau aus einem kleinen Steinbruch am Koschützer Walde, Onkel Achim gab sie mir. Die Gemeinde seIhst machte sehr viele Fuhren, wie ich auch. So kam die Sache langsam in Schwung. Der Grund wurde ausgehoben, und es begannen die Maurer- und sonstigen Arbeiten. Alles dieses haben wir gemeinsam geschaffen, die Gemeinde und wir. So stand die Kirche dann eines Tages fertig da, und es kam der Tag der Kirchweihe. Diese Einweihung der Kirche nahm der Kardinal Bertram nun selbst vor. Er sagte nachher, er hätte gar nicht gewußt, daß es eine so große Kirche geworden sei.- Nach der Einweihung kam er auch in unser Haus, eine Tatsache, welche nicht selbstverständlich war. – Übrigens kostete mich dieser Besuch des Kardinals meine Stelle als Kreisbauernführer; an sich war ich ganz froh, daß ich dieses Amt los war. Wenn man vor dem Altar stand, war links der Eingang zur Sakristei und gegenüber rechts war unser Chor. Dort waren drei sehr schöne und bequeme Bänke für unsere Familie und das Personal. Heute, so heißt es, sollen dort die Ministranten sitzen. Dieses Chor war für meine Familie und die Nachkommen im Grundbuch eingetragen. Eine heikle Frage war noch die Decke in der Kirche. Es war sehr schwierig, aber ich habe es erreicht, daß die tragenden Querbalken nach unten zu offen waren. Sie wurden dann dunkel gebeizt und die zwei gekehlten Ränder gold und rot gemalt. Erst als ich sagte, ich würde kein Holz für die Decke geben, wenn diese nicht so gestaltet werden würde, gaben der Pfarrer und was und wer sonst noch dreinredete nach. Nachher fanden sie es. dann auch sehr schön. Der Altar war nach Osten gerichtet, wie es üblich war. Ein eigentliches Altarbild gab es nicht, sondern die ganze Stirnwald dienta als Altarbild. Wir hatten dort ein sehr schönes Wandbild malen lassen: Christus, den König, und unsere Gemeinde, vertreten von mir angefangen bis hinunter zum Ministranten, wie wir alle in Anbetung zu Ihm nach oben schauen. Das Bild war in Fresko auf die Wand gemalt. Der Maler wohnte, soweit ich mich erinnere, etwa drei Monate bei uns und suchte sich die Modelle aus der Bevölkerung aus. Uns hat es sehr gut gefallen. Es war etwas anderes, etwas, was so nirgends in einer anderen Kirche zu finden war.
K a d l u b / Der Wald
Der Wald hatte 80jährigen Umtrieb. Das heißt also, daß der ganze Wald in fünf Altersklassen eingeteilt war: Die erste Klasse von 1 – 20 Jahren, die zweite Klasse von 20 – 40 Jahren, die dritte von 40 – 60 Jahren, die vierte Klasse von 60 – 80 Jahren und die fünfte Klasse war alles, was über 80 Jahre alt war. Jedes Jahr wurden rund 100 Morgen eingeschlagen und neu aufgeforstet. In der Hauptsache bestand der Wald aus 60 % Kiefern, 30 % Fichten und 10 % Laubhölzern, wie Birke, Esche, Erle usw. Jährlich wurden – und nun spreche ich ausschließlich von Kadlub – ab 1928 rund 12000 Festmeter Derbholz eingeschlagen. Etwa 2000 – 3000 Festmeter Bauholz wurden auf meinem Sägewerk Barwinnek – Immergrün eingeschnitten und als Schnittmaterial verkauft. Davon, über das Sägewerk, noch später! In eigenen Saatkämpen wurden die nötigen Pflanzen herangezogen, zum Teil von eigenen Samen. Ich legte sehr großen wert auf diese Saatkämpe, weil sie ja die Grundlage für die Aufforstung bildeten. Gleich vom ersten Jahre an, in dem ich den Besitz übernahm, habe ich als mein persönliches Zeichen an jedem Gestell, d.i. an jedem Weg-Rand, Birken pflanzen lassen. Ich wollte, daß einmal meine Nachfolger sich an mich erinnern, wenn sie beim Pirschenfahren die mit Birken eingefassten Wege entlangfuhren. Ganz forstlich war es nicht, weil die Birke gern die anderen Bäume peischt und im Wachstum hindert; aber was tut man denn nicht eben auch einmal, wenn es einem große Freude macht. Auf den Gedanken war ich gekommen durch eine ältere Feldaufforstung in Posnowitz – zu Groß Stein gehörig -, durch deren Mitte ein Weg führte, der rechts und links mit Birken eingefaßt war. Zu jeder Jahreszeit sahen diese Birken wunderschön aus, im Sommer mit ihrem grünen Laub, immer aber mit ihren weißen Stämmen gegen die dunklen Kiefern und Fichten im Hintergrund. Und so kam ich auf diese Idee, die Gestelle mit Birken einzufassen, wenn Feldschläge aufgeforstet wurden. Immer habe ich sehr große Freude am Wald gehabt, und immer war ich darauf aus, den Wald so gut wie möglich zu pflegen und zu verbessern. So habe ich auch in den zehn Jahren von der Übernahme meines Besitzes bis zum Zweiten Weltkrieg rund 1000 Morgen schlechte Wiesen und nicht ertragreiche Äcker aufgeforstet. Später, etwa nach 10 – 15 Jahren hätte man dafür den Einschlag erheblich verstärken können. Diese Aufforstungen waren 1939 zu Beginn des Zweiten Weltkrieges noch längst nicht abgeschlossen. Der gesamte Wald war aufgeteilt in vier Revierförstereien und ein Revier, welches einem Oberheger unterstand. Es waren dies die Reviere Kadlub, Boritsch, Oschiek und Torfstich, sowie das Hegerei-Revier Hochofen. Die einzelnen Verwalter der Reviere schon jetzt anzuführen hat wenig Sinn, weil sie dann später unter den Beamten genauer aufgeführt werden. In den Revieren Kadlub und Boritsch habe ich etwa 20 Morgen an verschiedenen Stellen aus dem Einschlag herausgenommen, weil dort besonders schöne und sehr alte Bäume standen. Dort durfte überhaupt nichts geschlagen werden, es sei denn, ich hätte den Baum persönlich gesehen und das Fällen genehmigt. Auch einzelne Bäume oder Baumgruppen habe ich auf diese Weise geschützt. Ich meine, man muß nicht immer alles nur dem Nutzen und der Auffrischung des Geldbeutes dienen lassen. Auch in einem Nutzwald kann man sich so etwas leisten und damit zur Schönheit des Waldes und der Landschaft beitragen. Solche kleinen Stellen im Wald haben mir immer sehr viel Freude bereitet und ich habe mich oft dort aufgehalten; ich habe den Bestand zu fördern gesucht, auch wenn die Schönheit und Stärke der Bäume erst in sehr viel späteren Jahren zur Geltung kommen würde. Ich habe immer gehofft, daß einmal mein Nachfolger diese meine Liebe zum Walde weiterführen möchte. Auch die einzelnen Überhälter durften nur mit meiner Genehmigung geschlagen werden. Viele von ihnen dienten als Höhlenbrutstätten für Wiedehopfe, Spechte, Blauracken und Hohltauben; trotzdem wären sie früher als „krank” oder aus ähnlichen Gründen geschlagen worden. Warum? Warum gerade solche Bäume entfernen, die dem Nutzen der Höhlenbrüter dienen? Wie freute man sich immer, so einen stinkenden Wiedehopf zu sehen, der mitten auf dem Wege saß und in Kuhfladen oder anderem Mist nach Maden suchte. Oder gar die Blauracke oder, wie sie bei uns hieß, die Mandelkrähe, dieser so wunderschöne bunte und schillernde Vogel. So nach und nach war es in den letzten Jahren vor dem Kriege doch schon zu beobachten, daß alle diese Höhlenbrüter sich vermehrt hatten, weil sie reichlich’: Brutgelegenheiten vorfanden. Erinnert ihr Euch noch an die Uberhälter gegenüber der Försterei Torfstich, welche der Förster Schmolke hatte, wo jeden Sommer die überzähligen männlichen Jungstörche abends einfielen und auf diesen Bäumen übernachteten ? Wie haben wir uns immer gefreut, wenn wir sie dort auf den alten Ästen der Überhälter stehen sahen! Nach den normalen Regeln der Forstwirtschaft hätten diese Überhälter längst gefällt sein müssen, – aber, was wäre dann aus underen Störchen geworden? So, denke ich, war es doch schöner Wieviel könnte ich Euch noch vom Wald erzählen und berichten! Doch es würde jetzt zu weit führen, und Ihr werdet auf späteren Seiten noch allerhand Interessantes über unseren Wald erfahren.
Kadlub / Die Landwirtschaft
Die Landwirtschaft zu beschreiben und über sie so zu berichten, daß Ihr es versteht, und ohne sich dabei ins Uferlose zu verlieren, das ist etwas schwieriger. Denn die Landwirtschaft ist, im Ganzen gesehen, weitaus vielgestaltiger als der Forst. Doch ich will versuchen, Euch einen kleinen Überblick zu geben. lch weiß nicht mehr genau, wie groß die Ackerfläche in Schimischow war, es könnten, mit Suchau, etwa 1800 Morgen gewesen sein. In Rosmierka mit Kadlub schätze ich sie, ohne die verpachteten Äcker und Wiesen, auf ziemlich genau 1200 Morgen, welche unter dem Pflug standen. Ich möchte nun aber nur von Rosmierka und Kadlub sprechen. Im Durchschnitt der Jahre wurde ein Drittel Hackfrucht (Kartoffeln und auch Rüben) angebaut, ein Drittel Wintergetreide und ein Drittel Sommergetreide. Die Erträge waren bei Kartoffeln und Roggen recht gut; bei Weizen waren sie normal, da dieser nur auf ausgesuchten Stücken angebaut werden konnte. In Rosmierka habe ich, wie auch in Kadlub und an manchen anderen Stellen, alle schlechten Felder aufgeforstet. Durch das Ausscheiden dieser schlechten Stellen hat sich der Ertrag deutlich verbessert. In Rosmierka war, wie auch in Schimischow, eine Brennerei. Im Durchschnitt der Jahre wurden in Rosmierka jährlich 12000 Zentner Kartoffeln gebrannt und durch die Brennerei verwertet. Im Kuhstall stand eine fast fertige Herde von Schwarz-buntem Niederungsvieh; zwei Drittel waren bereits im Herdbuch eingetragen. Ich werde später noch genauer berichten über alles, was mit dem Kuhstall zusammenhing. Das Jungvieh, soweit es aufgezogen wurde und später einmal zur Zucht eingestellt werden sollte, stand bis zur Einstellung auf dem Vorwerk Schimonia sowie auf den Koppeln in Kadlub. Das Vorwerk Schimonia haben wir dann in „Christinenhof“ umbenannt. Im Pferdestall hatte ich 1939 neun Hauptstammbuch-Stuten und eine Stammbuch-Stute A stehen. Ich habe mit einigem Erfolg Oldenburger Pferde gezüchtet. Im Schweinestall war sehr gutes Zuchtmaterial vom Deutschen Edelschwein. In Kadlub entstand eine Schafherde des Württembergischen Landschafes. Dies ist eine Rasse, welche unser Klima in Kadlub gut vertrug. In Rosmierka war auch der Hühnerstall. Doch maß man der Hühnerhaltung vor dem Zweiten Weltkrieg noch nicht die große Bedeutung bei, die sich dann in den Nachkriegsjahren entwickelt hat. Wie schon zum Teil angeführt, wurde bei uns viel Roggen, etwas Weizen und viel Sommergerste angebaut. Dazu sehr viel Kartoffeln, Futterrüben, viel Klee als Viehfutter und auch Mais; davon immer einen reichlichen Anteil Mais, der bei uns ausreifte. Zur Bewirtschaftung der Felder dienten außer 14 Gespannen noch ein Motorpflug und die nötigen anderen Maschinen. Eine neue Dreschmaschine drasch das Getreide in den Wintermonaten. Geleitet wurde die Landwirtschaft in den letzten Jahren vom Inspektor Richard Staroszik. Später werde ich sicher immer wieder auf Einzelheiten in der Landwirtschaft zurückkommen. Vorstehendes soll Euch nur einen allgemeinen tlberblick geben.
Gdy Johann Gustav Gottlieb Büsching, pruski komisarz ds. zbiorów posekularyzacyjnych, przyjechał do Himmelwitz, nic nie zapowiadało sensacji. Decyzją króla Fryderyka Wilhelma III z 30 października 1810 r. skarb państwa pruskiego przejął większość majątków kościelnych, także śląskie klasztory. Büsching jako urzędnik, otrzymał zadanie zabezpieczenia i sprowadzenia do Wrocławia przechowywanych w klasztorach kolekcji rękopisów, obrazów i rycin. Większość tychże kolekcji uratował, bowiem były zaniedbane i niezabezpieczone.
rekonstrukcja figurki wykonana przez Norberta Waclawczyka z Inicjatywa Społeczna Moreantiqua, znajdująca się w urzędzie gminy Jemielnica rysunek figurki z publikacji Büschinga
Przeglądając zbiory klasztorne Büsching natknął się na figurkę. Obecni mnisi poinformowali go, że zasłyszeli od starszych współbraci, jakoby została ona znaleziona jakiś czas temu podczas odmulania stawu klasztornego.
Komisarz zabrał ją do Wrocławia, gdzie w 1818 roku stała się eksponatem nowo zainaugurowanego Królewskiego Muzeum Sztuki i Starożytności (Königliches Museum für Kunst Und Altertümer), w którym stanowiła jeden z najważniejszych artefaktów.
Także w roku 1818 Johann Gustav Gottlieb Büsching opublikował rozprawę naukową na jej temat pod tytułem „Das Bild des Gottes Tyr, gefunden in Oberschlesien“. Tamże opisuje, że figurka była dobrze zachowana. Miała około 7cm wysokości. Wykonana była z żółtawego stopu metalu. Uderzając ją, wydawała dźwięczny ton. Postać była tak uformowana, jakby wykonywała krok do przodu, podnosząc jedną nogę. Była naga, tylko na biodrach widniała zawiązana chusta z opadającymi końcówkami. Na piersiach wyryte miała kilka kresek. Prawa ręka była wzniesiona, brakowało jednak dłoni. Na pierwszy rzut oka ręka wyglądała na złamaną, jednakże Büsching po dokładnej analizie stwierdził, że figurka została już wykonana bez ręki. Lewa ręka była opuszczona, dłoń tak uformowana, jakby coś trzymała, gdyż w środku zaciśniętej dłoni widoczny był otwór. Gdy wsuwało się do tejże dłoni patyczek, jego przedłużenie pasowało idealnie do rynienki przy stopie. Twarz figurki była wyraźna, z wyraźnie zaznaczonymi oczami i nosem. Postać miała gęstą brodę i wąsy, spod których widać było tylko dolną wargę. Na głowie miała chustę zawiniętą w wianek, tak że widać było czubek głowy. Włosy miała przycięte na prosto, na głowie widać było wyraźnie na środku przedziałek.
Büsching, znajdując figurkę i stwierdzając, że jest bez jednej ręki, wywnioskował, że musi to być skandynawski bóg Tyr, który wedle skandynawskich wierzeń stracił dłoń, odgryzioną przez wilka. Jego interpretacja wywoływała jednakże kontrowersje. Józef Ignacy Kraszewski w publikacji „Sztuka u Słowian” z roku 1860 upatrywał się w figurce słowiańskiego Peruna. Archeolog Tadeusz Wolański zinterpretował kreski wyryte na piersi figurki jako nazwę słowiańskiego boga Jesse.
Natomiast Alfons Nowack w swojej publikacji „Geschichte der Pfarrei Gross Strehlitz bis 1795” z roku 1923 opisuje, że figurkę znaleziono podczas wykopów pod budowę tartaku napędzanego kołem wodnym w Jemielnicy w roku 1664. Zaprzecza on poprzednim teoriom i zaznacza, że figurka jest nowożytna, podobna do figurki będącej w zasobach Deutsches Nationalmuseum w Nürnberg a przedstawiającego żołnierza.
Nowack miał tylko częściowo rację. Tak, figurka jest nowożytna, późnośredniowieczna (około 1500 roku), ale nie przedstawia żołnierza tylko dzikiego człowieka (Wilder Mann). W zasobach norymberskiego muzeum znajdują się do dziś 2 podobne figurki. Kolejne figurki znajdują się w innych muzeach, ale wskazują na pochodzenie z Norymbergi. Dlaczego?
Antwerpen, Museum Vleeshuis, Inv.nr. X 1961, 236, dziki człowiek 15. wiek, mosiądz, wysokość 19 cm.
Element świecznika w Muzeum Sztuki użytkowej w Berlinie
Wilder Mann z północnych Niemiec wytworzony około 1500 rokuWilder Mann z Norymbergii wytworzony około 1500 roku
Dzicy ludzie byli częstym motywem w literaturze i sztuce średniowiecznej, także ludowe wierzenia znały tą postać, jako owłosionego mężczyznę mieszkającego w lesie, kradnącego plony, dzieci i kobiety z wioski. Jedynym świeckim zabytkiem w Polsce z rysunkiem dzikiego człowieka jest Księga praw miejskich Głubczyc z 1421 roku.
Opis figurki „Wild Man” znajdującej się w zasobach Metropolitan Museum of Art wskazuje, że Norymberga mogła być centrum produkcji takiej sztuki ze względu na działającego wtedy tamże Albrechta Dürera, który w wielu swoich dziełach umieszczał dzikiego owłosionego mężczyznę jako postać symboliczną.
Figurka z cysterskiego stawu w Himmelwitz wzmiankowana jest w inwentaryzacjach wrocławskich instytucji muzealnych aż do 1945 roku, potem jej ślad się urywa i nie zostaje odnaleziona w zbiorach muzeum, jak informuje kustosz muzeum Krzysztof Demidziuk.
Wrocławskie archiwa muzealne zawierają jednakże zapisy, że Büsching znalazł w klasztornym archiwum oprócz „Tyra”/Dzikiego Człowieka także dwie inne figurki. Okazuje się, że replika jednej z nich została zakupiona w roku 1870 przez British Museum z kolekcji drezdeńskiego bibliotekarza Gustava Klemma i znajduje się w tamtejszych zbiorach.
Figurka w British Museum pochodząca z Jemielnicy
Gustav Klemm był zapalonym zbieraczem artefaktów z zamierzchłych czasów. Jakimś cudem jemielnicka figurka znalazła się w jego rękach. Jego kolekcja była olbrzymia, po jego śmierci jej główna część stanowiła podstawę utworzenia muzeum archeologicznego w Lipsku. Muzeum archeologiczne w Lipsku informuje jednakże, że nie posiada obecnie żadnych artefaktów z Jemielnicy.
Figurka Tyra przepadła. Może kiedyś się jeszcze odnajdzie w jakiejś prywatnej kolekcji bądź w muzeum w Warszawie albo Moskwie. Mimo to warto wybrać się do Muzeum Archeologicznego do Wrocławia, które bazuje częściowo na kolekcji zebranej przez Büschinga. Chociażby z tego powodu, że jak informuje kustosz muzeum Krzysztof Demidziuk, Muzeum Archeologiczne posiada nie tylko bardzo interesujące znaleziska (zabytki grobowe kultury łużyckiej, rzymskie monety, elementy uzbrojenia kultury przeworskiej), ale i pełną dokumentację do nich. A między nimi znaleziska z początku XIX w., np. pola grobowego ze strzeleckich Adamowic czy grobów z Szymiszowa.
Ostatnią kwestią do wyjaśnienia pozostaje, skąd figurki znalazły się około 1600 roku w Jemielnicy? Przywieźli je mnisi? A może któryś z lokalnych hutników pracujących w kuźnicach nad rzeką Jemielnicą miał talent artystyczny i je produkował? A może zgubił ją żołnierz wojny trzydziestoletniej, może ktoś z wojska Mannsfelda, które splądrowały klasztor w 1627, a może z wojsk Wallensteina, które oczyszczały Śląsk z wojsk protestanckich. Może sam Wallenstein zgubił figurkę, jako że studiował na uniwersytecie w Altdorfie koło Norymbergi, skąd figurka najprawdopodobniej pochodzi. Na to pytanie nigdy nie poznamy odpowiedzi.
Panu kustoszowi Muzeum Archeologicznego Wrocławia Krzysztofowi Demidziukowi dziękuję na koniec za wsparcie merytoryczne w napisaniu artykułu.
Ania Mrohs
Rysunek z publikacji Büschinga:
2. 3. Figurka z Himmelwitz 4. figurka znaleziona w Münster w 17 wieku, zidentyfikowana wówczas jako germański bóg Wulkan, 5 i 6. Figurka zidentyfikowana wówczas jak Bodha (Wodan) znaleziona w niemieckim Prillwitz w 18. wieku.
Figurka z muzeum w Pradze, zidentyfikowana jako Perun (Vorcel, Beiträge zur böhmischen Althertumskunde)
Źródła:
Profesor Büsching na Uniwersytecie Wrocławskim – początki archeologii akademickiej w Europie, Jan M Burdukiewicz, Krzysztof Demidziuk, Urszula Bończuk-Dawidzi
Dnia 20. marca mija rocznica plebiscytu na Śląsku. Z tej okazji prezentujemy zapisy dotyczące tamtych wydarzeń w kadłubskiej kronice szkolnej.
Pełna treść kroniki w języku niemieckim i polskim znajduje się w publikacji: Parafia i szkoła w Kadłubie : kronika katolickiej szkoły w Kadłubie, autor ks. Franciszek Wolnik
Kronika szkoły w Kadłubie została uratowana w 1945 roku przez Josepha Miensoka przypadkiem, ze sterty niemieckich książek palonych przed szkołą przez nowo przybyłą administrację polską. Przechowywana była w tajemnicy przez lata przez rodzinę Miensok. Została przepisana i przetłumaczona przez Pana Henryka Grinera.
Wpis w kronice w latach 1920 / 1921 dokonywał nauczyciel Meyer
Rok szkolny 1920/21
Zgodnie z zarządzeniem z początkiem roku szkolnego wprowadzono do planu naukę języka polskiego i religii w tym języku.
Zajęcia prowadził nauczyciel Karhan. Pomimo, iż z ambony wszystkimi środkami, a nawet przymusem, zachęcano do brania udziału w tych lekcjach, tylko 19% dzieci uczestniczyło w lekcjach religii, a 8% w nauce języka polskiego. Z 48 dzieci pierwszokomunijnych tylko 3 brało udział w przygotowaniu do tego sakramentu prowadzonym w języku polskim. Liczba uczniów w szkole ciągle maleje. Teraz, kiedy przezwyciężono już trudności żywnościowe w miastach i Okręgu Przemysłowym, wracają do siebie wszyscy ci, którzy w czasie wojny przybyli do nas. Do szkoły przyjęto 27 dzieci, a 11 zwolniono przedwcześnie. Należy jednak stwierdzić, że wyniki nauczania obecnie zwalnianych ze szkoły są znacznie gorsze niż u dzieci kończących szkołę przed wojną. Stało się tak dlatego, że w czasie wojny dzieci wykonywały najróżniejsze prace, między innymi przeprowadzały różne zbiorki, skracano im zajęcia szkolne, tak, że nie zdążono osiągnąć pożądanych wyników. Te niedociągnięcia ujawniły się w czasie ostatniego poboru do wojska i agitacji za Polską. W kuszący sposób zarzucono przynętę przynoszącą zgubę naszej Ojczyźnie. Zupełnie swobodnie i zgodnie z prawem. Brak szacunku do cesarza i administracji państwowej. Do tego doszła walka plebiscytowa, okrutna walka między niemiecko- i polskojęzycznymi Górnoślązakami. Wskutek tego ucierpiała również szkoła. Dotychczas szkoła była traktowana, przynajmniej przez lud wiejski, jako świętość, jako córka Kościoła, a nauczycieli traktowano jako przywódców naszej społeczności, prowadzących ją ku dającym szczęście ziemskim i duchowym celom. Szkoła znajdowała w tej pracy skuteczne wsparcie w duchowieństwie. Niedawno zmarły proboszcz ks. Paweł Conrad nie przeoczył żadnej okazji by wyróżnić szkołę i jej nauczycieli. Obcy nam, przekupieni podżegacze uznali naszą szkołę za placówkę tresury germańskiej, w której nauczyciele są hakatystami pragnącymi wytępić język polski. Na polskim zebraniu główny nauczyciel poprosił mówcę, aby przedstawił chociaż jeden dowód na te zarzuty – milczenie było odpowiedzią. Również taki sam skutek przyniosło to pytanie zadane wszystkim zebranym.
Sięgnięto więc po inne metody. Niektórych ludzi kupiono dla Polski, przekonano miejscowego duchownego. „Polski powiatowy inspektor szkolny” Kulig namawiał po domach, by składać oskarżenia przeciwko głównemu nauczycielowi. Kulig obiecywał, że na nowym, polskim Górnym Śląsku wszyscy nauczyciele, którzy nie znają języka polskiego powinni być przeniesieni do dużych miast. Miejscowy duchowny, który 8 dni wcześniej w pierwszej klasie wypowiedział swe pełne uznanie dla osiągnięć szkoły w wychowaniu religijnym i w nauczaniu, wypowiedział swoje zdanie na temat niemieckiej szkoły w gospodzie. Wziął on udział w pochodzie polskich sokolistów, ubrany w ornat.
3 maja 1920, pochód przez Osiek, zorganizowany przez Alojzego Szulca (niesie sztandar). Zdjęcie pochodzi z książki: Ryszard Kaczmarek „Powstania Śląskie – Nieznana wojna polsko-niemiecka”
Na próżno zwracało się do niego 21 nauczycieli naszej parafii, by zwrócić uwagę na fakt, że przy tej jego postawie wykluczona jest współpraca ze szkolą. Mieliśmy ten „zaszczyt” zobaczyć w naszej gospodzie naszego duchownego wśród brzęczących kieliszków, który wygłaszał nowe nauki. Ale na zebrania organizowane w szkole, mające na celu zbudowanie kościoła nikt z nich nie przychodził. W ten sposób poddawany był naciskom i wpływom prostoduszny nasz lud, a jako ostatni argument używana była „Matka Boska Częstochowska” grożąca swą klątwą [jeżeli ktoś zagłosuje za Niemcami]. Bał się nasz lud przyznawać do kontaktów ze szkołą. Łatwo można było być podejrzanym, że jest się Niemcem. A co to znaczy u Polaków okazało się 6 lipca. Trzystu Polaków przybyło w świątecznym pochodzie, dowiadując się, kto jest Niemcem. W szkole pobili do nieprzytomności pana Mrohsa [Thomasa Mrohsa, właściciela gospody], a kupca Meyera zabili. Mrohs kandydował z ramienia Partii Niemieckiej do nowo wybranego zarządu gminy. Partia Niemiecka obsadziła w nim 10 miejsc, a Polacy 5. Zebrania gminne, które z reguły kończyły się bójkami, dają obraz obecnej sytuacji politycznej. Związek miłości i zaufania pomiędzy niemiecko- i polskojęzycznymi obywatelami, pomiędzy gminą i szkolą, który utrzymywany był uczciwie od pradawnych czasów, niszczono. Szkoła stała się placem boju i dzikiej walki narodowościowej, zamiast pielęgnować miłość do Boga, do Ojczyzny, do własnego kraju, do niemieckich zwyczajów i niemieckiej kultury, dzięki której kraj mógł się rozwijać. Ta szkoła nigdy nie była miejscem, gdzie uczono nienawiści.
Nie chcę tu opisywać, jakie zniesławiające nas pozwy kierowane były do inspektora powiatowego i innych urzędów. Nie udały się jednak manipulacje przeciwko nauczycielom. Również bezskutecznie poszukiwania broni w szkole nie dały podstaw do zastosowania restrykcji wobec nauczycieli. Najważniejszą jednak rzeczą były próby zdyskredytowania w oczach mieszkańców miejscowości naszych przywódców.
Na jeden dzień przed głosowaniem plebiscytowym zastosowano ostatni środek. Celem „oświecenia” zarządzona została powszechna spowiedź. Poprzez niegodne wykorzystanie władzy duchownej obowiązkiem religijnym stało się głosowanie za Polską. Głosowanie odbyło się 20 marca 1921 roku. 547 osób głosowało w naszej miejscowości (330 osób za Polską, 273 za Niemcami). W porównaniu z sąsiednimi miejscowościami jest to wynik stosunkowo dobry. W powiecie Strzelce Wielkie uzyskaliśmy wynik 49% za Niemcami, a na całym Górnym Śląsku 60%. Chwała niech będzie naszej Ojczyźnie, która po przeżyciu trwogi i ciężkich dni wraca w ramiona matki Germanii.
Rok szkolny 1921/22
Bezpośrednio po plebiscycie nie wszyscy chcieli podać sobie pojednawczo rękę by zapoczątkować pokój. Od 2 maja Kadłub odcięty był od świata. Wszystkie sąsiednie wioski zajęte były przez powstańców, również i miasto Strzelce Wielkie. Był jeszcze czas by uciec – wiedzieliśmy, że jako osoby przewodzące innym jesteśmy na listach osób do zlikwidowania – często nam o tym mówiono. Ale przecież w czasie wojny było podobnie. W Kadlubie zorganizowano dzielną straż obywatelską, która czuwała każdej nocy. Jeszcze w piątym dniu powstania, nowy zarząd szkoły i gminy, który na polecenie proboszcza zaprezentował się głównemu nauczycielowi, został wyproszony za drzwi. Dopiero w momencie gdy uznaliśmy naszą walkę za bezsensowną złożyliśmy broń w ukrycie. Już następnego dnia przybył do mnie w czasie zajęć uczeń Kowalski, wychowanek polskiego przywódcy z wiadomością, że przybyli Polacy by mnie aresztować. Pożegnałem się z moją rodziną i poszedłem do lasu w ukrycie. Po drodze spotkałem uzbrojonych powstańców w rogatywkach, pytających o moje mieszkanie. W lesie ukrywało się nas wielu wiernych ojczyźnie mężczyzn. Jak horda wdarli się powstańcy do szkoły. Nauczyciel Karhan był w tym dniu u swoich teściów. Nauczyciel Hübner został wyciągnięty ze swego ukrycia – grożono mu rozstrzelaniem. Podobnie postąpiono z moją żoną i 2-letnim synem Hellmuthem. Postawiono ich wszystkich pod ścianą, mieli zdradzić miejsce mojego ukrycia i magazyn broni. Wieczorem zebraliśmy się w nadleśnictwie i postanowiliśmy próbować uciekać następnego dnia. Wkrótce po wyjściu zaskoczył nas ogień z karabinów maszynowych. W ogniu tym przebiegliśmy do oddalonego o dwa kilometry lasu. Na szczęście powstańcy byli złymi strzelcami. Również w lesie byliśmy często ostrzeliwani. Pojedynczo i grupkami przedarliśmy się do Ozimka. W moim mieszkaniu powybijano okna, zerwano podłogi, zbito obrazy. Książki i pisma podarto, wszystko zabrudzono ludzkim kałem. Tylko większe meble pozostały, ich odtransportowanie zaplanowano na później, przeszkodził temu Selbstschutz. Nauczyciele prowadzili teraz życie uciekinierów, tułaczy. Pomimo obietnic pozostawiono ich własnemu losowi. Nie lepiej działo się niemieckim gospodarzom. W dniu 21 sierpnia nauczyciele powrócili do szkoły i rozpoczęły się zajęcia. Szkoła była spustoszona, rząd nie ma pieniędzy. Rodziny zmuszone były nocować u sąsiadów. Panowała czerwonka. Wszystkie moje dzieci zaraziły się a nasz ukochany, chorujący od powstania Hellmuth doznał ataku serca, a 14 dni później strzelano zamiast do mnie do mojego najstarszego syna. Kto może żądać ode mnie bym żył wśród takich ludzi, przez których tyle lat bylem uwielbiany. Nie mogę już patrzeć na to, jak Polakom uchodzi każdy nikczemny czyn bezkarnie, a Niemcy pozostają całkowicie bezbronni. Nawet dzisiaj, po przydzieleniu Kadłuba do Niemiec, czują się Polacy i ich proboszcz jakby kontrolowali sytuację. Na moje życzenie zostałem przeniesiony z dniem 8 lipca 1921 roku do Gliwic. Stanowisko głównego nauczyciela pozostało nieobsadzone do 1 lipca 1922 roku. Nauczyciel – uciekinier Thomas Pannek, urodzony w Rozmierzy, który ukończył seminarium nauczycielskie w Pyskowicach w latach 1905-1908, przybył w zastępstwie i przejął klasę wyższą. Dnia 1 lipca 1922 roku stanowisko głównego nauczyciela objął nauczyciel Hermann Teich z miejscowości Łęg, powiat Racibórz.
Sławny wrocławski architekt Heinrich Lauterbach ( (* 2. März1893 in Breslau (Wrocław); † 16. März1973 in Biberach an der Riß)) zrealizował pierwszy swój projekt właśnie w Kadłubie. Dla swojego kolegi Grafa von Strachwitz zaprojektował dom w miejscowości Kadlub w 1925 roku.
Oto, jak sam o swoim projekcie pisał:
Dwór hrabiego Strachwitza w Kadłubie / Górny Śląsk.
Architekt: Dipl.-Ing. Heinrich Lauterbach, Wrocław
Budynek został wkomponowany w istniejący stary park, z uwzględnieniem drzewostanu, tak aby jak najmniej drzew musiało zostać wyciętych. Park należy do majątku z początku poprzedniego wieku: proste, bielone, niskie budynki z dachami pokrytymi gontem, typowym dla tego regionu. (W pobliżu znajduje się wieś, gdzie mieszka wielu dekarzy i wytwórców gontów – Krzyżowa Dolina). Do budowy nowego budynku użyto lokalnych materiałów: ręcznie formowanych cegieł, kamieni łamanych z wapienników w Szymiszowie, drewna, gontów, wapna z Szymiszowa. Wykop pod fundamenty dostarczył doskonałego piasku i gliny do budowy murów.
Projekt rzut domu został dokonany po szczegółowych konsultacjach z inwestorem. Skrzydło gospodarcze i skrzydło gościnne znajdują się po lewej i prawej stronie głównego wejścia; środek domu zajmują pomieszczenia mieszkalne i towarzyskie, a następnie sypialnie dla właścicieli, połączone małymi schodami z pokojami dzieci, które znajdują się na zaadaptowanym poddaszu. Uwzględnienie kierunków świata i istniejącego drzewostanu dało obecne rozwiązanie planu.
Podział okien został zaprojektowany tak, aby w każdym pomieszczeniu światło było centralnie prowadzone, unikając wszelkich cieni rzucanych przez filary między oknami. W ten sposób powstały duże, jednolite powierzchnie okienne, które wraz z funkcjonalnym układem planu i koniecznościami wynikającymi z użytych materiałów (wysoki, stromy dach, cokół z kamienia wapiennego, gładkie ściany z cegły i szorstki tynk malowany mlekiem wapiennym) określają zewnętrzny wygląd domu. Wewnątrz zainstalowano wiele szaf, a także cała kuchnia została zabudowana.
Dom jest centralnie ogrzewany i zawiera instalację do podgrzewania wody; został ukończony jesienią 1928 roku.
Produkcja żelaza była jednym z najważniejszych czynników rozwoju Kadłuba. To dzięki zbudowanemu w 1718 roku wysokiemu piecowi w dzielnicy Piec (stąd też ta nazwa) miejscowość przeobraziła się z małej osady leśnej w sporego rozmiaru wioskę. Jak drastyczny był to rozwój pokazują dane odnośnie mieszkańców: około roku 1780 było ich 200 a 60 lat później w roku 1840 już prawie 900.
Źródła pisane są bardzo ubogie odnośnie okresu przed 1718 rokiem. Nowack w swojej historii rodziny Colonna podaje, że w 1558 roku hrabia Borinski von Nostropitz posiada hutę żelaza, którą wkrótce przeniesie do Kadłuba. Fechner prawdopodobnie nawiązuje do tej huty, pisząc w swojej historii śląskiego hutnictwa, że przed wybudowaniem wielkiego pieca w roku 1718 w Kadłubie „od niepamiętnych czasów” pracowały piece dymarkowe i że wydobywano tutaj rudy darniowe.
ostatni piec dymarkowy na Górnym Śląsku pracujący w Tworogu do około 1790 roku, należący do hrabiego Colonna
O tym, że hutnictwo nad brzegami rzeki Jemielnicy ma bogatą tradycję, świadczy też wzmianka z 1361 roku, która mówi, że w niedalekich Gąsiorowicach istniał młyn, który wcześniej był fabryką żelaza.
Jednakże nowsze publikacje polskich archeologów sugerują, że rozkwit hutnictwa w naszym rejonie w 18. wieku nie był pierwszym takim epizodem w historii. Badania z lat 1970tych wykazały, że żużel, jako produkt pochodny wytopu żelaza, znaleziony w Kadłubie, Osieku, Błotnicy i całym dorzeczu rzeki Jemielnicy pochodził sprzed 2000 lat.
Dwa tysiące lat temu dorzecze rzeki Jemielnicy jest jeszcze okolicą niezamieszkałą, gdyż zasadniczo ubogą w żyzną ziemię. Jedynym zasobem naturalnym są rudy darniowe powstające w bagnistych rozlewiskach rzek. Archeolodzy wprawdzie znaleźli sporadyczne ślady pobytu człowieka, np. narzędzia do polowania sprzed 11 tysięcy lat w Jemielnicy lub naczynie sprzed 8 tysięcy lat w Grodzisku, jednakże najbliższe stałe osady ludzkie z tego okresu znajdowały się w okolicach Raciborza, Ciska i Głubczyc. Wszystko zmienia się nagle pod koniec 1 wieku naszej ery. Następuje bujny rozwój osadnictwa w pasie od Opola po Strzelce Opolskie. Badania zawartości grobów tychże osadników dowodzą, iż pochodzili oni z Dolnego Śląska, z terenów między rzeką Oławą i Bystrzycą. Ich osady skupiają się wokół rzek. W dorzeczu rzeki Jemielnicy od około roku 110 naszej ery powstają cmentarzyska w Tarnowie Opolskim, Dańcu, Izbicku i Strzelcach Opolskich, a przy nich liczne osady, także w Osieku, Kadłubie, Krzyżowej Dolinie, Błotnicy Strzeleckiej. Te osady wyróżniają się jednakże pod jednym względem – wraz z nimi powstają liczne stanowiska produkcji żelaza.
Obecnie przeważa teza, iż ci osadnicy byli germańskimi hutnikami, wędrującymi na południe w stronę limesu naddunajskiego, gdzie toczył się zbrojny konflikt plemion germańskich z Cesarstwem Rzymskim. Wspomniane osady produkcyjne powstały więc w wyniku zapotrzebowania na broń, a osadnicy wybrali naszą okolicę ze względu na występującą tu dobrej jakości niskofosforową rudę żelaza.
Hutnicy germańscy byli bardzo zaawansowani technicznie, stosowali duże piece wielokrotnego użytku. Ich produkty nie tylko wypierały importy na Śląsk z innych rejonów (np. hutniczego ośrodka świętokrzyskiego) ale były także eksportowane na inne obszary zajmowane przez plemiona germańskie. Istniała też intensywna wymiana handlowa, co potwierdzają znaleziska monet rzymskich. Zbadany bogaty grób z Opola-Gosławic zawierał misternie zdobione przedmioty, co może wskazywać na to, że grupa ta posiadała arystokrację plemienną.
przedmioty z grobu w Gosławicach, znajdujące się dziś w muzeum archeologicznym we Wrocławiu
Osadnictwo w pasie opolsko-strzeleckim jest najsilniejsze około 160 roku naszej ery. Około roku 310 następuje nagłe rozrzedzenie osadnictwa. Osada w Tarnowie Opolskim przestała istnieć, ale istnieją jeszcze krótko osady w Dańcu, Falmirowicach, Krzyżowej Dolinie, Osieku i skupisko osad wokół Strzelec Opolskich. Następnie w krótkim czasie teren zostaje przez tą grupę opuszczony. Przez następne kilkaset lat też taki pozostanie. Na zdjęciu poniżej znaleziska z grobu w Strzelcach Opolskich (na granicy z Szymiszowem). Znajdowały się w nim gliniane naczynia, żelazne narzędzia oraz monety rzymskie.
Opracowanie na podstawie: Kazimierz Godłowski, Z badań nad rozwojem osadnictwa kultury przeworskiej na Górnym Śląsku.
Artur Błażejewski. Kultura przeworska w dorzeczu Jemielnicy na Górnym Śląsku. Studium osadnicze. Poznań 2015.
Eugeniusz Tomczak, Starożytne hutnictwo żelaza na Górnym Śląsku.
(Na zdjęciu na dole srebrny puchar zdobiony figurami zwierzęcymi znaleziony w gosławickim grobie, a pochodzący z wytwórni italskich)
W ostatnim czasie nawiązała się dyskusja dotycząca roku, w którym pierwszy raz wzmiankuje się Kadłub w starych dokumentach. Poniżej podaję źródła, na których opierają się dwie sprzeczne wersje daty pierwszej wzmianki o Kadłubie, a mianowicie rok 1375 i rok 1429.
Pierwsza data:
Felix Triest w Topohraphisches Handbuch von Oberschlesien(Topograficzny podręcznik miejscowości Górnego Śląska) z roku 1865 pisze, że Kadłub: znajduje się w odległości 1,65 mili od miasta powiatowego Gross Strehlitz (Strzelce Opolskie). W roku 1429 został odkupiony od ówczesnego właściciela Gniczko von Gorzkow przez Mitzko von Gaschowitz za 310 marek . Należy przypuszczać, że chodzi w tym dokumencie o nasz Kadłub, ponieważ Mitzko von Gaschowitz był w tym czasie właścicielem Rozmierki, opisywanej w ówczesnych dokumentach jako Losmira.
Druga data:
Dokumenty, które podają rok 1375 jako datę pierwszej wzmianki o Kadłubie opierają się na księdze zawierającej akta Herzoga Johanna von Oppeln und Ratibor (księcia opolskiego i raciborskiego) zawierającej akta od roku 1254 do roku 1482. Omawiany dokument to oznajmienie kasztelana księcia opolskiego Bochenka, że Heinrich Pechnowicz sprzedaje Sstiepanowi de Lubosicz (z Luboszyc) most na rzece Blotnicz (dziś Jemielniczanka) na wysokości Gosławic (dziś dzielnica Opola) wraz z czynszem pobieranym na tym moście co roku na Św. Marcina. Dokument wymianie jaką sumę czynszu muszą płacić poszczególne miejscowości: Kolanowicz, Vanger, Laskowitz, Sczedrzik, Sowczicz i także miejscowość Calub, czyli Kadłub. Są to jednak bez wyjątku miejscowości znajdujące się w pasie między Opolem a Olesnem. Należy więc wnioskować, że w dokumencie chodzi o Kadłub Turawski a nie nasz strzelecki, co też znajduje potwierdzenie w uwagach do tekstu na dole strony.
Poniżej zdjęcia opisanych dokumentów oraz mapka do dokumentu z 1375 roku.
Istnieje dziedzina nauki, onomastyka, która bada pochodzenie nazw. I tak też wśród onomastów (z godnie z opinią prof. Jürgena Udolpha) istnieje zasadnicza zgodność, że „kadłub” oznacza wydrążony pień, którym transportowano wodę. Czyli nasza miejscowość zawdzięcza nazwę temu, że była ujęciem wody.
Miejscowość Kadłub położona jest w dolinie rzeki Jemielniczanki. Zanim pojawili się na naszym terenie ludzie, przez tysiące lat nasza okolica była rozlewiskiem rzecznym, pokrytym bagnami i porośniętym lasem. Widać to jeszcze na mapie z 1736 roku.
Badania archeologiczne z lat 1970 pokazują, że około 2000 lat temu pojawiają się w miejscu, gdzie jest dziś Kadłub, pierwsze ślady osadnictwa – wskazują na to pokłady żużlu pochodzące z wytopu żelaza. Są to starożytni hutnicy, dziś kojarzeni z plemieniem Germanów, którzy wydobywają rudę darniową zawierającą żelazo i przetapiają na broń. Tu więcej na ten temat https://kadlub.design.blog/2020/01/08/juz-2000-lat-temu-germanie-wytapiali-u-nas-zelazo/
Skąd się bierz ruda darniowa u nas? Wikipedia mówi, że „Wahania zwierciadła wody gruntowej zasobnej w rozpuszczalne związki żelaza sprzyja powstawaniu różnej wielkości czarnobrunatnej bryły lub trudnej do przebicia warstwy. Więcej tutaj https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruda_darniowa Takie warunki zachodzą właśnie w rozlewisku naszej rzeki Jemielniczanki, wcześniej zwanej Blotnicz, czyli błotnista. Mimo że w wyniku intensywnej eksploatacji rudy darniowej już u nas nie ma, ale w rowach na terenie Kadłuba można zauważyć ten proces chemiczny przez zabarwione na czerwono koryta rowów.
Po opuszczeniu naszego terenu przez Germanów około roku 300 naszej ery, pozostaje on niezaludniony przez 300 lat. Około 6 wieku naszej ery, prawdopodobnie z dorzecza Dniepru, przybywają do nas ludy, zwane Słowianami. Z tego okresu w muzeum strzeleckim znajdował się eksponat znaleziony w Grodzisku w postaci szczątków naczyń glinianych.
Według najnowszych badań około 875 roku Śląsk znajdował się w sferze wpływów państwa wielkomorawskiego. W tym okresie prawdopodobnie została też nasza kraina schrystianizowana za pośrednictwem Świętych Cyryla i Metodego, czyli nastąpiło to na Śląsku prawdopodobnie prawie 100 lat wcześniej niż w ówczesnym państwie Polan. Po rozpadzie Wielkich Moraw w 905 roku Śląsk dostał się pod panowanie czeskich Przemyślidów a w 985 roku został podbity przez Mieszka I i przyłączony do państwa Polan.
Nawała mongolska w 13. wieku kosztowała Śląsk 4/5 jego mieszkańców, dlatego też Piastowie Śląscy w celu zaludnienia opustoszałych ziem zaczęli sprowadzać niemieckich osadników, którzy założyli w owym czasie około 100 miast i 1200 wiosek na prawie niemieckim. W roku 1335 Kazimierz Wielki zrzekł się Śląska na rzecz królów Czeskich w zamian za zrzeczenie się przez nich praw do korony Polskiej. Wtedy to Śląsk stał się częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, które później przyjęło nazwę Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Z tego okresu pochodzi pierwsza wzmianka o naszej miejscowości.
Dokument z 1429 roku mówi o tym, iż Gniczko von Gorzkow sprzedał [Kadłub] Mitzko von Gaschowitz za 310 marek.
Następnymi cytowanymi w starych dokumentach właścicielami są von Talkenbergowie. W 1551 roku Johann Talkenberg zapisuje kapitule w Opolu 50 marek na Grodzisku z prawem odkupu.
Przekazują oni Borycz z Kadłubem kuźnikowi Mikołajowi Boryńskiemu, który jest ich szwagrem. W roku 1558 Boryński buduje w Boryczy hutę żelaza i fabrykę drutu, aby ją potem przenieść do Kadłuba.
A co w tym czasie dzieje się w Europie? Po śmierci króla czeskiego Ludwika II w 1526 roku, tytuł królewski przypada niemieckiej dynastii Habsburgów, która będzie do roku 1740 władać Śląskiem. Za ich czasów rozpętała się wojna trzydziestoletnia, która zdziesiątkowała ludność Śląska.
W roku 1640 na horyzoncie pojawia się wielkopolski ród Rapackich. Pewien Hieronymus Rapazki z huty w Osieku kupuje rudy żelaza z kopalń nad Kłodnicą w Koźlu, o czym pisze Weltzel w historii miasta Koźla. W roku 1656 chyba ten sam Hironymus Rapazki von Rapaz na majątku Rozmierka kupuje majątek Nieder Kuhnern (dziś Konary w powiecie strzelińskim).
Po jego śmierci majątek dziedziczy córka Anna, żona Andreasa Schimonsky. Wychodzi ona za Jana Gorzeńskiego, który trwoni majątek: „Anna Rapacka, wdowa po Andrzeju Siemieńskim i wdowa po Janie Gorzeńskim zeznaje, że mąż jej bezprawnie z krzywdą dzieci z pierwszego małżeństwa majątek Rozmierka w księstwie opolskim sprzedał a cenę ponad 62 tysięcy i pieniądze sprowadził do Polski i polokował na majątku Chlewo, Książenice i inne pod Wieluniem.”
Do 1665 roku Kadłub należy do włości Franza Christopha Hyserle von Chod. Pochodził on z czeskiego rodu rycerskiego i był skarbnikiem cesarza Leopolda I. Habsburga (1640-1705). W 1665 r. Kadłub wraz z okolicznymi wioskami nabyty został przez hrabiego Gustawa von Colona. „Wie vermögend Graf Gustav war, zeigen die Gutskäufe, die er in den Jahren 1665-1682 machte. Am St. Georgstage 1665 kaufte er von dem kaiserlichen Schatzmeister und Kämmerer Franz Christoph Freiherr von Hyserle, Herrn von Choda auf Rosenberg und Grodzisko, Gut und Dorf Grodzisko, Dorf Kroschnitz, Dorf Zawada, Dorf Banatki, Boritsch und Kadlub mit Rittersitz und dem Patronatsrecht über die Kirche in Grodzisko für 20 300 Thlr. und 100 Dukaten Schlüsselgeld, das des Verkäufers Gemahlin erhielt.” (A. Nowack: Die Reichsgrafen Collona).
Syn Gustava – Christoph Leopold, natomiast sprzedaje Kadłub mężowi swojej siostry, Johannowi Peterswaldzkiemu w roku 1703.
Kronika szlachty śląskiej wspomina, że w roku 1728 Kadłub wraz z pracującą tam fabryką żelaza dalej należy do Johannesa von Peterswaldskyego.
Kolejnym właścicielem jest hrabia Robert Taparel Lagnasco. W roku 1726 odstępuje swoje majątki żonie hrabinie von Waldstein.
Hrabina von Waldstein w roku 1730 dokupuje Szymiszów od Anny Julianny Skal z domu Praschma, a w roku 1731 Suchą od Anny Rogoyski z domu Zmeskal, aby w roku 1732 wszystko (Szymiszów, wraz z Rozmierzą, Suchą i Grodziskiem i Kadłubem) sprzedać Franzowi Albertowi von Tenczin, radcy cesarskiemu, najwyższemu sędzi i staroście księstwa opolsko-raciborskiego, synowi kanclerza Alberta Leopolda Grafa von Tenczin.
W wyniku wojen śląskich w roku 1742 Śląsk przypada Prusom. W okolicach Kadłuba stacjonują wtedy prawdopodobnie żołnierze regimentu infanterii numer 28 pod dowództwem Heinricha Carla Ludwiga Herault de Hautcharmoya. Mają one za zadanie oczyszczania Śląska z resztek grasujących wojsk austriackich. Wskazuje na to wpis z księgi kościelnej o ślubie w roku 1747 grenadiera Friedericha Kramera z Dorotheą, córką mistrza wysokiego pieca – Gregory Krigara (Gregory Krigar vel Jura Grigar) i narodzinach ich syna w 1748 roku.
Inny wpis z księgi kościelnej wskazuje na osobę innego mistrza hutniczego. W roku 1762 w Kadłubie umiera Jacob Anderwald, magister ferricudina, czyli mistrz hutniczy, w wieku 90 lat, pochodzący ze Styrii w Austrii.
Nie wiemy, czy sprowadził go Peterswaldsky przed 1732, czy Tenczin, który kupuje Kadlub w 1732 roku. Pewne jest jednak, że technologia wytopu żelaza w wysokim piecu przyszła właśnie ze Styrii, która była w 17 wieku zagłębiem hutniczym. Po śmierci Jacoba Anderwalda funkcję magistra ferricudina przejmuje jego syn Joseph, który jednak umiera w roku 1765 w wieku 35 lat. Przyuczanie synów przez ojców jest wówczas powszechnym zjawiskiem. Jednakże dzieci Josepha były wtedy zbyt małe (jedyny syn Johann ma 5 lat). Funkcję mistrza przejmuje Valentin Kutzmann.
A co się dzieje wtedy na wielkim świecie? Friedrich der Große, król Prus, ażeby podnieść wyniszczony wojnami kraj, przystępuje do szeroko zakrojonych prac. Z jego rozkazu rozbudowany został system obwarowań, sprowadzono kolonistów z Niemiec celem wzmocnienia gospodarki. Zainicjował też powstanie na Śląsku przemysłu górniczego i hutniczego, na jego polecenie uregulowano Odrę do celów transportu, wybudowano wiele kanałów i rozbudowano sieć drogową i kolejową. Wojny napoleońskie chwilowo wstrzymały rozwój przemysłu śląskiego, ale już pod koniec XIX wieku Górny Śląsk był jednym z największych i najważniejszych okręgów przemysłowych w Europie.
Widząc, jak dobrze prosperują huty prywatne na Śląsku, np. ta nasza kadłubska, Friedrich poleca założenie hut w Ozimku i Zagwiździu. Podkupuje wykwalifikowanych mistrzów hutniczych z hut prywatnych: z huty w Kadłubie werbuje Gregory Krigara, z huty w Turawie mistrza Kolisko. Grigar i Kolisko byli ewangelikami, którzy szerokim strumieniem uciekają z Czech pod panowaniem katolickiej Austrii. Ci uciekinierzy zasiedlają kolonie powstałe w celu dostarczania węgla drzewnego do hut, np. Grodziec.
Pieczęć gminy Kadłub z około 1850 roku z odwzorowaniem dwóch młotów uderzających w kowadła, poniżej pieczęć Centawy z tym samym motywem, ale lepszej jakości
Publikacje naukowe z 19. wieku mówią, że wysoki piec w Kadłubie został zainstalowany w 1718 roku. Prymitywne dymarki „istniały jednak od najdawniejszych czasów”. Od dawna wiedziano, że Kadłubie znajdują się pokłady rudy darniowej (niem. Wiesenerz). Ruda ta tworzyła się na podmokłych i bagiennych terenach, na jakich znajdowała się nasza wioska. Taki właśnie bagienny charakter terenu sprawiał, że były to tereny bardzo ubogie i nieprzyjazne rolnictwu. Dopiero po Wojnach Wyzwoleńczych [wojny z okupantem francuskim na ziemiach niemieckich] uregulowano Himmelwitzer Wasser, czyli Jemielniczankę i osuszono bagienne tereny, co pozwoliło na rozwój rolnictwa. Północ ziemi strzeleckiej była zawsze gęsto zalesiona.
Mapa z 1736 roku powyżej pokazuje, że Kadłub był osadą leśną. Chociaż niedźwiedzie i rysie już nie zamieszkiwały naszej okolicy, można się jeszcze było sporadycznie natknąć na wilka. Ówczesne dokumenty podkreślają jednak, iż okolica była bardzo bogata w roje dzikich pszczół, z których pozyskiwano miód. W roku 1783 naliczono się ich prawie 200. Ówczesne domy były budowane z drewna i kryty słomą i szczególnie w osadach leśnych w bardzo złym stanie. Tylko Strzelce i niektóre posiadłości hrabiowskie mogły się pochwalić murowanymi domami. Wg spisu miejscowości z 1783 roku Kadłub należał do posiadłości Johanna Erdmana Grafa von Tenczin. We wiosce znajdował się folwark pański, jeden wysoki piec, dwie fryszerki, jeden rolnik, 32 zagrodników, jeden młyn i 5 chałupników (chłopi posiadający dom ale nie posiadający ziemi). Mieszkańców w sumie było 222.
Koniec XVIII wieku w naszym rejonie charakteryzował się szybkim rozwojem hutnictwa. Friedrich der Grosse za pośrednictwem swojego nadleśniczego Rehdantza zakłada hutę w Ozimku w 1754 roku. W tym właśnie czasie powstają wielkie piece między innymi na ziemiach hrabiego Colonny (Staniszcze, Kolonowskie, Fosowskie, Świerkle) . W tym czasie nasz kadłubski piec już pracował pełną parą.
Powyżej huta w Malapane (Ozimku) w 1835 roku. Nasza kadłubska wyglądała podobnie, ponieważ zgodnie ze spisem z roku 1845 obie huty produkowały podobne ilości żelaza i produktów z niego czyli około 1,5 tony dziennie!
Poniżej znak, którym cechowano produkty z kadłubskiej huty.
znak
Dlaczego akurat ta okolica nadawała się do produkcji żelaza? Ponieważ pod dostatkiem było drewna do produkcji węgla drzewnego, którym opalano piece, rzeka Malapane i jej dopływy, a więc też Himmelwitzer Wasser, zapewniały napęd dla miechów i młotów, fryszerek. Najważniejszym czynnikiem były rudy darniowe oraz limonit (żelaziak brunatny) wydobywany na naszym terenie. Rudy darniowe powstają na terenach podmokłych i bagnach, które to właśnie występowały w dolinie Malapane i jej dopływach. W Kadłubie występował limonit, i to w dobrej jakości, więc Colonna w związku z tym założył składowisko, z którego dostarczano surowiec do jego wszystkich hut. Huty hrabiego Colona jak na ówczesne czasy były zaawansowane technicznie i dostarczały dobrej jakości surówkę żelaza, którą transportowano furami do Zdzieszowic, skąd spływały Odrą do Wrocławia, Szczecina, Berlina a nawet Królewca.
Jak mógł wyglądać taki kadłubski zakład produkcji żelaza? Na pewno stał jeden wielki piec. Określenie „wielki” używano trochę na wyrost, ponieważ pierwsze konstrukcje miały nie więcej niż 4 m wysokości.
Poniżej zdjęcia ostatniej huty żelaza na węgiel drzewny w Krzyżanowicach. Tak podobnie mogła wyglądać nasza huta.
Wielki piec w Krzyżanowicach koło Gorzowa Śląskiego, wygaszony dopiero przez 1. Wojną Światową.
Obok takiego pieca budowano kuźnię: młot do przekuwania żeliwa (taka młotownia znajdowała się w późniejszym młynie Adamietz), urządzenie do wyciągania drutu, walcarki do blachy, nożyce. Wszystko napędzane było kołem wodnym. Według dokumentów znalezionych w młynie Adamietz, do 1860 roku na miejscu dzisiejszego młyna działał właśnie Hammerwerk, czyli młotownia, gdzie uszlachetniano surówkę żelaza produkowaną na Piecu.
Zabytkowa młotownia w Zagwiździu – podobnie musiała wyglądać nasza kadłubska młotownia.
Na Piecu też można jeszcze do dziś zobaczyć kanał, którym doprowadzano wodę do kół wodnych, które napędzały wszelkie urządzenia działające w hucie.
Z posiadanych dokumentów wynika, że kadłubska huta była profesjonalny zakładem metalurgicznym. Istnieje także dokument z 1803 roku mówiący o ugodzie pomiędzy Johannem Grafem von Tenczin a wolnymi chłopami z ówczesnej miejscowości Rosmierz. Paragraf 15. tejże ugody mówił, że każdy chłop miał obowiązek zabrać z Kadłuba 3 sztuki suchego drewna na stemple, o długości siedmiu i pół łokcia (1 łokieć = ok. 600 mm; miara ta obowiązywała Prusach do zjednoczenia Niemiec w 1871 roku) i dostarczyć do Tarnowskich Gór. Tam miał załadować dwa kubły rudy i dostarczyć do wysokiego pieca w Kadłubie. Chłop otrzymywał zapłatę jak za trzy dni robocze. Paragraf 16. ugody mówił, że chłopi w miesiącu czerwcu i lipcu musieli z rana nazbierać 2 kubły kamieni wapiennych i zawieźć po południu do Kadłuba. W pozostałych 10 miesiącach trzy kubły. Dokument ten zapowiada zmierzch hutnictwa na naszych ziemiach, ponieważ w 1803 roku ruda żelaza była sprowadzana już aż z Tarnowskich Gór bo w Kadłubie prawdopodobnie już jej zabrakło. Jako ostateczną datę upadku można jednak przyjąć rok ok. 1860. Ponownie wskazówka na to znajduje się w księgach kościelnych. Księga urodzeń ujawnia wpis, że w roku 1858 rodzi się Mechtilde Adamietz, córka Sebastiana Adamietz dyrektora huty.
Ale wkrótce rodzina Adamietz przejęła stary Hammerwerk (młotownię) i przerobiła go na młyn. Potwierdza to mapa z 1884, która w centrum Kadłuba pokazuje młyn Adamietz oraz zapiski w dokumencie z 1920 roku nadającemu rodzinie Adamietz prawo wodne. W dokumencie tym czytamy: „Jako urządzenie napędowe istnieje Adamietz-Mühle (młyn Adamietz) już od ponad 100 lat. Od kiedy przejął funkcję młyna nie wiadomo, ponieważ nie są znane żadne dokumenty na ten temat. O ile udało się ustalić Adamietz-Mühle był już od zawsze własnością wnioskodawcy”.
Zgodnie z przekazem ustnym rodziny Adamietz, mechanizm napędowy miał 6 kół wodnych. Przebudowa na młyn nastąpić miała w latach 1860-tych. Do roku 1908 jako napęd służyły dwa koła o średnicy 4,5m i szerokości 1,8m, które były wprowadzane w ruch za pomocą wody przepływającej w korycie pod kołami. Po pożarze w 1908 roku zamiast kół młyńskich zamontowano turbinę Francisa, która generowała prąd. Z tego prądu korzystała np. pobliska masarnia, zasilając chłodnię. Ruiny wielkich pieców i fryszerek stały na Piecu jeszcze po wojnie a w całym Kadłubie można też znaleźć charakterystyczny żużel (Schlacke) – pochodną wytopu.
Stare mapy pokazują jak rzeka Himmelwitzer Wasser (Jemielnica) i nasza wioska zmieniła się w ciągu lat. Na mapie z 1828 roku widać w północnej części Kadłuba staw (mieścił się między drogą na Krasiejów a drogą na Choleraberg), zwany tam Kapeltok Teich. W centrum istnieje wówczas duży staw, który mieścił się na dzisiejszej łące za domem rodziny Adamietz. Na mapie z 1884 roku obu stawów już nie ma, rzeka jest wyregulowana, w Kadłubie powstał też młyn Adamietz a w lesie między Kadłubem i Piecem istnieje cegielnia. Ruiny tej cegielni można znaleźć podobno w lasach do dziś.
W roku 1804 następuje ważne wydarzenie w historii Kadłuba, założona zostaje z udziałem Grafa Tenczina szkoła. W 1811 umiera Johann Graf von Tenczin zu Schimischow nie zostawiając męskich potomków.
Majątek dziedziczy jego siostra, Karolina Arz von Wasseg. Jej mąż sprzedaje majątek około 1831 roku Hyazinthowi von Strachwitz, który przyłącza do swojej posiadłości w Izbicku Schimischow wraz z przynależną Rosmirką oraz z miejscowościami Grodisko, Kadlub, Boritz, Kroschnitz, Osiek und Banatken. Kadłub pozostaje w rękach rodziny Strachwitz aż do roku 1945.
Według Alfabetycznego statystyczno-topograficznego przeglądu wsi, miejsc i miast i innych miejscowości Królewskiej Pruskiej Prowincji Śląsk opracowanego w roku 1845 przez J. Knie Kadłub wyglądał tak: W wsi stało 100 domostw, w których mieszkało 863 mieszkańców (z czego 3 to Ewangelicy a 2 to Żydzi). Oprócz tego mieścił się zamek myśliwski, folwark oraz katolicka szkoła, w której pracował jeden nauczyciel.
zamek myśliwski Strachwitzów, potem nadleśnictwo, przedszkole, dziś w rękach prywatnych.
Poza tym w Kadłubie stał wysoki piec, który dostarczał surówkę żelaza oraz pręty żelazne, wytapiane z rudy darniowej (do dziś w niektórych ciekach woda jest żółtawa, co świadczy o zawartości utleniającego się żelaza). Na Piecu (dzielnica Kadłuba) stał wysoki piec na węgiel drzewny (a drzewa wokół było pod dostatkiem), w którym według niniejszego dokumentu z 1840 roku 24 pracowników wyprodukowało 8000 cetnarów surówki żelaza o wartości 1/3 Reichstalera za cetnar (przeliczając jest to 400 ton surówki na rok, czyli ok. 1,1 tony dziennie). Poza tym stały też dwie fryszerki, gdzie w tym samym roku 10 pracowników wyprodukowało 1490 cetnarów prętów żelaznych). W Kadłubie stała też jedna karczma, pracowało 10 rzemieślników i hodowano 300 sztuk bydła. Ciekawostką jest też, że do Kadłuba należy dzielnica Banatki, która jest kolonią.
Innym wątkiem historii Kadłuba jest emigracja do Stanów Zjednoczonych Ameryki. W wyniku reform w roku 1807 mali rolnicy stracili ziemię. Bieda, głód, pruskie wojsko, które zabierało młodych mężczyzna na kilka lat, panująca cholera wywołały falę emigracji z okolic Strzelec Wielkich. Pierwszym statkiem, który wiózł Kadubików do Ameryki była Weser, która wypłynęła z Bremen w 1854 r. Z Kadłuba wyemigrowali na przykład: Casper Kalka (ur. w Kadłubie w 1819 r.) jego brat Joseph Kalka (ur. w Kadłubie w 1836 r.), a także rodziny Anderwald, Koy, Kurtz, Mutz, Pietruska, Urban i Glueck.
Na zdjęciu Joseph Kalka z żoną już w Teksasie.
W roku 1873 nawiedza Kadłub i okolicę epidemia cholery. Chorobę przyniosła zgodnie z przekazem żebraczka o nazwisku Duda. Pewnego dnia znaleziono ją martwą w łóżku i ci, którzy ją znaleźli od razu zachorowali. Początkowo chowano zmarłych na cmentarzu w Grodzisku. Gdy zabrakło miejsca zaczęto chować zmarłych na górce piaskowej w lesie, która jest do dziś zwana Choleraberg. Podobno znaleziono tam też szczątki ludzkie, mundury i broń z okresów napoleońskich, co może świadczyć o tym, że przez Kadłub przechodziły wojska napoleońskie podczas odwrotu z Rosji w 1812/13 roku.
Poniższy wycinek z Landbote z roku 1916 pokazuje sytuację administracyjną Kadłuba. Sołtysem był Thomas Mross właściciel karczmy, Kadłub miał 837 mieszkańców, placówka pocztowa znajdowała się w Fosowskim, sąd rejonowy w Rozmierce, zarządcą okręgu administracyjnego był Gomolla z Rozmierki, urzędnikiem USC nauczyciel Piekarek z Grodziska, poborcą podatkowym karczmarz Nikolaus Wieschollek z Grodziska, sędzią sądu polubownego nauczyciel Wenzler z Rozmierzy, parafia katolica to Grodzisko, ewangelicka Strzelce Opolskie, żandarmem był wachmistrz Better w Izbicku.
Pierwsza wojna światowa natomiast zabrała wielu kadłubskich ojców, braci i synów. Ku pamięci ich śmierci stał do 1945 roku pomnik na środku skrzyżowania w centrum Kadłuba. Jego szczątki po zniszczeniu zostały umieszczone na cmentarzu i w grocie przykościelnej.
1945 roku Śląsk przejmuje administracja polska. W ramach odniemczania śląska nazwa miejscowości, pierwotnie brzmiąca Kadlub, po zmianie w okresie hitlerowskim na Starenheim, została przez władze komunistyczne ponownie zmieniona na Kadłub. Wprowadzono także zupełny zakaz używania języka niemieckiego w mowie i piśmie. Wszelkie elementy niemieckie, jak książki, pojemniki z niemieckimi napisami, inskrypcje w kościołach zostały zniszczone. Mieszkańców miejscowości poddano przymusowej weryfikacji: kto chciał zostać na swojej ojcowiźnie musiał zadeklarować narodowość polską, kto nie, zostawał wysiedlany. Sytuacja ekonomiczna i społeczna w Polsce Ludowej zmusiła wielu Kadubików do opuszczenia swojej miejscowości. Szacunkowo około 30-40% mieszkańców opuściło miejscowość i wyjechało do Niemiec jako tzw. późni przesiedleńcy, czyli jako osoby narodowości niemieckiej. Dopiero rok 1989 i odrodzenie się demokratycznej Polski przyniosło po 44 latach możliwość nauki i posługiwania się językiem niemieckim oraz powstanie organizacji zrzeszających mniejszość niemiecką w Polsce.
Kadłub liczy obecnie około 1500 mieszkańców. Jest prężnie rozwijającą się społecznością, w której działa ponad 40 firm i ponad 10 organizacji społecznych.